Chciałem to wrzucić jeszcze przed wyjazdem do Olsztyna na Battle Canona ale za sprawą głównie mojego lenistwa to się nie udało. Jednak teraz nadrabiam tą zaległość i wrzucam kolejne zdjęcia tytanów. Stali bywalcy tego bloga dobrze znają moją słabość do "większych" braci dredów więc mogli się spodziewać tego typu notki. Zwłaszcza, że od dłuższej chwili nic takiego się nie pojawiło i choć może nie była to cisza przed burzą to jednak i tak warto zerknąć.
Oki nie przedłużam i prezentuję kilka tysięcy słów z Warlordem w roli głównej choć nie tylko.
Dawno, dawno temu kiedy bladzie gnali do wroga w swych stalowych Rhinosach a Wielcy Rogaci Marines używali Starego Kodeksu Chaosu ™, naszą 40kową ligą rządził triumwirat. Jego skład raz po raz się zmieniał ale stałymi personami w tym układzie był Eman oraz Vodecki (eM już się na zakulisowe pociąganie sznurków nie załapał). W tym samym czasie master był masterem, a lokal lokalem. Czyli na lokale się chodziło u siebie na mieście a mastery był świętem choćby z względu na fakt, że pożyczanie armii czy brakujących modeli nie był taka łatwe, a przez to popularne, jak teraz. Ponieważ w tym okresie scena rosła w siłę i przybywało coraz więcej sprawnie działających ośrodków powołanie instytucji challengera jako „środkowej” klasy turnieju wydawał się całkiem sensownym rozwiązaniem. W owym czasie dla wszystkich logicznym wydawało się dążenie ośrodków do organizacji mastera. Chelek miał być takim obustronnym testem, dla orgów, z czym się je turniej dwudniowy a z kolei gracze wiedzieli, że jadą na betę mastera i mogą się z tym wiązać jakieś nie dociągnięcia organizacyjne.
Nikt jednak nie przewidział, że chelki okażą się alternatywą dla mastera i zaczną być samodzielnym bytem ligowym, że tak to biologicznie określę. W dodatku mającym ta przewagę nad tzw. świętem 40ki, że nie wymagał zbytniej celebracji znaczy się nakładania 3 kolorów przez ostatnich kilka wieczorów przed imprezą. Aktualnie mamy, w kalendarzu ligowym, turnieje które dosyć namiętnie trzymają się statusu chelka i im z tym całkiem dobrze - co w sumie dziwić nie może.
Obecnie jest ten moment roku, kiedy forum koordynatorów przeżywa swoje apogeum aktywności. Można by powiedzieć, że trochę po gwizdku bo za kilka dni pierwszy master tego sezonu a zaraz za nim czai się już łódzki czelek czyli Grill and Chill. Ale lepiej późno niż wcale. Jednak przy bezwładności jakiekolwiek forum internetowego i dość napiętym terminarzu trudno o przemyślane i trafne zmiany w regulaminie. Propozycja by zlikwidować instytucje challengera wydaje się mieć całkiem sporo sensu jednak nie jest to jedyne rozwiązanie problemu wiecznych czelków. Bo choćby w tej samej dyskusji padła propozycja ograniczenie liczby edycji turnieju tej klasy w danym ośrodku pod rząd. A myślę, że inne rozwiązania również mogłyby się znaleźć. A jednocześnie wszyscy mają świadomość, że czas goni i decyzją są potrzebne już i teraz, bo założę się, że chopaki z Łodzi nie obraziliby się na wiedzę o ty czy chelki pozostaną w regulaminie ligii.
Nie mam jednoznacznej opini czy czelki powinny pozostać, czy powinny zaginąć w Warpie. Jednak wiem dwie rzeczy na pewno: pierwsza z nich to, że czelki, w zdecydowanej większości, nie sprawdził się w powierzonej im roli, bo chyba tylko Olszyn poszedł tą drogą. A druga to - bardzo dobrze, że powstały bo mam wrażenie, że to właśnie dzieki nim wiele z zacnych imprez (np. Dice Crusher, wspomniany G n’ C czy Syrenka) pojawiła się w naszym kalendarzu. A to, że te imprezy nie przeszły na status mastera może mieć indywidualne przyczyny ale myślę, że gdyby ich orgowie mieli zaczynać od dwudniowego lokala to by jednak zrobili go jednodniowego pt. Cleans, Reacon Take and Hold czy nowożytne: 3 znaczniki, 5 znaczników, Anihilacja. Podejmując, zatem, decyzje o przyszłości czelków warto pamiętać o ich przeszłości i tym co wniosły do naszego hobby (aż mi prawie wstyd za tanią patetyczność tej peunty ;) ).
Od dłuższego czasu, między innymi, za sprawą korespondencji z Nazrothem czy rozmów z Michem, kłębiło mi się w głowie wiele myśli na temat Młotków. Co poszło nie tak. Jak to powinno wyglądać w przyszłości. Jak to sformalizować. I oryginalnie ta notka miała zawierać wygładzone i zrozumiałe dla kogoś poza mną te wszystkie refleksje. Najlepiej w postaci gotowego regulaminu dla Ogólnopolskiej Ligii Wh40k. Jego pierwszym punktem miało być – drogi Koordynatorze pamiętaj o Wielkanocy – tak wiem tania złośliwość ;). Jednak kiedy zaczęłem się temu wszystkiemu z bliska przyglądać doszedłem do wniosku, że to jest bezsensu.
Bo pewnie, że można to wszystko ubrać w punkty oraz paragrafy mówiące ile tygodni przed końcem sezonu, jaka jest procedura, jak długo powinno trwać itp., itd. Jednak, w moim przekonaniu, to nie o to chodzi. Rozwiązaniem problemu (choć to chyba za mocne słowo), jest to by ktoś się poczuł za te nagrody środowiska po prostu odpowiedzialny. Czuł, że mają one sens i chciał to nazwyczajniej w świecie zrobić dobrze. Albo jeszcze lepiej.
Gdy Młotki powstawały te trzy lata lata temu to była luźna koncepcja która została zrealizowana na szybko a po całym rozdaniu okazało się, że odzew środowiska jest co najmniej pozytywny. Jednak przy kolejnych edycjach nie poszliśmy, przynajmniej w jakiś znaczący sposób, za ciosem i nie było zorganizowanej akcji, cytując sławetną reklamę Nike'a – Take it to next level. I mam wrażenie, że to całkiem ważne dla środowiska wydarzenie jest nadal traktowane po macoszemu a organizowane w sposób, przynajmniej w wielu miejscach całkiem partyzancki.
To czego tym nagrodom najbardziej brakuje to sprzedania ich szerokiemu audytorium. Bo cały czas wydaje mi się, że z spokojem mogło by głosować więcej osób. Przynajmniej jak się patrzy w ranking ligowy trudno pozbyć się takiego odczucia. Zatem absolutnie pierwszym z działań marektingowo PR'owych powinno być zrobienie dedykowanej tylko i wyłącznie młotkom strony. Najlepiej z archiwum, hall of fame, wywiadami np. z nominowanymi przed i wygranymi po oraz z relacjami z gal. I pewnie jeszcze kilkom innymi gadżetami. I nie da się ukryć, że taka strona przez 10 miesięcy w roku szczególnego ruchu by nie generowała ale przez te pozostałe dwa miesiące powinna być narzędziem budowania suspensu tak by chęć uczestniczenia w tym rozdaniu była wisienką na torcie powodów do wyjazdu na DMP.
Zresztą pomysłów które można przy ich okazji mieć jest co niemiara a zabawa z ich organizacją jest zdecydowanie lepsza niż w przypadku mastera czy czelka (jeśli coś takiego się nam jeszcze uchowa).
Po pierwsze nie ma się konkurencji – czyli sytuacja a'la DMP.
Po drugie ich organizacja z niczym się nie wyklucza.
Po trzecie trzeba naprawdę się wysilić by przy ich okazji wywołać flejma – choć to akurat dla nie których może być wadą ;).
Po czwarte w przypadku kiedy się nie zaliczy jakiegoś spektakularnego fakapu – wdzięczność reszty graczy gwarantowana.
A po piąte i dla mnie najważniejsze – nie trzeba nosić stołów.
I tym optymistycznym...:)
Mam nadzieję, że tym podcastem zakończymy temat podziękowań za młotki. Ale nie te są jego integralną częścią a relacja z ich rozdania przygotowana przez Micha przy znaczącym udziale Areckiego i nie tylko. Poczułem się jakbym prawie tam był, więc jakby ktoś chciał nadrobić lub odświeżyć sobie wspomnienia to nadarza się znakomita okazja.
Podcast jest nawet jak na nasze standardy wybitnie chaotyczny oraz mało merytoryczny czujcie się zatem ostrzeżeniu. Natomiast jeśli kogoś to nie zraża to serdecznie zapraszam do odsłuchu.
Urlopowe ścieżki skierowały mnie do stolicy naszych południowych sąsiadów czyli Pragi – swoją drogą miasto to ma wyjątkową łatwość w uwodzeniu turystów ale to nie blog turstyczny więc tematu zgłębiać nie będę. Ponieważ poza Żoną towarzyszył mi w tej wycieczce między innymi eM nie będzie chyba dla nikogo niespodzianką, że poświęciliśmy chwilę na czterdziestkowy rekonesans.
Znalezienie praskiego sklepu z produktami GW znając adres nie jest szczególnie trudne. Znajduje się praktycznie w samym centrum miasta a dodatkowo jest od ulicy a nie w żadnej bramie co także sporo ułatwia. Sam sklep jak to sklep, wydawał się dobrze zaopatrzony i urządzony maksymalnie klient – friendly co się objawia tym, że np. blistery można było obejrzeć bez pośrednictwa sprzedawcy. Oczywiście nie mogło zabraknąć gablotki z pomalowanymi modelami niektórymi prehistorycznymi a niektórymi dość ciekawymi jak np. Hammerheady do Epica. Tym co mnie zaskoczyło w tym sklepie był wybór książek z Black Library (w oryginale) bo był on chyba kompletny. A jeśli czegoś brakowało to pojedynczych tytułów. Na półkach stała kompletna Herezja Horusa, Space Marine Battles, omnibusy itp. itd. Z battlowymi tytuałmi sytuacja wydawał się podobna ale z względu na swoją ignorancje w tym temacie szczególnie kompetentny nie jestem. Nie wiem z czego to wynika ale możliwe, że czeskie podejście do 40ki bazuje na większej równowadze między różnymi aspektami tego hobby.
Oczywiście nie mogło zabraknąc chwilki pogawędki z sprzedawcą, który kiedyś odwiedział nas z swoją armią – grał bowiem na Wojnie Światów (tej w Luboniu). Z tego co eM się dowiedział (ja w tym czasie dochodziłem do wniosku, że może warto jednak poczytać Space Marines Battles) to 40kowej scenie w Czechach brakuje jakiegoś centralnego miejsca w internecie i istnieją głównie fora lokalne skupiające graczy z poszczególnych miast. Natomiast coś takiego jak nasza gildia czy tym bardziej Strona Ligowa u nich nie występuje. Szkoda bo by to ułatwiło promocję naszych turnieji u nich a z drugiej strony ułatwiło podbój krainy piwem i absyntem płynącej. Co prawda sprzedawca wspomniał coś o stronie thereisonlywar.cz/forum to niestety nie udało mi się sprawdzić co się na niej kryje bo mam jakieś problemy z rejestracją.
Sklep wielkością nie przytłaczał - poza częścią, nazwijmy to, handlową było tam miejsce tylko na 3 za to całkiem estetyczne stoły. Trudno zatem się spodziewać, że będą w nim się odbywać jakiekolwiek większe imprezy, zatem jeśli coś się w stolicy Czech dzieje to pewnikiem gdzie indziej.
Gołym okiem widać, że czeska scena bitewniakowa do czołówki europejskiej jeśli chodzi o prężność nie należy nie zmienia to, przynajmniej w moim odczuciu, faktu, że jest warta uwagi bo szczególnie daleko do np. Pragi nie jest a ilość atrakcji dodatkowych powala.
Czasami nawet dosłownie ;)
DMP, DMP i po młotkach. Michu z tej okazji przygotował kilka tysięcy ruchomych słów o wyborze Wojny Światów na najlepszy turniej zakończonego sezonu które możecie obejrzeć poniżej:
Natomiast ja przy tej okazji, oczywiście, bardzo dziękuje za wszystkie głosy w kategorii Najlepsza Strona oraz Twórczość Fanowska - zarówno te dzięki którym ten blog i podcast dostały młotki jak i te które przypominają o tym by nie spocząć na laurach. Dzięki!!
Miało być o DMP czyli o drużynowych Mistrzostwach Polski a skończyło się jak zawsze czyli na luźnych dywagacjach na zadany temat. Myślę jednak, że warto posłuchać zwłaszcza jak ktoś ma siedzieć X godzin w pociągu w drodze na tą imprezę.
Natomiast sam podcast nagrywaliśmy w takich pięknych okolicznościach przyrody - za uprzejmością eM'a
I w związku z tym idę za ciosem i wyjeżdżam na długo oczekiwany urlop. Zatem przez jakiś czas może być mnie tu mniej niż więcej ale liczę, że z nowo naładowanym akumulatorem wjadę w kolejny sezon co się przełoży również na blog. A wszystkim jadącym do Stolicy powodzenia w turlaniu i wstawaniu w niedzielę rano ;)
Po przedniej notce w której wspomniałem o regulaminie ligi w Krakowskim Bardzie, autor tych zasad czyli Nazroth uznał, że warto by wyjaśnił parę kwestii związanych z nimi i z czego one wynikają. Szczerze mówiąc nie wiem czy ono jest potrzebne bo istotą poprzedniego wpisu nie była działalność Barda a bardziej to jak Liga (tym razem ta Ogólnopolska) jest przygotowana na kontrowersyjne pomysły organizatorów. Jednak skoro je napisał i poprosił o publikację w cenzurę bawić się nie zamierzam.
Witam.
Jestem autorem regulaminu tej, jak i czterech poprzednich lig Warhammer'a 40,000 w Krakowskim Bardzie. Jako gracz i osoba raczej rozpoznawalna niezmiernie cieszę się z rozgłosu, jaki niewątpliwie przysporzy mi reklama na '.z24cala'. Sam blog też pewnie zyska nowych obserwatorów, bo doskonale wiemy jak nasze środowisko reaguje na dym.
Żeby nie rozdrapywać rany wytłumaczę wszystkim chętnym - najłopatologiczniej jak tylko potrafię - czemu służy ten zapis, oraz dlaczego mój regulamin jest naprawdę super, pomimo pierwszego wrażenia.
1) Krakowska Liga od lat zrzesza ogromną ilość graczy, oraz początkujących z terenu Krakowa i okolicznych miast. Biorą w niej udział nie tylko osoby z ciśnieniem na wygraną, punkty ligowe, czy nagrody... starzy wyjadacze z Legionu też zaszczycają Ligę swoją obecnością. Początkujący wkraczają w świat WH40k, a average szlifują skilla. W ten sposób Aglomeracja Krakowa pokazuje, że jest jednym z dominujących na terenie Polski ośrodków hobby Warhammer'a 40,000.
Pierwsze wydanie ligi mojego autorstwa pociągnęło za sobą falę przemian i kosmiczny boost ilości grających.
2) Mam ogromne doświadczenie w prowadzeniu sklepu, oraz w organizowaniu Ligi. Warhammer 40,000 to moje oczko w głowie i zanim wprowadzam jakąś zmianę regulaminu, obowiązującego od lat - testuję ją dokładnie na innym systemie karcianym/figurkowym.
3) System punktów za zakup przetestowałem w lidze WoW TCG, co zaowocowało powrotem do tej karcianki ogromnej rzeszy graczy. Ilość uczestników ligi przekroczyła 20 osób, a przed jej rozpoczęciem z trudem organizowaliśmy turnieje dla 4 grających!
4) Gracze i bywalcy sklepów lubią kupować. Każdy rozwija swoją armię dokładając do niej coraz to nowsze jednostki. Sam posiadam już ponad 15,000 punktów SM, co nie zmienia faktu, że tylko w ostatnich miesiącach dokupiłem 2 attack biki, 2 pary rąk do dreadnoughtów, dwa pudełka grey knightów na konwersje i kilka innych zabawek! Liga organizowana jest dla graczy i hobbystów - każdy ma szansę wygrać w niej nagrodę, niezależnie czy wybierze atak, czy ekonomię.
5) Aby zdobyć 200 punktów ligowych wystarczy rozegrać 20 bitew ligowych z wynikiem 10/10. Przy zakładam 50-70 uczestnikach mamy do rozegrania 100-140 bitew ligowych. Sami widzicie, że zdobycie w walce 200 punktów jest dziecinnie proste! Aby je 'kupić' trzeba wydać 2000zł. Liga trwa +/- pół roku. 2000zł... dwa tysiąceeee złoootych w pół roku... za 200pkt, które zdobywacie grając śmieszne 20 bitew, albo przegrywając 5/15 40 bitew. Liczę na wasz rozsądek - na rozumne podejście do zagadnienia 'kupowania punktów'.
Teraz kilka słów o naszej Lidze (mojej Lidze):
Liga Warhammer'a 40,000 w Bardzie to niesamowicie przemyślana inicjatywa. Rozgłosu nabrała już kilka miesięcy temu, ponieważ jej reklamę rozplanowałem na dłuuugo przed pojawieniem się regulaminu. Wstępne informacje, podgrzana atmosfera, piosenka promująca i wizja wspólnie spędzonego czasu przy ulubionej grze! Mnóstwo ciężkiej pracy, którą włożyłem w organizację. (Pracy również w czasie prywatnym...)
Liga pozwala dobrze bawić się dosłownie każdemu. Student, uczeń, ojciec rodziny - szkoła, praca? Nie ważne, ponieważ w trakcie trwania ligi możesz w dogodnym dla siebie terminie, z wybranym z pośród uczestników ligi oponentem rozegrać bitwę na terenie sklepu i jej wynik zgłosić za pośrednictwem forum do ligi! To jest mega innowacja, dość już przymusu rozegrywania bitwy z konkretnym oponentem, w konkretnym terminie! Liga jest dla ludzi, ludzie mają swoje życie - kto chce, ten gra z kim i kiedy chce!
Liga pozwala rywalizować na wielu płaszczyznach. Nie tylko poprzez zwyciężanie! Przegrywając 18/2 nadal zyskujesz 2 punkty ligowe! Kupując to co i tak miałeś w planach zyskujesz punkty ligowe! Zapisując się wcześniej i dając tym samym wyraźny sygnał innym graczom, że jesteś gotowy grać - że liga będzie pełna po brzegi - zyskujesz punkty!
Na koniec najważniejsze - nie musisz być super prosem i wygrać całej ligi, żeby dostać nagrodę! W tej lidze walczyć opłaca się do samego końca, ponieważ pula nagród jest ogromna, a rozłożone są tak, by każdy miał szansę coś wygrać - do samego, samego końca, do ostatnich dni trwania ligi warto się zapisać i warto uczestniczyć! Warto grać!
Tę skomplikowaną maszynę połączonej rywalizacji, hobbystyki, interakcji, zakupów, zabawy - stworzyłem z myślą o moich klientach i przyjaciołach, z którymi spędzam osiem godzin dziennie. Z myślą o scenie Warhammer'a 40,000, której poświęciłem wiele lat i którą własnymi rękami buduję od kiedy istnieje mój klub i od kiedy pracuję w Bardzie. Wychowałem niezliczone pokolenia graczy, których teraz widujecie na turniejach. Robię kawał dobrej roboty i wkurwia mnie to, że zamiast na przykład pochwalić tą pracę (dobrze, że chociaż Krakowiacy ją doceniają) koncentrujecie się na jednym fragmencie zajebistego bądź co bądź regulaminu i gigantycznego dzieła, które w Krakowie pozwoli się bawić ogromnej ilości ludzi i stworzone zostało po to by pielęgnować hobby, które wy na co dzień gwałcicie kupując z drugiej ręki, ściągając podręczniki z sieci i kosztem początkujących nabijając sobie kasę z turniejowych nagród.
Mam od jakiegoś czasu zwyczaj klikania na różne regulaminy turnieji organizowanych w naszym kraju głównie z ciekawości jak orgowie podchodzą do Lostów. Ale często wychodzę z założenia, że skoro już kliknąłem to przeczytam – może będzie coś wartego ctrl-C. I ostatnio przeglądając fora z branży natrafiłem na regulamin ligi lokalnej organizowanej w krakowskim Bardzie. Szczególnie mnie zainteresował następujący pomysł.
W trakcie trwania ligi gracze zdobywają i zgłaszają punkty ligowe. Można je zdobyć w następujący sposób: - Rozgrywając Bitwę Ligową. (wynik w dużych punktach = zdobyte punkty ligowe) - Biorąc udział w Turnieju Ligowym. (zdobyte duże punkty = punkty ligowe) - Zgłaszając Zakup Ligowy. (100zł = 10 punktów ligowych)
Sprawa jest prosta - Bard jako organizator ma prawo wymyślić co mu się żywnie podoba i choć osobiście dla mnie pomysł miksowania programu lojalnościowego, z rozrywką było, nie było, sportową bo w końcu to liga, jest chybiony u samego fundamentu to nie chcę go za bardzo krytykować. Zwłaszcza, że to moja prywatna opinia i zapewne nie do końca pokrywająca się z tą autora tej koncepcji.
Ale- bo zawsze w takich sytuacjach jest jakieś „ale” - ponieważ rozgrywki te zostały ogłoszone na forum strony ligowej zacząłem się zastanawiać co by było gdyby ta liga była zgłoszona do Ligi Ogólnopolskiej? Bo mam nadzieję, że pomimo tej informacji w takim a nie innym miejscu nie jest. Może warto by ktoś spośród koordynatorów weryfikował twórczość organiztorów turnieji? Pewne zapomniane kostki i miarka do tej pory odbijają się czkawką środowisku ligowemu.Wyobraźmy sobie zatem flejma jakiego byśmy doświadczyli gdyby ktoś sobie po prostu kupił brakujące punkty do TOP 5. Szczerze mówiąc w takiej akcji dostrzegam potencjał mogący zawstydzić „dyskusję” na temat tegorocznego DMP.
Bo jeśli coś takiego jak ta liga lokalna by przeszło to czemu nie miałby mieć miejsca następujący scenariusz. Mamy producenta przykładowo takich podstawek (ale może to być cokolwiek innego) i dogaduje się on z organizatorem np. mastera, że zasponsoruje mu jego impreze w całkiem wymierny sposóbale jeśli będzie on dawał dodatkowe punkty graczom używającym jego produktów.
Pewnie nie jest to szczególnie prawdopodobne ale pomysł na tą Bardową ligę jednak daję do myślenia i to więcej niż mniej. I nie myślę, że sens ma próbowanie zabezpieczanie się jakimiś precyzyjnymi zapisami w regulaminie Ligii Ogólnopolskiej bo i tak nie pokryją wszystkich potencjalnych sytuacji. Jednak warto by koordynatorzy mieli jakąś furtkę na tzw. wszelki wypadek. Można zatem wpisać, że Liga ma prawo nie zaliczyć imprezy zoorganizowanej w oczywistej sprzeczności z duchem sportu i równości szans uczestników. Czy jakąkolwiek odpowiednio pojemną formułkę (byle nie za bardzo).
Czasy się zmieniają to i Liga powinna - również w innych miejscach niż punktacja za różnej klasy turnieje.
Doskonale sobie zdaję sprawę, że zdecydowana większość ludzi aktualnie zajmuje się zupełnie innymi rzeczami niż plastikowe ludziki i ich wojny ale jakby ktoś sobie chciał zrobić przerwę w świątecznych przygotowaniach to może porozkminiać przed DMP. Bo pomimo całej tej zadymy i flejma które towarzyszyły regulaminowi parę osób się zadeklarowało z uczestnictwem a co więcej wysłało rozpiski. I właśnie te są dla mnie ostatnio pożywką do zabaw intelektualnych. I pomimo, że nie będzie dane mi pograć na najzacniejszej imprezie sezonu to i tak się dobrze bawię oglądając co ludzie wymyślili i czym chcą zaskoczyć swoich przeciwników.
Na pewno bardziej rozpiskami niż armiami bo rozkład tych jest dosyć mało zaskakujący - że tak delikatnie ujmę. No może poza popularnością Dark Angeli. Ale chyba nikogo nie zaskoczę jak napiszę, że wszystkie rozpiski DA mają Beliala. Zresztą gracze Eldarów wykazali się podobną wiernością wobec swojego Dziadka czyli Eldrada. Jedyne co mnie zaskoczyło to brak Necronów bo szczerze mówiąc myślałem, że przy zapisie o scorowaniu jednym oddziałem paru znaczników plus dopuszczonym Nightbringerze ktoś się skusi. Ale może ludzie w ogóle zapomnieli o istnieniu tej armii co w sumie dziwne by nie było.
A tu tysiąc słów na temat armii:
Przepraszam za aspekt wizualny tego tysiaka słów ale Open Office i Gimp to nie są moje ulubione narzędzie do robienia czegokolwiek.
Natomiast jeśli dla kogoś jeden obrazek to za mało to zapraszam do dokumentu z którego powstał. Jak by ktoś wyciągnął jakieś ciekawe wnioski, znalazł błędy, bądź miał propozycje co jeszcze to zapraszam do komentarzy. IA z rozmysłem pominąłem bo w wielu rozpiskach sprytnie się chowało a nie miałem Tzeentch wie ile czasu na to - niestety.
A tak w ogóle to smacznego jajka, suchego poniedziałku i małego kaca kulinarnego w wtorek.
Oryginalnie chciałem w tej notce tłumaczyć się przed Wami drodzy czytelnicy z rzadkich wpisów w miesiącu kwietniu. Już nawet przelałem w postać binarną stado mniej lub bardziej wiarygodnych wymówek. Jednak za sprawą losu pod postacią Jasia mogę to przemilczeć (przynajmniej póki co) i skupić się na czymś o niebo ważniejszym czyli na Młotkach.
Można bowiem już na nie głosować - zachęcam, namawiam i w ogóle gorąco wszystkich uprawnionych - to nasz środowisko i uczcijmy zakończenie sezonu w godny sposób.
Zdaję sobie sprawę, że ten sezon był ciężki dla ligi i dlatego uważam, że aktualnie głosowanie na nagrody środowiska jest tym ważniejsze. W ten sposób można pokazać, że jednak ta cała zabawa w ligę i turnieje ma sens i że ten przysłowiowy uścisk dłoni prezesa za który to wszystko się robi ma jakieś znacznie i że coś a raczej ktoś za nim stoi. I co najważniejsze, że w ogóle on jest.
No ale nie zatrzymuję już Was w drodze do cyfrowej urny.
… do malowania figur. No oki, może nienawiść to za mocne słowo ale mam wrażenie, że taka na przykład „niechęć” do nie końca oddaje co mi w duszy gra na widok pędzelka. I farbek. I całej reszty tego ekwipunku. Nie zmienia to jednak faktu, że wolę grać, czymś co ma farbę na sobie a nie tylko podkład, plastikowy i poobijany. I umiem docenić kiedy ktoś ma ładnie maźniętą, armię i widać czas który w nią włożył. Jestem zatem świadom tego aspektu hobby i choć lubię raz na jakiś czas sobie coś skonwertować to jednak samo malowanie jest dla mnie niczym wejście do krainy Freddiego Krugera.
Albo Cenobitów.
Jednak niestety nie da się tego uniknąć i raz na jakiś czas trzeba sięgnąć po pędzelek. I zauważyłem, że ten cykl u mnie jakoś tak ostatnio zaczął się pokrywać z Drużynowymi Mistrzostwami Polski. Na zeszłoroczne pomalowałem, wcześniej jedynie sklejonych, Lostów. I co prawda przez rok który minął od tej imprezy parę rzeczy jeszcze popaćkałem to jednak te początkowe przygotowania, pewnie za sprawą swoje skali, najbardziej się wbiły mi w pamięć. A w tym roku chociaż w związku z planami urlopowymi do Syreniego Grodu się nie udaję to i tak maluje modele na tą imprezę i to do tych samych Lostów. A to dzięki Michałku któremu obiecałem pożyczyć armię.
I w sumie pomimo mojego podejścia do zagadnienia to jestem mu wdzięczny za mobilizację. Bo malowanie armii to nie jest kwestia chęci czy ich braku albo tym bardziej umiejętności lub innego talentu a jedynie mobilizacji. Jeśli ta występuje to mieć pomalowaną armię na poziomie tzw. tabletop to nie jest Tzeentch wie jaki problem. Aktualne udogodnienia w postaci aeorgrafu czy innych washy sprawiają, że czas potrzebny na osiągnięcie masterowej wystawialności modelu uległ sporej redukcji. Zatem jeśli komuś się uda z siebie wykrzesać choć trochę ochoty nic nie stoi na przeszkodzie by w miarę szybko i bezboleśnie skompletować zbiór modeli który nie zostanie wykreślony przez sędziego na takiej np. Wojnie Światów ;).
I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że na imprezie która ma zarówno wyrazy Mistrzostwa i Polski w swojej nazwie, wymóg malowania zostanie potraktowany stosownie do jej rangi. Bo po Wojnie widać, że wśród graczy jest akceptacja dla poważnego traktowania tego warunku zabawy, a skorzystamy na tym wszyscy – będziemy bowiem mieli ładniejsze stoły i bitwy zyskają na walorze estetycznym. Bo jeśli coś w tym hobby budzi w mnie większą „nienawiść” niż malowanie figur to właśnie ich nie pomalowanie.
Od jakiegoś półtora roku trasa kolejowa Gdynia – Poznań stała mi się dosyć bliska a jakiś czas temu wymyśliłem, że w sumie to mogę notki pisać w pociągu co by czas podrózy wykorzystywać nie tylko na kolejne czytadła z Black Library i wymyślanie niedorzecznych rozpisek. No i w piątek jadąc do Poznania napisałem coś o Grey Knightach bazujac na tygodniowym wertowaniu kodeksu. Stwierdziłem jednak, że w tak zwanym międzyczasie wrzucę wywiad z Thurionem a Szarej notce dam się odleżeć zwłaszcza, że w sobotę mieliśmy w stolicy podziemnych pomarańczy lokala który do moich teorii o Szarych Rycerzach mógł wnieść trochę niezbędnej praktyki...
… i oczywiście za sprawą 3 graczy GK wniósł. Nawet więcej niż się spodziewałem w najśmielszych snach. A raczej w najgorszych koszmarach. Opinie przeciwników najnowszego dziecka Games Workshop różniły się głównie stężeniem wulgaryzmów natomiast główna linia fabularna wypowiedzi daje się sprowadzić do jednego słowa – Absurd. Pewnie, że należy wziąć poprawkę na to, że początki bywają trudne i, że kiedy pojawia się nowa mocna armia zawsze chwila musi upłynąć zanim ogarnie się temat i ludzie nauczą się wykorzystywać jej słabości. Jednak Grey Knighci mają szanse poważnie wstrząsnąć naszymi stołami. Zwłaszcza, że są armią w Power Armourach co dosyć upraszcza sprawę przeskoku na nich.
Osobiście nie było mi dane jeszcze zagrać z Szarakami i pomimo usłyszanych opini mam nadzieję, że to dosyć szybko się zmieni. Natomiast przy okazji tego kodeksu przypomniała mi się refleksja która już kiedyś mi zakwitła ale dosyć szybko zeszła do podziemia mojej pamięci. Mianowicie wszystkie armie powinny mieć jakieś zabezpieczenia anty psykerskie. W czasach przed wilkowych nie miało to aż tak wielkiego znaczenia ale Grey Knighci gdzie czaruje wszystko sprawiają, że armię bez czegokolwiek komplikującego życie magikom wszelkiej maści czują się jak z nożami na strzelaninie. I kodeks ten może przelać czarę goryczy wśród graczy nie mających psychic hooda w sekcji wargear używanego podręcznika.
Każda armia ma jak otworzyć landka i każda armia tak samo męczy się z 3+ inva, no może poza nekronami ale oni dla odmiany się męczą z wszystkim innym na czele z własnym deksem więc się nie liczą. I podobno równowaga powinna pojawiać się w kwestii psykerów, niestety mam wrażenie, że twórcy zasad nie dostrzegają problemu. Przynajmniej tak to wygląda gdy się spojrzy na tyrki czy Dark Eldarów. Może się okazać, że nie zależnie jak bardzo poprawią nekronów i jakiej rewolucji dokonają choćby w ich troopsach nikt tej armii na turniej nie weźmie bo obawa przed spotkaniem choćby paszczy najpierw w postaci kreski a potem sprayu będzie zbyt silna.
I do podobnych wniosków dojdą ludzie grający innymi armiami po czym czeka nas wybór między szarym a srebrnym kolorem pancerzy. Ewentualnie czerwonym. I z całym szacunkiem dla wilków, rycerzyków czy bladzi i ich graczy to taka perspektywa wydaje mi się straszna.
PS Oczywiście wywiady o Grey Knightach planuje jednak chce dać trochę więcej czasu ludziom na poznanie kodeksu.
Czyli wciąż aktualnym Mistrzem Polski w batlla. A, że Thurion od jakiegoś czasu przerzucił się na okrągłe podstawki uznałem, że warto z nim porozmawiać o obu Warhammerach, o różnicach, podobieństwach, ETC i jeszcze kilku innych sprawach. Nie będziemy z Michem ukrywać, że podcast miał być dłuższy za sprawą nagrań z Wojny Światów jednak niestety Warp wygrał i nic z tego nie będzie. Cóż mówi się trudno i turla się dalej.
Nie przedłużam zatem i zapraszam do odsłuchu i tradycyjnie ostrzegamy przed grubszym słowem.
Prawie już hasła do bloger zapomniałem. No dobra - dramatyzuje, ale wyrzuty sumienia już się zaczynały pojawiać. Na szczęści jest Michu który ratuje sytuacje notką, na czasie można powiedzieć, bo o lidze lokalnej. Na szczęście nie o tej co teraz jest na językach.
Nadaje Michu. Terminy gonią i to co miało zawierać jakąś relację z Wojny Światów, będzie zupełnie o czym innym. W dodatku ostrzegam - będą modne słowa. A przynajmniej jedno - "meta". I nie w kontekście stanów euforycznych ani rozbudowy masy mięśniowej, a przy okazji zakończenia Poznańskie Ligi Wh40k (link:http://liga.sztab.com.pl). Samo zakończenie miało miejsce już jakiś czas temu ale zamieszanie związane z WS, do spółki z z kilkoma innymi poza-bitewniakowymi czynnikami spowodowało, że tekst ujrzał światło dzienne dopiero teraz. Tym razem nie będe się jednak rozpisywał o samych rozgrywkach i ich mechaniźmie (poza niezbędnym skrótem), co powinno się spodobać paru brodatym malkontentom ale skupię się na tym co można powiedzieć o poznańskim środowisku wh40k na podstawie analizy wyników ligowych. Zahaczę też przy okazji o zbliżające sie DMP - nie wspominając przy tym o regulaminie :)
Ranking armijny po zakończeniu sezonu - aktualną wersję można zobaczyć pod tym adresem.
Ligę wygrał Prezes Jasiu. Drugie miejsce zajął Były Prezes eM, a trzecie obecny Wice, Afro. Co jak co, ale Zarząd Klubu mamy w Poznaniu dobry. Przynajmniej w czterdziestkę (wybaczcie, nie mogłem sobie odmówić...). Graczy aktywnych, o liczbie gier większej niż 3, mieliśmy 38-miu. Rozegrali oni przez 6 miesięcy łącznie 317 bitew. Z czego aż 127 to remisy - co wynikało zapewne z wysokiego progu zwycięstwa (14-6). Ciekawie natomiast sprawdził się system rankingowy. Już po dwóch miesiącach liczba bitew, gdzie wygrywała osoba o niższym rankingu, była minimalna. W całym sezonie takich przypadków było zaledwie 34. Nieco więcej remisów - 58, ale nadal niezbyt dużo. Na końcu wyznaczyliśmy nawet nagrodę specjalną - "Polowanie na Prezesa". Taki rozkład wyników pokazuje, że w naszym małym światku różnice w umiejętnościach poszczególnych graczy są spore - nie dziwi to zbytnio, zważywszy na ilość młodych graczy. Chociaż muszę się przyznać, że spodziewałem się, iż zaznaczy się wpływ systemu turniejowego (szwajcar). Niestety liczba gier jest nadal zbyt mała, żeby analizę rozciągnąć na zależności związane z armiami. Myślę, że będzie to można zrobić dopiero w przyszłym sezonie.
A jak przy armiach jesteśmy to tutaj robi się ciekawie. Gdzieś powyżej możecie znaleźć obrazek z końcowym rankingiem armii. Pierwsze miejsce nie jest wielką niespodzianką. Drugie też, chociaż Bladzie zaczęły parcie na podium dopiero od niedawana - na fali popularności nowego dexu zrobiło się ich bardzo dużo i w większości kończyło się to paroma przegranymi bitwami. Dopiero niedawno wykrystalizowała się grupa stałych graczy. Wilki mają jakby większą łatwość zatrzymywania nowych ludzi. Ciekawe czemu... Zaskoczeniem dla niektórych może być natomiast miejsce trzecie - Demony! Co więcej, do turnieju finałowego prowadziły ranking niezagrożone. Dopiero na końcu passa się skończyła, za to spektakularnie - granie tą armią wymaga czasami naprawdę wielkiego hartu ducha - prawda Michałku?
Jeszcze lepiej jest w niższej połowie rankingu. Tutaj znajdujemy brakującą Gwardię Imperialną. Ma na to wpływ zapewne fakt, że nie jest to najpopularniejsza armia w Pozku i w dodatku armie IG w Poznaniu przypominają bardziej fluffową rzeczywistość, nie składając się w całości z weteranów i ich wspaniałych pojazdów. Ostatnią półkę zaczynają Eldarzy - codex jest nieświeży, to widać wszem i nie tylko u Nas. Trochę niżej są odwieczni wrogowie z Assault on the Black Reach - Orki i SM. Obie armie nie są najsłabsze ale w obecnym "meta" trzeba nimi po prostu umieć dobrze grać. To nie combuje się z zestawem dla początkujących, a rezultat jest widoczny - łomot.
I wreszcie końcówka rankingu. Chaos Space Marines. To są jaja. Poznańska Czarna Krucjata prezentuje radosny poziom najbardziej chwalebnych dokonań Abbadona. To jest oczywiście również jedna z najbardziej popularnych armii na początek i gra nią dużo młodych stażem graczy. Ale to nie jest jedyne wytłumaczenie. Przecież jest to armia regularnie dobrze radząca sobie w turniejach- chociaż najwyraźniej nie w Pozku. Wyobrażam sobie, że mając przed oczami wiele możliwości jakie mimo wszystko oferuje ten codex, ciężko sobie uświadomić, iż jest jedna grywalna rozpiska i jeśli przyjdziesz na turniej bez lasha to automatycznie zostajesz fluffowym króliczkiem. Może i jestem pluszowy ale są granice. Jak sobie to uświadomiłem, dawno temu, to zmieniłem armię. I myślę, że niestety krok ten podejmie również wielu naszych obecnych graczy CSM. Wydaje mi się, że w pozostałych ośrodkach pod względem armii jest podobnie - jeśli nie, napiszcie w komentarzach.
Ale miało być coś o DMP. W trzech tabelkach rozpisałem wyniki starć pomiędzy poszczególnymi armiami. Wystarczyłby dwie, ale dla czytelności są trzy. Wartości są procentowe - jakby ktoś potrzebował instrukcji: wyszukuje się po lewej nazwę armii i w rzędzie można odczytać procentowy udział np. zwycięstw w starciach z armią z danej kolumny. Zaznaczyłem kolorami wartości większe niż 50%. Literka "x" oznacza, że dana para armii grała ze sobą mniej niż 3 razy - wtedy nie dawałem żadnej statystyki.
Porównanie armii: wygrane - Poznańska Liga Wh40k.
Porównanie armii: remisy - Poznańska Liga Wh40k.
Porównanie armii: przegrane - Poznańska Liga Wh40k.
Do czego to może być przydatne? Ja jadę w tym roku po raz pierwszy jako osoba odpowiedzialna za parowanie - jeśli nie liczyć epizodu ze skryptem w bashu i syntetyzatorem mowy. O ile jakieś swoje koncepcje posiadam oczywiście, to zamierzam korzystać z powyższych tabel dość intensywnie. Jest to napewno lepsze niż zgadywanie. Jeśli przyjrzeć się bliżej poszczególnym parom to są i wyniki jak najbardziej spodziewane np. IG vs BA, czy ilość remisów w przypadku Eldarów lub niezbyt chwalebny zapis Tau, jak i dość zaskakujące - np. skuteczność Demonów przeciwko Wilkom lub Orków przeciw BA. To ostatnie to szczególnie jest dziwne... Nie należy jednak tabelkom ufać do końca - ranking graczy i ranking armii doskonale wyklucza CSM z rzetelnej analizy :) Jestem ciekaw czy uważacie, że parowanie wspomagane takimi tabelami ma jakikolwiek sens?
Wojnę już odespałem, zatem przyszedł czas by coś o niej skrobnąć. Jest tylko jeden problem - nie za bardzo wiem co bo wszystko już zostało powiedziane na forach wszelakich. Spróbuję jednak to podsumować i w miarę możliwości dodać coś od strony organizatorskiej.
Po dosyć krótkiej refleksji stwierdzam, że w sumie podsumowanie jest proste i wybaczcie mi ten autocytat ale nic lepiej moich odczuć nie oddaje jak następujący tekst:
„Widzę progres ale on mnie nie zadowala.”
Nie da się ukryć że sporo rzeczy poprawiliśmy, w tym co najważniejsze salę (choć to średnio nasza zasługa, ale czasem tak jest w życiu, że wystarczy wiedzieć za kim iść), jednak nie da się ukryć, że parę spraw też nie do końca wypaliło, jak choćby relacja live za którą osobiście odpowiadałem. Każdy z zaliczonych fakapów ma swoją historię i swoje przyczyny i nie chce tu popełniać samobiczowania oraz publicznego masochizmu wchodząc zbyt mocno w detal. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że mamy doskonale świadomość co poszło nie tak jak powinno, również dzięki feedbackowi na forach jak i w luźnych pogaduchach, a że akurat autokrytyki nam nie brakuje to na pewno wszystko co się da w przyszłości poprawimy. Mam jednak wrażenie, że pomimo tych trudności impreza w końcowym rozrachunku wypaliła i jej powszechna ocena jest na plus. Zwłaszcza, że paru miejscach jak choćby, dla przykładu stoły to naprawdę serio, serio podeszliśmy do zagadnienia dzięki czemu nikt nie miał większych zastrzeżeń do ich ustawienia czy zagęszczenia.
Od strony sędziowania jak na skale imprezy nie było super wiele roboty więc można powiedzieć, że duch w narodzie spokojny. Zresztą wydaje mi się, że to stan normalny na naszych krajowych turniejach i ludzie nie wzywaj pochopnie sędziów pytając w pierwszej kolejności choćby współgraczy przy sąsiednich stołach. I bardzo dobrze - przynajmniej środowisko się integruje. A jeśli jesteśmy przy integracji to przy Wojnie było to samo co cociażby w Toruniu czyli bardzo późne zakończenie gier w sobotę. Przez co sporo ludzi wykruszyło się z wieczornych atrakcji. Szczerze mówiąc osobiście jestem za zmianą tych proporcji i wolę gdy jest większa ilości czasu już wieczorem na pogaduchy na tematy wszelakie nad ulubionym napojem.
Wojna Światów 2011 za nami i póki co za bardzo nie myślimy o przyszłym roku ale mam świadomość, że nie długo trzeba będzie zacząć. Zresztą już teraz parę pomysłów mamy które się narodziły przy okazji organizacji tegorocznej imprezy. Ale to pieśń dalszej przyszłości a póki co mamy zakończenie sezonu, nagrody środowiska czyli Młotki i oczywiście Drużynowe Mistrzostwa Polski.
Na koniec ciekawostka dla wszystkich fanów Sanitariatów z poprzedniej szkoły i innych kultystów Nurgla - przy okazji inwentaryzacji w jednej z szkół noclegowych okazało się, że ilość muszli jest o jedną sztukę na plusie. Podejrzewamy, że ktoś nauczony poprzednimi laty nie chciał dać się zmylić nowej miejscówce i przyjechał zawczasu przygotowany z własnym Złotym Tronem.
Kris jako jedyny zdobył 3 punkty, reszta klasyfikacji wygląda następująco (ksywa/punkty):
Jan 2
grbz 2
Inkq 2
vladdi 2
Z perspektywy kury domowej 2
mati.pl 1
Emeryt 1
Marios 1
trej 1
Maciej 1
Typhus 1
Ykb 1
Można powiedzieć że tabela jest dość płaska :) Wielkie dzięki dla wszystkich za udział.
Mam nadzieję, że w nie dalekiej przyszłości będzie więcej konkursów i to może nawet takich z nagrodami.
A o samej Wojnie Światów więcej w najbliższym czasie jak tylko się z Michem ogarniemy, a póki co muszę tą imprezkę najzwyczajniej w świecie odespać bo niestety jeszcze nie miałem okazji.
Michowi udało się sklecić kilka a nawet ciut więcej zdań o biforku z figurkami w tle czyli o piątku na Wojnie Światów. Zapraszam do lektury.
Wojna Światów – Killzone!
Nadaje Michu. Chaos i zamęt pod pelną kontrolą – własnie trwaja zapisy. Ale jeden dzien Wojny Światów już za nami. W piątek jak zwykle – rozstawianie stołów, bluzgi a wieczorem pierwsze ofiary w ludziach. Łysy szaleje z aparatem i twitterem – efekty współpracy jego zmyslu estetycznego i pewnej ręki można oglądać tutaj (http://wojnaswiatow.pl/live.php).
Organizacja przebiegała coraz sprawniej w miarę upływu czasu – prawdopodobna przyczyną była obecność w budynku sympatycznego baru marki Społem zapatrzonego w napoje energetyzują o różnej mocy.
Wieczór nadszedl znienacka i część osób zdecydowala sie wyruszyć w kierunku sławnej poznańskiej starówki energetyzować się dalej, natomiast co bardziej żądni krwi osobnicy zostali na turnieju Killzona. Żeby nie uronić dla Was, drodzy czytelnicy, ani chwili wydarzenia, podzieliliśmy się z Łysym na podgrupy – On poszedł relacjonować nocne wędrówki, a ja pozostałem organizować Killzone.
Killzone wyszedł wyśmienicie. Kameralnie – 8 osób ale za to weteranów. Średnia wieku porównywalna była prawdopodobnie z parafialnym bingo. Okazało się, że najtrudniejszym elementem jest w tej grze ułożenie rozpiski. Kto zrobił to po raz pierwszy, miał małe szanse żeby wszystko działało. Drugim elementem, który stanowił niemały problem dla części graczy, była konieczność zapamiętania celów misji. Punkty liczyliśmy zatem na oko – doskonale wyrównało to szanse w przypadku co bardziej sklerotycznych uczestników.
Zaczęliśmy z godzinnym opóźnieniem, natomiast skończyliśmy godzinę wcześniej. Killzone nie jest grą, gdzie da sie przedłużać. W ciągu tych 2,5 godziny działo się jednak niemało. Cuda na kiju i bohaterskie szarże. I demony, wszędzie demony. Odkryliśmy z Michałku, że jest to drugi system, oprócz battla, gdzie demony są prawdziwie demoniczne. Dzielny opór inwazji z warpa probówali stawiać marinsi z zbrojach terminatorskich ale nie na wiele się to zdało. Sytuacja sie nieco zmienila w trzeciej misji.
Ideą Poznańskiego Gangbangu było, że gracz z czołówki gra z dwoma przeciwnikami z niższych miejsc, będących niejako w naturalnym sojuszu. Sprawdziło się. Zdradzieccy Black Templarzy Areckiego i Eldarzy Krisa (w ich przypadky przydomek zdradzieccy byłby tautologią) zabrali mi lizaka i dali kopa w zadek. Na drugim stole demony Michałku zostały wciągnięte w klasyczny „clusterfuck” z pięcioma młotkowymi (z trzech różnych armiii) – ale on przynajmnien coś zabił. W generalnej klasyfikacji niec to jednak nie zmieniło. Demony na pierwszych miejscach. Demoniczna atmosfera zresztą nadal trwa – za dzisiejsze śniadanie zapłaciłem 8,88. Do usłyszenia.
Mam dla Was coś co idealnie można opisywać określeniem Prawie Jak Konkurs, bo zadanie jest tyle, że nagród poza krótkotrwałą sławą przy publikacji wyników i własną satysfakcją nie ma. Nie będę nadwyrężał cierpliwości tych którzy nie skończyli lektury po ostatnim a zarazem pierwszym zdaniu i od razu przejdę do rzeczy. Chodzi o odkrycie w sobie Farseera, wyznawcy Tzeentcha, Warpheada czy innego Astropaty i przewidznie przyszłości a konkretnie podium na Wojnie Światów. Jak ktoś nie wie kto wogóke będzie grał zapraszam tutaj.
Można ksywami, można numerami par z listy zgłoszeń. Wygrywa ten kto zdobędzie najwięcej punktów a punkty są za:
- jeden za każdą wytypowaną parę która trafiła na podium niezależnie od zajętego miejsca.
- jeden dodatkowo jeśli poprawnie przewidzi się miejsce.
Czyli przykładowo moja wizja przyszłości wygląda tak:
1 A
2 B
3 C
a wyniki turnieju z kolei wyglądają tak:
1 A
2 D
3 B
Dostaje za ten dar od Tzeentcha 3 punkty - dwie pary na podium plus jedna z miejscem.
Swoje projekcje astralne i wizje międzyplanetarne (cytując klasyków z Kielc) zostawcie proszę w komentarzach i gorąco zapraszam do zabawy.
Acha i deadline na punktowane zgłoszeniato rozpoczęcie pierwszej bitwy czyli sobota godzina 9 rano.
To już za kilkadziesiąt, kilkanaście, kilka godzin. Od poniedziałku mam problemy z koncentracją i myślami jestem przy weekendzie. Za sprawą nowej miejscówki tegoroczny turniej ma turbo powiew świeżości i towarzyszy mi taki prawie zapomniany dreszczyk emocji z czasów kiedy zaczynałem współuczestniczyć w tym przedsięwzięciu.
Przez dwa lata mój udział w organizacji poznańskiego mastera ograniczał się do popełniania trailerów i narzekania pomieszanego z mniej lub bardziej wymyśnymi wiązankami w bezpośrednim sąsiedźtwie noszonych stołów. Jednak w tym roku powracam do trochę większego zaangażowania w organizację głównie dlatego, że eM zajął się po równie długiej przerwie koordynacją całej zabawy a ja w przypływie dobrego humoru wychyliłem się z deklaracją, że skoro on to ja też. A eM złośliwie ;) wziął i zapamiętał to. I choć trochę żałuj, że sobie nie pogram zwłaszcza, że miał mi w tym towarzyszyć Michu, który jeszcze mi nie wybaczył mojej radosnej obietnicy dla eM'a, to jednak ciesze się, że za to będziemy razem robili relacje live. To jest novum zarówno dla nas jak i dla Was czyli potencjalnych zainteresowanych. Spodziewam się jakiś niedociągnięć ale mam nadzieję, że uda się nam uniknąć co większych min i całość przebiegnie jednak bez fakapów. Szczerze mówiąc nie wiem czy na tym etapie mogę rzucać linkami więc na wszelki wypadek się wstrzymam. Na pewno w stosownym czasie pojawią się na co większych forach.
Za to na pewno mogę zadeklarować i mam nadzieję, że jest to bardziej przemyślana deklaracja niż ta przed chwilą wspomniana, iż postaramy się oboje z Michem maksymalnie dobrze wykorzystać ten weekend – planujemy porozmawiać z różnymi ludźmi by potem to opublikować na łamach tego bloga. Zamierzamy również sprawić by relacja była możliwie atrakcyjna i dla tych którzy z różnych powodów nie dotrą jak i dla tych którzy ją przeczytają dopiero po zakończeniu turnieju. Będziemy również próbowali umieścić jakieś podsumowania na gorąc zarówno w sobotę jak i w niedzielę choć na pewno to nie będzie łatwe.
Słowem będzie się działo.
Już na samą myśl przebieram nóżkami.
Nie będę ukrywał, że oryginalnie ta notka miała być o tym co już wiemy o Grey Knightach a przecież wiemy naprawdę sporo. O tym jak bardzo nadają się na przed herezyjnych Thousnad Sonsów z tymi swoimi zasadami czarowania obejmującymi pojazdy. I o tym, że czasem Hunters powinni też być Haunted. Ale nie będzie. Dlaczego? Bo pendrive z materiałami pomocniczymi które miały mi pomóc pisać o tym wszystkim został w pracy. A ja jak sobie o tym przypomniałem byłem w pociągu.
Ruchomym już.
Cóż najwyżej skrobne o tym już na legalu a póki co temat B.
Jakiś czas temu postanowiłem przy okazji zamawiania bardzo dobrego brytyjskiego serialu kryminalnego „Lynlley's Mysteries” (skoro już o nim piszę to szczerze polecam) nadrobić zaległości w Black Library i tym sposobem stałem się posiadaczem m.in. lektury pt. Dead men walking. Książka opowiada historie jakiejś górniczej planety gdzie budzą się necroni a walczą z nimi maniacy masek przeciwgazowych reprezentujący Krieg. Dużym plusem tego dziełka jest przybliżenie Death Korpsu i jego podejścia do wojny które dosyć mocno odbiega od tego w innych regimentach gwardii. Ale nie zamierzam się bawić w recenzenta a jedynie wspomnieć o dwóch refleksjach które mi się nasunęły przy okazji tej lektury.
Pierwsza to, że ta książka jest niebezpieczna. Człowieka aż korci i skręca na myśl o Kriegach bo te obrazki w głowie rodem z Forgeworldu nabierają za sprawą tej lektury coraz więcej treści i przystają być tylko fotkami modeli a stają się pomysłem na armię. A chyba trudno o bardziej hardkorowy dla portfela pomysł niż zbieranie DkoK – no może poza jakimś Titan Legion.
Natomiast druga refleksja dotyczy drugiej strony konfliktu. I przy tej okazji zacząłem się zastanawiać jak minimalną ilością zmian można by ugrywalnić necronół. I myślę, że temat dobrze okreśłił Jasiu aka Prezes w jakiejś rozmowie na ostatnim poznańskim lokalu. Mianowicie tosterom do szczęścia brakuje stuborna oraz rendingu na gauss weaponach. I to chyba, by robiło wystarczającą różnicę. Oczywiście jakieś nowości w sekcji troopsy by nie zawadziły – płacenie 360 punktów za możliwość zajmowania dwóch znaczników nie należy do szczególnie udanych dealów. Zwłaszcza, że jacy są wariorzy każdy widzi. A raczej pamięta bo zobaczyć ich to wyczyn ostatnimi czasy.
Podniesienie WS'a na lordzie też by nie zawadziło wtedy może by kogoś zabił w tym kombacie a nie tylko w nim stał. Ale to już detal i pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych rzeczy którym można by się baczniej przyjrzeć jak choćby pariasi. I tu pytanie do Was drodzy czytelnicy – jak Wy to widzicie? Co wy obdarzeni tytułem głównego autora Codex: Necrons byście zmienili w tej armii byśmy mieli okazję ją częściej oglądać na stołach i żeby poniższy obrazek stracił na aktualności?
To co mi się podoba w poznańskich lokalach to dosyć otwarte podejście do formuły zabawy. Oczywiście nie chcę tutaj robić z Poznaniaków, Tzeentch wie jakich prekursorów i klimaciarzy ale nie da się ukryć, że dwa ostatnie lokale na których miałem przyjemność grać, w stolicy podziemnych pomarańczy miały bardziej niż mniej oryginalny regulamin. O poprzednim możecie poczytać tutaj, dziś chciałem skrobnąć coś o tym świeższym czyli z ostatniej soboty.
Intencją Jacoba który odpowiadał za zasady było wymuszenie formułą zabawy zmiany w rozpiskach i by gracze odeszli od ogranych rozwiązań. I udało mu się, a patent który zastosował był prosty i zarazem skuteczny. Mianowicie w dwóch misjach, znaczniki co prawda można było zajmować troopsami ale dawało to jedynie po 200 punktów od sztuki. Natomiast tym co dawało prawdziwe punkty (czyli 800) były raz fasty, a raz elity. Czyli generalnie mówiąc troopsy w liczbie większej niż dwa nie były szczególnie potrzebne do szczęścia. Pod warunkiem posiadania odpowiednio licznych elit i fastów. Natomiast 3cią misją była wariacja na temat anihilacji ze zwiększonym naciskiem na heavy support – tak dla kompletu.
I przy takich zasadach zabawa kompozycją rozpiski miała spory sens i dawała sporo radości. Oczywiście ma takie podejście swoje minusy bo sprawdza się jedynie przy odpowiednio dużych punktach. Nie oszukujmy się, by na 1500 pktów mieć i elity i fasty i heavy to nie jest trywialne zadanie zwłaszcza przy niektórych deksach. Kolejną sprawą jest, że takie zasady premiują graczy kolekcjonerów którzy mają sporo modeli, które kurzą się gdzieś po zakamarkach i jeśli nie nadejdzie taka właśnie okazja to nikt o nich nie pamięta. Bo nie oszukujmy się ilu wyznawców 8 ramiennej gwiazdy grających sprawdzonym 9+2 i nie pamiętający czasów lojtków-odkurzaczy, ma pod ręką raptorów czy innych rogatych bajkerów?
Jednak te minusy nie mogą nam zasłonić plusów. A te są nie małe choćby sporo kombinowania już na etapie składania rozpiski i co za tym idzie przypomnienie sobie rzadko odwiedzonych stron własnego kodeksu. A przy ciągle zmieniającej się - uwaga modne słowo – meta-game stały kontakt z podręcznikiem i przypominanie sobie o różnych możliwościach jest nie do przecenienia. Kolejny plus to możliwość zobaczenia rzadko wystawianych jednostek których w normalnym otoczeniu turniejowym należałoby szukać z świecą. A przy odrobinie szczęścia takie perełki się zdarzały po obu stronach stołu.
No i fajnie było sobie przypomnieć czasy 4 edycji gdzie troopsy w liczbie większej niż dwa nie były absolutną koniecznością jak teraz. Dzięki czemu było więcej punktów na to co tygrysy lubią bardziej czyli np. elity czy inne heavy. Dla mnie ten turniej był taką swoistą wycieczką w przeszłość i retrospekcją. A w pewnym wieku się docenia takie smaczki i jest się za nie po prostu wdzięcznym. Good old days i te klimaty ;)
Szczególnie zgrabnie wyciągniętej, z tego chaotycznego wywodu, puenty nie będzie bo chyba sam Tzeentch by musiał się zaangażować w jej odnalezienie więc wniosek końcowy będzie prosty:
"Drodzy organizatorzy więcej odwagi w regulaminowym szaleństwie."
I nie - to wcale nie jest zakamuflowany głos w sprawie DMP ;). Serio, serio.
Nie da się ukryć, że Wojna Światów to turniej zarówno mi jak i Michowi, przynajmniej emocjonalnie, najbliższy. I jest to fakt dla każdego kto choć trochę nas zna, wiadomy i wręcz oczywisty. Zatem nie będzie pewnie dla większości z Was wielkim zaskoczeniem tematyka podcasta nr 6.
Proszę Państwa - Wojna Światów - historia, teraźniejszość oraz oczywiście zamglona przyszłość. Czyli od stolika ogrodowego do hali targowej. Z gościnnym występem człowieka który za tym stoi już od dekady (z króciutką przerwą) czyli eM'a.
Jesteśmy w europie – Games Workshop otwiera w stolicy naszego kraju swój sklep firmowy. Fajnie, nie?
Choć może nie do końca bo prostu to już nie ma dla nas znaczenia.
Dla nas czyli ludzi którzy grają w te gry, mają te modele i po prostu są przesiąknięci tym hobby. Bo tak szczerze mówiąc nawet jeśli mieszkałbym w Wawie to nie wiem co by ten sklep zmieniał dla mnie.
Chyba nic.
I patrząc na reakcje na forach to mam wrażenie, że nie jestem odosbniony w powyższym poglądzie. Owszem na batlowym border princes czy na Glorii Victis pojawiły się stosowne tematy ale by ich zasięg (przynajmniej w okrągłej części) był równie globalny jak choćby ostatniego flejmu o DMP to trudno już powiedzieć. W większych miastach figury można kupić w różnych sklepach stacjonarnych, w całym kraju via net więc ten sklep niczego nie zmieni.
Ale i tak się cieszę. Bo będzie coś do zobaczenia w stolicy poza Muzeum Powstania Warszawskiego. Taka szpileczka. A bardziej serio to znaczy, że może Games generalnie będzie traktował nasz kraj poważniej. Choć nie wiem co by to oznaczało bo szczerze mówiąc czasami trudno stwierdzić czy GW gdziekolwiek traktuje swoich klientów serio. No może poza Japonią – ach te darmowe deksy.
Ale najważniejszym plusem otwarcia sklepu jest, prawdziwa intencj stojąca za tym wydarzeniem. Bo choć placówka ta, podobnie jak każde inne przedśwzięcie biznesowe ma przynosić zysk to jednak ma również wprowadzać świeżą krew do hobby. Bo tak naprawdę GW jest to obojętne czy klient kupi coś u nich czy gdzieś obok, czy też na necie. I tak to oni odetną największy kupon od tej transakcji. Dla nich ważniejsze jest by ten klient w ogóle występował w przyrodzie. I po to im ten sklep. A nie oszukujmyh się w dobie internetu i allegro zwykłe sklepy nie mają łatwo. A pierwsze i najłatwiejsze koszta do redukcji to promocja hobby i związana z tym powierzchnia i roboczogodziny. Trudno zatem liczyć, że niezależnie dystrybutorzy będą kołem zamachowym dla promocji produktów Games Workshop w Polsce.
W przypadku tak niszowego hobby które u nas w kraju cały czas jeszcze nie do końca się przebiło do masowej świadomości, to obcinanie wydatków na promocję, czyli de facto ograniczanie się do stopniowo kurczącego się grona klientów, to w dłużeszej perspektywie podcinanie gałęzi na której się siedzi.
Zatem, rzeczywiście, aktualnie dla mnie nowo otwierany sklep GW w naszym kraju nie ma większego znaczenia. Ale pewnie za lat parę będzie miał i to całkiem spore. Bo może dzięki niemu i kolejnym takm miejscom to hobby będzie się jeszcze rozwijać.
O ile sam nie zmienię statusu na wykruszonego klienta, wtedy teza z początku tej notki będzie wiecznie aktualna.
Tak na rozluźnienie po ostatnim flejmie, Michu proponuję relację z pewnego lokala i szersze perspektywy.
Przy okazji tej notki wprowadzam również nową etykietkę mianowicie - "relacje", bo zauważyłem, że używana do tej pory przy takich okazjach "scena turniejowa" zrobiła się ponad miarę pojemna.
Nadaje Michu. W ostatnią sobotę zawitałem, wraz z panami eM-em oraz Krisem (ten drugi jako żywy dowód potęgi nekromancji), do pięknego miasta Zielonej Góry, celem poprzesuwania pamperków na lokalu organizowanym przez tamtejszy klub Ad Astra. Była to już moja druga wyprawa w tamte rejony, a trzecia poznańska. Z pierwszej, jak niektórzy może pamiętają, miałem zdać obszerną relację - niestety niewiele z tego wyszło. Postaram się, korzystając z okazji, błąd ten naprawić. Warto bowiem napisać kilka słów o zielonogórskim światku 40k, który jest jak najbardziej żywy i budzi w poznaniakach nadzieje na czelendżera zlokalizowanego o przysłowiowy rzut beretem :) I bez obawy, nie zamierzam opowiadać swoich bitew - przynajmniej w całości... A dla wytrwałych na samym dole relacja w postaci filmiku.
To właśnie zdjęcie, obrazujące dokonania miejscowego orkowego tech-prista, zainspirowało wybór podkładu muzycznego do filmiku.
Za poprzednich moich odwiedzin turniej odbywał się w ramach konwentu Bachanalia. Tym razem impreza gościła w Elektroniku, czyli Zespole Szkół Samochodowo-Elektronicznych. Moim zdaniem miejscówka była o niebo lepsza - jasno, przestronnie i od strony wjazdu z Pozka. Na turnieju było 12 osób w tym 3 osobowe delegacje z Nowej Soli i Poznania. Miłą odmianą był zestaw występujących armii - nie było wilków, tylko jedna niezbyt hardkorowa gwardia a jedynymi BA grałem ja. Terenów było w sam raz, chociaż karton LOS blokerów przywieziony przez nas się chyba przydał. Podejrzewam ponadto, że przy tej niezmiernie luźnej i sympatycznej atmosferze grało by się dobrze i bez terenów :)
Bardzo podobały mi się scenariusze. Nie wiem, czy są one lokalnym produktem ale mają kilka zalet. W pierwszym były do zajęcia trzy znaczniki na środku stołu, każdy po 300 punktów oraz +350 za zabicie HQ. W tym ostatnim aspekcie przypomina to krakowski „Urwij łeb hydrze”. Jak zauważył eM w drodze powrotnej, jest to całkiem dobry pomysł na pewien balans w środowisku bogatym w wilkowych szaleńców. Drugi to Dawn of War z dwoma znacznikami za 500 punktów rozstawianymi przez graczy. Dodatkowe 600 punktów za więcej oddziałów w strefie przeciwnika. Piękna, naporowa misja, nagradzająca uniwersalne armie. Ostatnia to ćwiartki z dodatkowym bonusem za najdroższy oddział. Przy czym zajmowanie ćwiartki polega na zajęciu znacznika znajdującego się w jej środku. Co by nie mówić, doskonale pozwala to uniknąć zajmowania ćwiartki przysłowiowym butem w drzwiach.
Po prostu podręcznikowy klasyk.
Na turniej wziąłem rozpiskę nawet niezbyt jak na mnie udziwnioną - predy, dredy i razory plus jakieś plecaki i śmierć kompania. Szlify bojowe otrzymał też nowo maźnięty oddział devków - chociaż nie było mi łatwo pamiętać, że mam coś takiego w rozpie i w jednej z misji dopiero w 4 turze wyszli na stół. Bohaterem dla mnie był dred bibliotekarz. Nie jest to jednostka wybitnie koszto-efektywna ale daje wiele radości i część armi nie ma po prostu godnej odpowiedzi jak już dostanie się do kombatu.
We wszystkich trzech bitwach zaczynałem i tylko w jednej z własnej woli. To bolało. I we wszystkich trzech bitwach grałem zbyt mało agresywnie - nigdy nie wypadła 7 tura, a we wszystkich wypadkach byłaby to dla mnie szansa na polepszenie wyniku. Swoją drogą losowa ostatnia tura to jest nie najlepszy moim zdaniem pomysł. Boli armie, które i tak mają nie najbardziej z górki np. Eldarów, ucinając możliwość grania na ostatnio-turowe zajmowanie znaczników. Mimo wszystko udało mi się zająć drugie miejsce. A było to tak - w pierwszej bitwie trafiłem na Marka z Nowej Soli i Black Templarów. BT to nie jest wygodny przeciwnik dla bladzi ale koledze od początku rzuty szły jakoś słabo. Zyskiwałem stopniowo przewagę i w pewnym momencie poczułem się chyba zbyt pewnie. Dobrze wycelowany Landek z termosami i szanse się wyrównały. Zbyt wolno zareagowałem, nie było 7 tury, do landka wsiedli taktyczni i objectiv dla BT. W rezultacie jedynie 12-8 dla mnie. Kolejny przeciwnik to gwardia. Dwa lemany, weterani, teamy z ciężkimi brońmi, blob z komisarzem. Misja to Dawn of War - zaczynam, więc DC z kapelanem śmiało do przodu. W tej misji BA z gwardią radzą sobie całkiem nieźle i po paru turach wynik mieliśmy właściwie ustalony. Co ciekawe, DC i kapelan prawie polegli od gwardyjskich fistów - na szczęście dla mnie Furioso lekce sobie waży takie urządzenia. Skończyło się 19-1 dla mnie, nie zdążyłem zająć drugiego objectivu.
Ostatni bitwa to eM z Dark Eldarami. Wyliczył, że muszę z nim wygrać 13-7, żeby wygrać turniej. To ja postanowiłem sobie ułatwić. I to nie jest prawda, że go zwałowałem, cokolwiek by wam mówił - po prostu sędzia miał taki sam pogląd na to na jakim stole powinniśmy grać :) Przegrałem rzut i znowu zaczynam. Eldarzy w rezerwach, ja wesoło hasam. Wychodzą, niewiele robią. Ja niestety też. Następnie eM poprawia, tym razem skuteczniej i wchodzi do walki Incubimi. Od tego momentu idzie po mojej myśli. W jednej turze praktycznie giną Ravagery (miałem fart), a Incubi mają krótką pogadankę pod tytułem latający dred. W takiej sytuacji co robią nieuczciwe elfy? Żagle jakieś rozwijają i tyle po niech widać. Darki kończą więc nie jestem w stanie już nic zmienić. 12-8 dla mnie. Niewiele zabrakło.
W ostatecznym rozrachunku pierwsze trzy miejsca zajęli poznaniacy. Przypomniało nam to czasy, kiedy czterdziestka w pozku raczkowała - wtedy było odwrotnie i z lubuskiego przyjeżdżali nas klepać - prawda Brajtman? Wydaje się, że rozwija się nam kolejny sensowny ośrodek czterdziestki . Będziemy chłopaków namawiać na czelendżera w tym roku i oby tylko znaleźli się chętni to tereny, sędziowie, a już na pewno gracze, znajdą się z łatwością. Myślę, że czelendżer po tej stronie naszego pięknego kraju będzie dobrym pomysłem. Acha, i na koniec parę zdjęć w rytmie czardasza.
Dawno nie mieliśmy takiego flejma. Ostatnimi czasy wszystkie liryczne burdy kończyły się zanim dobrze się rozkręciły – przynajmniej w zdecydowanej większości. A tu nagle regulamin Drużynowych Mistrzostw Polski okazał się bombą.
Wodorową, wręcz.
Jakby komuś się udało przespać podwaliny tej zadymy to poszło o Imperial Armour, który Zły, jako autor regulaminu, dopuścił do zabawy. Oczywiście spotkało się to z sporym oporem, który jest dla mnie jak najbardziej zrozumiały. Dyskusja zawiera wszystko co powinna, czyli argumenty merytoryczne, argumenty częściowo merytoryczne, liczne powtórzenia, diagnozy stanu umysłowego, diagnozy społeczne, liczne powtórzenia, wycieczki osobiste, wycieczki środowiskowe i wiele postów.
Osobiście to czy IA będzie czy nie na tym turnieju, jest mi obojętne bo mnie na nim nie będzie. Jednak, jakbym miał się zadeklarować, to byłbym przeciw. W moim prywatnym odczuciu regulamin DMP powinien być jakąś wypadkową tego, co się działo na turniejach przez cały sezon. I dlatego podoba mi się koncepcja Racy który napisał, że jeśli IA będzie się regularnie pojawiało na turniejach, to wtedy jakby oczywistą konsekwencją, będzie dopuszczenie go na naszym największym i najważniejszym turnieju. Co prawda, biorąc pod uwagę jak aktualnie wygląda status IA, to jego występowanie w większym zakresie wydaje się marzeniem ściętej głowy. Jest jednak jedna dobra rzecz która wynikła z tego flejma czyli lista jednostek, stworzonych przez Forgeworld wraz z źródłem aktualnych zasad, którą przygotował Czajnik. Czyli coś o czym pisałem w tej notce. Dzięki tej liście wpisanie do regulaminu jakiegoś lokala zezwolenia na Imperial Armour staje się o wiele prostszą decyzją, bo przynajmniej wiadomo z czym się to je i gdzie tego w ogóle szukać.
I to mi się podoba w tej całej zadymie. Nie podoba mi się natomiast koncepcja „turnieju środowiska” która została ukuta w ogniu dyskusji. Bo w wolnym tłumaczeniu oznacza to, że organizatorzy turnieju są zdegradowanii do roli tragarzy stołów a regulamin stworzą inni. I choć na przyszłość formuła DMP na pewno wymaga doprecyzowania i niestety większych regulacji w jakimś regulaminie ligowym, ale póki co, jest jak jest i chłopaki z Warszawy wygrali sobie prawo stworzenia dowolnego regulaminu.
A my oczywiście mamy prawo go krytykować.
Nie wiem jak to się skończy i jaki kształ będą miały zasady ostatecznie, ale mam nadzieję, że sama impreza będzie równie udana co ten flejm zażarty. Jeśli tak się stanie będziemy mieli najlepszy turniej ever-ever i aktualnie za to trzymam kciuki. Nawet jeśli ma mnie na nim być.
Chciałem na początku coś napisać o bitwach. O tym jaki dzielny byłem ;) w dwóch pierwszych wygrywając je wraz z rewanżami. O tym jak w trzeciej grając z Mariosem twardo walczyłem lostami z własnymi błędami. I otym jak w rewanżu Marios pokazał mi jak działają lości gdy się takich nie popełnia (ja, dla odmiany, jego marinsami robiłem ich jeszcze więcej). I o tym jak w czwartej kombinowałem, kombinowałem i nic to nie dało. Ale nie napiszę o tym wszystkim bo… właściwie to niewiele więcej pamiętam z tych bitew.
Ograniczę się jedynie do kilku luźnych wnisoków.
- Eldarzy to armia nie dla mnie – przynajmiej w wydaniu walkery, farseer, avatar, herlaki. Jej klockowatość, nie mobilność oraz kruchość mnie odrzucają. Może w odsłonie z radą na jetbajkach wygląda to ciekawiej, jednak ten standardowy build mi absolutnie nie leży. Co biorąc pod uwage zawartość moich półek nie jest szczególnie fajną wiadomością.
- Wilki to nie jest armia dla mnie – miałbym wyrzuty sumienia grajac takim samograjem. Ta armia, dobrze złożona ma odpowiedź na wszystko. I sama ma wszsytko: i kombat i strzelanie i psykerów i no po prostu wszystko. Na miejscu inkwizycji wjechałbym na Fenris sprawdzić czy oni w tym swoim Fangu jakiś mrocznych rytuałów nie odprawiają. Bo sądząc po efektach są w stanie zawstydzić całe Oko Terroru.
- Miałem okazję zagrać na tym turnieju Eldradem oraz na dwóch runkach i stwierdzam, że moja tolerancja na speciali rośnie. Dwóch runków kosztuje tyle samo co DMD (Dawno-Martwy-Dziadek), zajmuje tyle samo slotów, zabiezpecza podobnie i czaruje mniej. Ale za to lepiej. Eldrad, żeby coś zabić potrzebuje walkerów które zguiduje lub herlaków którym cel zdoomuje. Natomiast dwóch runków robi dym sami z siebie - błyskawice, huragany, kreski – full opcje w pełnym stereo.
- Marinisi – i tu zaskoczenie – to fajna armia, choć samemu grając nie miałem zbyt wiele okazji się o tym przekonać to patrząc co Marios z nich wyciska stwierdziłem, że ta armia jest bardzo wymagająca ale nadal z potencjałem. I choć jej porównanie do nowszych kodeksów braci 3+ wypada dosyć blado to jednak mają kilka swoich knyfów i ciekawostek.
- Lości to armia dla mnie. I chyba nie tylko. Specjalnie wziąłem mocną roziskę by:
a.) moi przeciwnicy mieli fun z grania lostami (taka promo-akcja ;) )
b.) zobaczyć co oni nimi wymyślą.
Swoje wymyślili co podejrzałem i odnotowałem a i przy okazji dobrze się bawili przynajmniej takie miałem wrażenie zwłaszcza przy grach z Mariosem oraz z Tomkiem z Frontu Wschodniego. I o ile armiami przeciwników szło mi różnie o tyle Lostami nie przegrałem na tym turnieju choć moi przeciwnicy mieli dosyć mocne rozpy i nie mogę powiedzięc by któryś z nich miał ją mocno słabszą od tego co widzimy normalnie na stołach. To też było fajne bo, dzięki temu pojedynki były cały czas zażarte (no poza rewanżem z Mariosem) i nie było co sytuacji, że najpierw ja masakruje Ciebie (lub odwrotnie) a potem Ty mnie (lub odwrotnie) co daje remis ale akurat w tym przypadku wyrównanego pojedynku nie daje.
Organizacyjnie nie mam nic turniejowi do zarzucenia. Karty graczy były, misje wraz numerami były przyklejone do stołów. Zatem stoły również były i to z makietami. Nic tylko grać.
Podsumowując ten weekend stwierdzam, że Dice Crusher to turniej unikalny nie tylko z względu na swoją formułę czyli bitwa i rewanż, czy z względu na fakt, że sporo rzeczy na nim jest dopuszconych. To turniej wyjątkowy również z względu na ilość czasu przy stole który zapenia. 8 bitew nawet na 1300 punktów – to jest co grać . Sobota to jakiś maraton którego koncówka wymaga naprwde końskiej kondycji (której mi zdecydowanie zabrakło). Niedziela niby lajt ale też nie do końca. Na DC sobotni wieczór należy do spokojniejszych ponieważ nikt nie ma za bardzo sił na dzikie harce i swawole. Gdy w niedzielę wyjeżdzałem z Torunia myślałem fajnie, fajnie ale za rok to niekoniecznie. To po prostu nie na moje zdrowie. Ale minęło kilka dni i sobie myślę: „jeszcze jeden, jedszcze jeden!!”