Miażdżenie kości po raz kolejny cz. 2


Nadszedł czas i to chyba najwyższy na kontynuacje opowieści rozpoczętej w poprzedniej notce o tym jak, mniej lub bardziej udolnie, podbijałem Toruń. Zatem jedziemy.

Meczyk trzeci to spotkanie z Sheptem i jego tyrkami. Nie wiem na ile one nawiązywały do standardu tej armii bo mam poważne wątpliwości czy takowy aktualnie istnieje. W każdym bądź razie dostałem jakiegoś wypasionego tyranta, 6 hive guardów, tervigona 19 genków, 2 biovory oraz jakieś strzelające gaunty - które ku mojemu zaskoczeniu całkiem fajnie działały. Najpierw chciałem rozstrzelić się po stole korzystając z wystawienia w pitched battle ale uświadomiony o urokach działania synapsy ustawiłem się w jeden w miarę ciasny klocek. Jedynie infiltrujące genki poszły szeroko by odepchnąć ikony. Wystawiając te tyrki nie opuszczała mnie myśl, gee ale co to w ogóle potrafi?, bo naprawdę nie dostrzegałem w tym, żadnego efektu wow. Po pierwszych ruchach moich i przeciwnika odniosłem wrażenie, że ja chyba coś z tymi tyrkami robię nie tak, ale mojemu przeciwnikowi jeszcze bardziej brakuje pomysłu na moją armię. Trochę postrzelaliśmy ale bez jakiś spektakularnych efektów zatem w celu zabijania się, a oto w tej misji chodziło, bowiem graliśmy anihilacje, musieliśmy zorganizować jakieś ustawki w assault fejzie. Udało się. Zaczęły się manewry pt. ja ciebie szarżuje ty mnie kontrujesz ale ja ciebie bardziej z których wyszedłem zwycięsko choć w dość przetrzebionym składzie. Straciłem większość genków, jakiś guardów, tyranta, trochę wyprodukowanych gauntów i biovorę. Ale na szczęście z Lostów zostało jeszcze mniej udało się więc nieznacznie wygrać.

W rewanżu zagrałem agresywniej niż mój przeciwnik by mieć więcej opcji szarż jeśli któreś z demonów by postanowiły zaszczycić stół swoją obecnością i opłaciło się. Udało mi się dość sprytną szarżą oraz odrobiną szczęścia seekerkami oraz heraldem Khorna ubić gienki. Oczywiście w międzyczasie dostałem jakąś kontrę ale wtedy pojawiły się lettery oraz crushery które pomogły mi z tych szachów wyjść zwycięsko. Generalnie bitwa była podobna do pierwszej ale dzięki temu, że graliśmy już swoimi armiami nie było już tylu gupkowatych błędów. Bo właśnie w jej trakcie przypomniałem sobie np. jak skuteczne potrafią być gaunty z poisonem i furiusem od tervigona, zwłaszcza jeśli dostaną na deser prefera od tyranta. I mi oczywiście nie zdarzyło się z tego korzystać natomiast mój przeciwnik grając swoją armią czynił to nagminnie, zwłaszcza kiedy liczba genków, w niepokojącym tempie zmierzała do zera. Na moje szczęście, gauntom jedynie udało się opóźnić proces adoptacji biomasy i w sumie udało mi się wygrać jakieś 15-5.


Ostatnie starcie to dokładnie jak rok wcześniej eldarzy i choć przeciwnik, którego imię niestety mi uciekło, inny to i tak rozpiska podobna. Harlekini, Dawno Martwy Dziadek, Avatar, dwa razy motorki, walkery na shurikenach, 20 guardian z scaterem oraz warlokiem i wraithlord. Słowem klasyczny Eldarski kloc, który z roku na rok wydaje się coraz bardziej toporny i coraz bardziej wyprany z finezji co w przypadku eldarów jest dość poważnym uchybieniem. Po pierwszym wystawieniu tej armii zlustrowałem stół i stwierdziłem, że to jest bez sensu i wystawiłem armię na nowo w zupełnie inny sposób który z perspektywy czasu, miał sporo więcej sensu albo przynajmniej tego przekonania będę się trzymał. Oczywiście zapomniałem o zdolności Eldrada do przestawiania jednostek, jednak to nie miało większego znaczenia. Mój przeciwnik postanowił bazować na zasięgu bzykając z 40+ cali a demonami ewentualnie kontrować. Jednak nie on pierwszy się przekonał, że to strzelanie jest po to by irytować a nie zabijać i jeśli chce się coś ugrać trzeba ciut agresywniej grać demonami. Wykorzystując brak mobilności moich eldarów udało się mojemu przeciwnikowi złapać trochę moich oddziałów co dla nich się skończyło w sposób łatwy do przewidzenia. Jednym z nich były herlaki które spotkały seekerki nie mając fortuny. Wraz z tą stratą mój potencjał do zbrojnych wycieczek dość poważnie się ograniczył więc skoncentrowałem się na minimalizacji strat oraz trzymania dystansu. Jedynie avatar z wraithlordem pchali sie do przodu dzięki czemu udało im się złapać crushery. Ostatecznie pierwsze starcie skończyło się moją minimalną wygraną.

Druga bitwa to po raz kolejny moja agresywna gra dzięki której udało mi się zabić letterami oddział 20 guardianów z dołączonym Eldradem, heraldem złapać walkery a crusherami przerzedzić herlaki. Potem nadeszły kontry wraithlorda i avatara dzięki czemu pożegnałem się z crusherami oraz letterami. Następnie do tanga dołączyło się do seekerki które złapały jetbajki by później zaszarżować avatara. I właśnie ten avatar zamienił się z zwykłego modelu w źródło mojej traumy. W tak zwanym międzyczasie udało mi się wybić całą resztę wytwórców świec, niektórych z nich jak np. herlaków z oporami - 6 z 7 zdanych sejwów kiedy zostało ich czterech nie ułatwiało zadania. Jednak wracając do avatara to zapomniałem, że herald ma siłę 6 a nie pięć więc rani go na 4+ a nie 5+ a seekerki oczywiście pomimo wiadra ataków nie zawiele zwojowały. Efekt został na ostatnie ranie blokując mi własną ćwiartkę. Gdyby przez te 6 faz assaultu rzucał wg. zasad a nie moich fantazji mogłoby się udać ugrać dwa duże punkty więcej - tyle bowiem była warta ćwiartka przeciwnika a tak sSkończyło się jakieś 15 do 5 dla mnie. I nie pisałbym o tym wszystkim gdyby nie wyniki końcowe - zająłem bowiem 4 miejsce z 70 punktami podobnie jak zawodnicy z miejsc2, 3 oraz 5. A Asmo (gratki - jeszcze raz) który wygrał miał w sumie punktów 71. Zatem gdyby nie ten avatar ;)

Jestem pewien, że każdy z uczestników tego turnieju miał swoje małe prywatne traumy podobne do tej mojej ale fakt, że ta przytrafiła się akurat w ostatnich turach ostatniej z ośmiu bitew tylko wzmogło jej działanie. Ale szczerze mówiąc nie zamierzam rozpaczać bowiem 4 miejsce na takim turnieju to i tak wynik którego się nie spodziewałem przed imprezą. A poznane zasady i zdolności na czele z siłą heralda to tylko wartość dodana. Jak widać człowiek uczy się całe, życie i ileś lat doświadczenia nie zawsze zapobiegnie jakiemuś spektakularnej wtopie.

A jak turniej wyglądał organizacyjnie? Jak zwykle, czyli bardzo dobrze. Można, co prawda, się przyczepić do zastawienia stołów, brakowało bowiem trochę LOS-blokerów ale wyjątkowo nie było to bolesne bowiem spotykając SAFH też się nim grało dzięki czemu to się jakoś równoważyło. Ale nie da się ukryć, że przy gęstszej zabudowie byłoby więcej kombinowania w fazie ruchu.
Pomysł z graniem najpierw armią przeciwnika a dopiero potem swoją, IMO doskonale się sprawdził i jak dla mnie powinien pozostać również za rok. Zwłaszcza, że główne obawy związane z czasem gier okazały się być na szczęście płonne.
Zatem do zobaczenia za rok i jak będzie tak samo to będzie jak dla mnie doskonale.

Miażdżenie kości po raz kolejny cz. 1



Dziś pierwsza część relacji z Dice Crushera z dwoma meczami czyli czteroma bitwami. Wkrótce ciąg dalszy i pozostałe potyczki podlane sosem uwag ogólnych.

Po niedługiej, ale zawsze angażującej, rozkminie udało mi się wybrać armię na tegoroczne boje w mieście najświętszego masztu. Łatwo nie było a i tak skończyło się jak zwykle - czyli na Lostach w wariancie z demonicznymi sojusznikami. Na taki a nie inny werdykt złożyło się kilka powodów:
po pierwsze miałem wszystkie potrzebne figurki pod ręką,
po drugie “promo akcja” - może ktoś spróbuje i się uzależni,
a poza tym po prostu “Lubię to”. Cały czas mam fan grając tą armią więc trzeba korzystać. W telegraficznym skrócie moja rozpiska wyglądała tak:

HQ

Aspairing Champion #1 c-melta
Aspairing Champion #2
Herald of Khonre rydwan, furia, unholy might, blessing of blood god

Elites
3 Crushery instrument, rage

Troops:
8 bloodletters
5 traitors ikona agitator
10 traitors laska ikona
10 traitors laska ikona agitator

Fast attack:
10 seekers
5 traitors melta ikona rhino
5 traitors melta ikona rhino

Heavy:
Leman Russ Exterminator hull lascannon
Griffon

Jak widać armia coś tam strzela ale generalnie to  pokłada swoje nadzieje w fazie assaultu. Oczywiście dało się mocniej to złożyć wciskając choćby fiendy ale akurat w przypadku tego turnieju chodzi również o to by jednak nie było zbyt prosto. I wydaje mi się, że tak w ogólności to się to udało.


W pierwszym meczyku przyszło mi zagrać, po raz pierwszy w karierze z Typhusem którego doskonale kojarzę choćby z względu, że jego pojedynki z Afro mają bardzo podobny wynik końcowy który regularnie nie wzbudza zachwytu u tego ostatniego. Zatem przyjąłem za pewnik, że łatwo nie będzie. A jak dostałem armię do pierwszej bitwy tylko się w tym przekonaniu upewniłem (w tym roku najpierw graliśmy armiami przeciwnika a potem dopiero swoimi). Miałem do dyspozycji Space Wolves na dwóch dużych i jednym małym lordzie - wszyscy na wilkach. Poza tymw  rozpisce było 10 wilków 3 piątki Grey Hunterów z meltą oraz dwa dredy katarynka i fist. Cóż, SAFH’em trudno to nazwać. Nie żebym był fanem, ale …
No ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma więc wystawiłem to towarzystwo na stół najlepiej jak umiałem i patrzyłem co tam Typhus wymyśli z Lostami. A wymyślił grę zachowawczą bazującą na strzelaniu. Co biorąc pod uwagę wilcze strzelanie, a konkretnie jego totalny brak miało jakiś sens. Zatem strzelał do mnie okopując się na stanowiskach a demony zrzucił tak na kontrę. Stwierdziłem zatem, że strzelać się nie będę, bo i tak nie mam czym, więc robimy wlot na ten majdan. Efekt był taki, że sporo demonów i ich gwardyjskich kamratów udało mi się złapać szarżami, dzieki czemu do kontrowania niewiele już tam Typhusowi zostało. I o ile pomysł strzelania nie był zły o tyle demony Khorna jeśli nie szarżują to naprawdę sporo tracą ( w końcu po coś mają furiusa a nie kontrszarże) więc kiedy to lordowi w nie powpadali miałem szanse wyjść z tego żywym i tak się mniej więcej skończyło. Wyszedłem w miarę żywy i pierwszą bitwę nieznacznie ale wygrałem.

Natomiast w rewanżu zademonstrowałem Typhusowi jak to wygląda jak się korzysta z dobrodziejstw Fourius Charge. Kluczowym momentem potyczki była szarża letterów na oddział psów z 3 lordami, kiedy do moich demonów mógł się dostawić tylko jeden lord i to ten mały czyli z WS’em 5. Udało się zabić wszystkie psy i wymusić zdawanie liderki na 3 lordach na całe 2 co im się już nie udało i jeden z dużych lordów uciekł za stół. Z dwoma pozostałymi letterom pomógł herlad zaraz po tym jak się uporał z jakimś dredem który wytrzymał moje zbrodnicze strzelanie. Natomiast seekerki i crushery do współy, w tak zwanym międzyczaise, zabiły troopsy. Wynik końcowy to 20-0 dla mnie.


Drugi mecz to spotkanie z jednym z Galli czyli Wołkiem aka Panoramix który wziął z sobą słodko żółtych Necronów. Co prawda modele te były niedokończone to jednak i tak słitaśnie ;) wyglądały. Rozpiska dostarczała już mniej euforii była bowiem mocno i podle strzelająca choć fakt, że oboje tym zagramy był jakimś pocieszeniem. Dostałem od Wołka zatem do rąk lord z kosą na barce 2 trójki ciężkich desek dwie barki anihilacji oraz 4 piątki immortali z kryptekami z lancami i jeden oczywiście miał solara. Umówmy sie drugiego dna ta rozpiska nie miała. Wystawienie tego plutonu egzykucyjnego ułatwiał trochę Dawn of War. Solarem rozświetliłem pierwszą turę i coś tam postrzelałem bez większego efektu. I generalnie ta gra, w której tłukliśmy się o jakieś 4 znaczniki (po dwa w strefie) z mojej strony tak właśnie wyglądała - bez większego efektu. Lord wpada w lemana nawet trafia na tylni po czym rzuca dwie jedynki. Natomiast wysokie rzuty zostawiłem sobie na liderki oblewając 3 czy 4 pierwsze - wszystkie na 10. Cóż bywa. Dopiero ostatni zryw lorda który wysadzony z swojej szalupy zniszczenia stwierdził, że trzeba ratować honor armii i zabił dwa troopsy zanim został podle rozstrzelany przez tego lemana z którym wcześniej tak litościwie się obszedł. Jednak ten zryw wystarczył jedynie na ograniczenie rozmiarów porażki.

Rewanż zaczął się od kontynuacji burzy statystycznej i stałego turlania nie tego co trzeba nie wtedy co trzeba. Strzelanie większych efektów nie przyniosło demony Khorna wyszły nie poza zasięgami szarż przy czym crushery i herald zostały rozstrzelane lettery ostały się bo nie rokowały więc je schowałem. Generalnie bitwa wyglądała podle do wejścia seekerek które najpierw zabiły dwa troopsy po wypadnięciu z warpu po czym złapały kolejnego i na koniec ostaniego z lordem. A to byli w tym momencie już weterani assalt fejza, bowiem chwilę wcześnie zaszarżowali niedobitki letterów i ich zatłukli kolbami swoich tesli. Ostatni zryw seekerek w połączeniu z jakimiś znacznikiem dał mi końcową wygraną w całym meczu 11 do 9.

CDN.

Zagrajmy narracyjnie....


Ta notka powstała na wyraźną prośbę Emeryta, który jak się okazuje, w dość krótkim czasie, totalnie zmienił swoje podejście do naszego hobby. Z turniejowego wyjadacza oraz reprezentanta na ETC (Mistrzostwa Świata w Warhammery) przemienił się w "hobbystę entuzjastę" (tak za Bałtroczykiem) i poświęcił się fan fiction w świecie 40 millenium. I co ważniejsze postanowił nie chować swojej pisaniny do szuflady a wychodzić z nią do ludzi w postaci cyfrowej głównie via Gloria Victis.
Okazuje się bowiem, że na forum tym, przez lata praktycznie martwy dział Czarna Biblioteka, przez ostatnie miesiące nabrał rumieńców i coraz więcej tam się dzieje. I to właśnie w dużej mierze dzięki Emerytowi. A jego ostatnim pomysłem który tam się pojawił jest konkurs na opowiadanko - tutaj znajdziecie więcej informacji. Nawet jeśli nie planujecie samemu pisać to zawsze można zajrzeć i poczytać co inni wymyślili. Po tytule zabawy domyślam się, że rzecz będzie cykliczna i tak sobie pomyślałem, że skoro nie ma, przynajmniej póki co, żadnych sponsorów to nagrodą poza krótką chwałą i lajkiem na fejsie może być publikacja zwycięskich opowiadań w zbiorczym, jakoś zgrabnie "opakowanym", ebooku na koniec roku. Przy okazji ci którzy z dystansem podchodzą do cudzej pisaniny mieli by mniej wyboistą drogę by sobie coś poczytać "w klimacie". Jakby co deklaruje się z pomocą przy jego ogarnięciu (ofkoz w miarę możliwości czasowych) i publikacją najlepiej via jakiś serwis do self publishingu. Mam nadzieję że GW nie będzie miało z tym problemu, zresztą ostatnio pozwolili na publikację jakiegoś filmu fanowskiego więc szanse są.
Zatem chętni i zmotywowani do piór, zaciekawieni do lektury a na koniec  wszyscy do głosowania. A ja się oddalam do knucia nad swoim pomysłem na opowiadanko o pewnym warsztacie. Bo stwierdziłem, że spróbuję swoich sił zwłaszcza, że temat przewodni konkursu wyjątkowo rozpala moją wyobraźnię.

Prawie podsumowanie roku 2011


Michu podsyłając mi "dziełko" które dumnie będziemy dalej nazywali podcastem użył bardzo celnego sformułowania: Treść jest aczkolwiek nie narzuca się. Zatem klasycznie już, przedstawiamy Wam drodzy słuchacze ostrą jazdę bez trzymanki pełną dygresji oraz dygresji od dygresji i innych wokalno lirycznych pułapek i mielizn tym razem zarejestrowanego pod pretekstem Podsumowania roku 2011. Roku w którym działa się sporo i choć o części z tych rzeczy spróbowaliśmy wspomnieć pomimo sklerozy przechodzącej płynnie w demencje.

Zatem zapraszamy serdecznie, wszystkich odważnych, do odsłuchu a link poniżej:

Prawie podsumowanie roku 2011

Toruński dylemat


Co roku od początku lutego mam ten sam dylemat - co wziąć do Torunia na Dice Crushera. I gdy widzę, jak co niektórzy, wysyłają rozpiski grubo przed czasem ogarnia mnie, najzwyczajniej w świecie, zazdrość. Też bym chciał mieć proces decyzyjny już za sobą bo póki co mam wrażenie, że jestem daleko w polu i to na tyle daleko, że nie do końca wiem jaką. Słowem formuła turnieju nie ułatwia procesu decyzyjnego i wielu uważa że standardowe podejście armię w ogóle chce wziąć. Co prawda listę kandydatur udało mi się już dość poważnie zawęzić do raptem dwóch pozycji ale nadal mam nad czym kminić.
Generalnie różne są koncepcje graczy na podejście do toruńskiej formuły czyli na granie zarówno swoją jak i przeciwnika armią w ramach jednego meczu. Dodatkowo w tym roku mamy zmianę kolejności i najpierw gramy armią przeciwnika dopiero potem swoją co też dostarcza dodatkowych bodźców szarym komórkom. Słowem formuła turnieju nie ułatwia procesu decyzyjnego i wielu uważa że standardowe podejście czyli biorę tak mocną rozpiskę jaką tylko mi się uda złożyć akurat na Dice Cruszerze nie koniecznie musi się sprawdzić. Choć dla odmiany, jest oczywiście równie spore grono ludzi którzy uważają, że mocna rozpiska byle niezbyt trywialna w obsłudze nie powinna przeszkadzać w końcowym sukcesie.
Osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy i zamierzam wziąć coś mocnego a jednocześnie choć nie do końca trywialnego w obsłudze. I w ten sposób moje myśli krążą między Lostami a Eldarami. Przy wytwórcach świec nawet myślałem nad Baharotem dla którego wymyśliłem "coś-jak-myk" ale potem spojrzałem ile kosztuje i mamrocząc WTF? odłożyłem kodeks grzecznie na półeczkę (chciałem tu zrobić dygresję na temat aktualności podręcznika do wytwórców świec ale stwierdziłem, że jeszcze będzie okazja, a sądząc po plotkach to niestety nie jedna). Zatem wróciłem do Lostów a tu też czekają decyzje o wymiarze strategicznym - mianowicie co wziąć jako aliantów: standardowo demony czy może jednak rogatych marinsów. Ci drudzy na pewno dadzą słabszą rozpiskę ale na te punkty nie aż tak bardzo a może ona się okazać na tyle nie typowa, że potencjalni przeciwnicy jej po prostu nie ogarną. Pytanie czy ja ją ogarnę bo wiele więcej doświadczenia od nich nie będę miał.
Jak widać, podchodząc do sprawy racjonalnie nie tak łatwo rozwiązać ten dylemat. Zatem trzeba podejść z innej strony i wziąć coś co się najzwyczajniej w świecie podoba - najlepiej wizualnie, jako figurka. A ponieważ ostatnio skleiłem sobie heralda na rydwanie to odpaliłem exela wpisałem go na samej górze i resztę dorabiałem do niego. I wyszło coś co mnie nie rzuca na kolana ale widzę w tym potencjał co w kontekście akurat tego turnieju mnie absolutnie satysfakcjonuje.
I teraz mogę z czystym sumieniem poświęcić się malowaniu tego heralda oraz spaniu by naładować akumulatory na czekający nas w ostatni weekend maraton 8 bitew. I choć wiem, że w sobotę wieczorem będę marudził jak cholera to i tak nie mogę się doczekać.

Małe DMP cz. 2 (i ostatnia)


No i jedziemy z relacją z małego DMP czyli Drużynowych Mistrzostw Poznania dalej. Zapraszam do lektury tego swoistego dwugłosu.



No ale skoro się powiedziało A, to wypadałoby powiedzieć B. Choćby miało utknąć w gardle. Paringi były w naszej opinii w miarę spoko dla nas a w opinii naszych przeciwników w miarę spoko dla nich. Cóż nazwijmy to roboczo “paradoksem skila”. A jak to wyglądało w faktach a nie opiniach?
Michu vs Wołek i jego kosmiczne wilki.
Piszczu vs Vladd i jego kosmiczni wytwórcy świec
Ja vs Romek i jego kosmiczni wyznawcy dwóch laszy i 9 oblitów.

Zatem chaos ponownie. Mój niepokój wzbudzało po pierwsze, że chłopaki uważali to za dobre sparowanie, a po drugie, że po wystawieniu Romka i jego poźniejszych ruchach widziałem jakiś plan i myśl przewodnią. Graliśmy anihilację co Romkowi ułatwiało koncepcję gry mocno defensywnej i zachowawczej. Tylko laszerzy polecieli mocno do przodu na icon-hunt reszta siedziała mniej lub bardziej z tyłu. Ja oczywiście od początku starałem się skracać dystans co jakoś wychodziło. Natomiast, to co nie wychodziło to demony i znowu w drugiej turze zastygłem z niepokoju jednak znowu mojemu przeciwnikowi się  nie udało zepchnąć mnie do defensywy totalnej. To co wyszło w 3ciej turze pozwoliło mi zabić wszystko co się nawinęło pod pzaury czy miecze po czym zostało zastrzelone. A  w międzyczasie reszta jednostek z obustron nie zangażowana w okładanie się po twarzach wymieniała uprzejmości z niewielkimi ale zawsze efektami. Koniec końców skończyło się 14-6 dla mnie.


Parowanie z Gallami było śmieszne - najpierw Łysy miał pomysł jak to zrobić, potem posłuchał nas i zaczął mieć wątpliwości. A potem poszedł do kibla. Przeciwnicy się niecierpliwią, my z Piszczem udajemy mądrych (a Piszczu w dodatku pięknych). W końcu - telefon z parowaniem od szefa (zgadnijcie skąd dzwonił). Z perspektywy czasu to nasze parowanie wyszło nie najgorzej - Piszczu przyjął remis, Łysy wygrał, tylko ja będąc dostawianym się nie popisałem i też remis. Zagrałem ultra szybko i ultra zachowawczo - w jednym momencie była szansa na jakieś punkty ale kierowca land raidera, który przez 5 tur czekał za winklem na okazję, postanowił wywalić się na pierwszym kamieniu... Chociaż trzeba przyznać, że były to ogólnie zawody melepetów. Np. Lord wilkowy - szarża na rhinosa bez efektu, ja ustawiam się całą armią w pluton egzekucyjny a ten jełop ginie po 4 sejvie...reszta ekipy podobne sukcesy....

Przez to, że jak Michu napisał na dwóch stołach był remis a na 3cim wygrana byliśmy bliscy wygranej ale zabrakło nam jakiś 2 punktów co delikatnie mówiąc pozostawiło uczucie niedosytu. Jednak podejrzewam, że przed bitwą na remis byśmy się nie obrazili a na taki z wskazaniem tym bardziej więc jakoś super nie marudziliśmy.

Ostatnia runda to kolejny team otrzaskany turniejowo czyli Jasiu z Demonami, Afro z Dark Eldarami oraz Arrrr - jako jedyny klasycznie czyli z wilkami. Chopaki z dość dużą dawką fantazji podeszli do zagadnienia doboru armii nie zmienia to jednak faktu, że skilla im odmówić nie można więc szykowaliśmy się na zażartą batalię. Stwierdziliśmy, że Piszczu może grać z wszystkimi armiami które potencjalnie dostanie więc idzie na wystawkę. Z drugiej strony w takiej roli wystąpił  Arrr. I w związku z tym parowania wyglądały tak:

Arrr SW - ja
Piszczu - Demony Jasia
Michu - Afro i DE.

Osobiście ten układ mnie bardzo satysfakcjonował więc powiedziałem chopakom, że nie w tej rundzie nie bierzemy jeńców ;). Czy coś w ten deseń ;)

Arrr w swoje armii miał trochę grey hunterów, chyba 3 oddziały, przy czym jeden z nich w landku, runa prista, trochę razorów i trochę fangów. Acha i dwóch moich ulubieńców czyli Lone Wolfów. Ale dziś wyjątkowo obędzie się bez Historii o Lone Wolfie (TM). Mój zacny oponent przyjął trochę niezrozumiałą dla mnie taktykę mieszanych rezerw. Graliśmy bowiem Dawn of War i część, czyli fangi i samotne wilki, wpuścił w pierwszej turze a resztę w rezerwach. Plan był taki, że ja się daję złapać i szarżuję demonami te oddziały stojące pod jego krawędzią a następnie dostaję kontrę i w domyśle łomot od grey hunterów z rezerw. No ale wyszło jak z wszystkimi planami bazującymi na rezerwach. Ja rzeczywiście zaszarżowałem i nawet zabiłem, po czym czekałem na to co wejdzie by to również zabić a wchodziło to tak trochę po kolei więc plan kontowania był ciut samobójczy. Arrr zatem przeszedł do bardziej zachowawczej gry oddając mi większość pola a i przy okazji zanczniki. Potem trochę szachów i wilki się trochę odgryzły ale najważniejsze czyli punkty za środkowy i boczny znacznik zachowalem jednocześnie blokując drugi boczny. Efekt coś koło 15-5 dla mnie.

Tu niestety spotkała mnie kara za zbytni entuzjazm. Mówiąc, że mogę grać z Dark Eldarami nie sprawdziłem rozpy Afro i bazowałem na wizualnej inspekcji. A tam gdzieś z tyłu chował się Asdrubael. No i plan się zepsuł. W dodatku podłamany własną głupotą nie zagrałem zachowawczo tylko rzuciłem się jak prawdziwy Blood Angels do przodu. I Pan Vect pokarał moich puszkowców okrutnie. Przed pierwszą szarżą lekkiej brygady coś mi w głowie pukało (pewnie zdrowy rozsądek) i poszedłem po Łysego, pokazałem co jest grane i spytałem czy napierać. Niestety podłe plany Arra tak zaprzątneły mu głowę, że mnie nie zniechęcił. I się skończyło 6:14. A przy odrobinie rozsądku myślę, że remis był spokojnie do ogarnięcia. I te właśnie 4 punkty zabrakły nam do pierwszego miejsca na podium...ech...jednak to ja byłem tym Pięknym w drużynie... Ze śmiesznych rzeczy - w ostatniej turze strzeliłem do AV z melty i był to pierwszy sejv ze strzelania - i rozpłynełą się pokraka jak sen jaki złoty. A nam zostały srebrne ziemniaki. W dodatku rozpuściły się niecnoty na amen i soki cieknące po rękach dopełniły obraz pewnego niedosytu.

A tak naprawdę bawiłem się przednio - z moimi Łysymi towarzyszami jak mnie jeszcze zechcą chętnie się spiknę przy następnej okazji. Póki co zbliża się Wojna Światów - team z24cala jest w powijakach co prawda ale jednego możecie być pewni - relacja będzie!

Jak już Michu napisał gardząc wszelakimi zasadami budowy suspensu nie wygraliśmy tego turnieju, ale szczerze mówiąc nikt z nas nie miał dyskomfortu, ani nawet jego śladów, związanych z drugim miejscem. Zwłaszcza, że w drodze do tego sukcesu zmierzyliśmy się z teamami które ostatecznie zajęły czwarte, trzecie oraz pierwsze miejsce. Zatem łatwo nie było ale za to jak najbardziej przyjemnie. I szczerze mówiąc bardzo liczę na jakąś powtórkę z rozrwyki a im szybciej tym lepiej.


Małe DMP - cz. 1



Umówiliśmy się z Michem, że z Drużynowych Mistrzostw Poznania popełnimy relacje na dwa głosy przy czym mój będzie tym kapitan a jego tym gracza i zobaczymy co z takiego dualizmu punktów widzenia wyniknie. Acha i w ostatniej chwili wymyśliłem, że relację zrobimy w dwóch częściach, żeby uniknąć poczucia nadmiaru a może nawet dzięki temu przez moment będzie niedosyt :)

No to jedziemy.

By głos kapitana na drużynówce 3 osobowej się czymkolwiek różnił od głosu gracza musi mieć on jakikolwiek wpływ na parowania. Dzięki systemowi symultanicznemu z karteczkami który został wdrożony w ostatniej chwili, zastępując regulaminowy z czempionami i rzutem kostką kapitanowie jednak mieli cokolwiek do powiedzenia, niezależnie od swojego szczęścia w życiu. (Michu: Do wniosku, że rzut kostką przy 3 osobach jest słabym rozwiązaniem doszliśmy już poprzedniego wieczora za sprawą Kudłatego - niestety wspomniany wieczór spowodował zmęczenie i brak entuzjazmu do perspektywy tłumaczenia wszystkim zmian. Na szczęście Vladowi jak zwykle pary nie brakowało - na fotach widać jak żywo gestykuluje.)  Jednak zanim dojdziemy do opisu zmagań warto wspomnieć co mieliśmy w naszej wesołej brygadzie:

Piszcza z GK na Corteazie. Plus Stormreaven aka. Cegła i z Rycerzykiem.
Micha z BA młotkowi w landku reszta dosyć standardowa jak na bladzi.
I ja z Lostami Keeper, 3 kraszery, letery, sikerki do tego dwa lemany plujki oraz ikony.


Tu Michu - będę nadawał kursywą tym razem. Widzę, że Łysy o mojej rozpisce zaledwie napomknął a to niesprawiedliwe. Dopieściłem ją i przemyślałem. Przed imprą Kapitan dostał dwie propozycje ode mnie - jedną taka śmieciową z Mephistonem i JP a drugą z landkiem i termosami. I ta druga się Łysemu bardziej podobała - można powiedzieć, że była ultra skomponowana. Tylko dzień wcześniej przeliczyłem raz jeszcze i wyszło, że była taka świetna bo landka nie policzyłem. Na szybko wyleciał jeden troops i typhoon - szczególnie to pierwsze bolało...ale przynajmniej  miałem legalną rozpiskę a to też pewien sukces w moim wypadku...

Przed pierwszą bitwą oprócz skontrolowania rozpiski po raz n-ty okazało się, że konieczna jest nazwa teamu - krótka burza mózgów zaowocowała krótkim acz treściwym “Poruszającym Niebo Orgazmem Chaosu”. Prawdopodobnie na skutek niezbyt wyraźnej kacowej artykulacji “orgazm” w spisie drużyn został zastapiony przez “organ” . Tyż piknie. W trakcie turnieju funkcjonowała też wersja skrócona: “PMT” . Początkowo rozwijaliśmy to do wersji “Piszczu, Michu i Trej” ale wkrótce okazało się, że pasuje bardziej “Piękny, Mądry i Trej” . A po paru trafnych uwagach Piszcza wyszło również na jaw kto tu jest Piękny:)

Przechodząc do bitew - do ranka dnia turniejowego wydawało się nam, że mamy czelendż z ekpią zgredów z Pozka - niestety tym razem Chrobry nie wyrzucił rano odpowiedniej ilości oczek i nie dotarł więc team się posypał a z nim i czelendż. Na szczęście znaleźli zastępstwo ale to już nie to samo. Zatem zadecydował los i graliśmy z Rudzikem, Skacowany Bladym Krisem i Michałem. Mi nasz kapitan wyznaczył cel pokonania tego ostatniego, a zatem grania z lostami. Bitwa była ciekawa ale znam lostów dość dobrze a na pewno lepiej niż Michał i skończyła się 17-3. Z ciekawych około-drużynowych ciekawostek to na końcu siedział koło mnie Trej i pilnował żebym wyciągnął chociaż 3 punkty - taka była wiara Kapitana w moje możliwości pogrzebania najlepszej nawet sytuacji...


Czcionka normalna czyli znowu trej za klawiaturą. Parowanie nie poszło mi/nam jakoś wybitnie bo Piszczu trafił na Eldarów ale wygrał rzut na zaczynanie czym ich wystraszył i prysnęli oni do rezerw. Co prawda Rudzik nie narzekał na swoje rzuty na wchodzenie i miał swoje szanse ale Szarzy Pogromcy stołów turniejowych pokazali, że nic im nie jest straszne nawet wytwórcy świec i Piszczu wygrał tą bitwę. Natomiast ja zagrałem z wybitnie bladym tego poranka Bladym Krisem i jego mocno Slaneszowym Chaosem który jednak jakoś super od ogólnie przyjętych standardów nie odbiegał. Uważałem to za dobry paring jednak Blady miał taki moment kiedy mógł mi dobitnie zademonstrować, że się myliłem. Jednak, gdy w jedną turę nie wychodzą dwa lasze to większość planów chaosu idzie (by nie napisać, że biegnie) w niepamięć. I tak właśnie poległa szansa Bladego na pokaranie mojego optymizmu. Ale, żeby nie było zbyt jednostronnie, swoimi rzutami na rezerwy w drugiej turze (nic nie weszło) dodałem całej bitwie trochę pikanterii. Na moje szczęście jednak, Blademu ciut zabrakło by to wykorzystać więc gdy w 3ciej turze weszło na stół już sporo demonicznego kombatu szala definitywnie przechyliła się na moją korzyść. All in all mecz wygraliśmy dość wysoko przez co 2giej rundzie trafiliśmy na Gallów którym hersztował Vladdi.


I tą słitaśną fotką kończymy pierwszą część relacji