niedziela, 3 lutego 2013
Ostatnia prosta
Koniec sezonu majaczy coraz wyraźniej przed nami, nadchodzi zatem czas finalnych rozstrzygnięć. I choć ranking wydaje się być całkiem klarowny to dwa ostatnie turnieje klasy master czyli toruński Dice Crusher oraz poznańska Wojna Światów mogą jeszcze całkiem sporo namieszać jeśli chodzi o obsadę miejsc w reprezentacji. A ta już w sierpniu będzie próbowała podbić Serbię o przy okazji resztę galaktyki.
Jednak zaczynając od początku to mamy DC którego orgowie odkąd wymyślili formułę zabawy która spotkała się z uznaniem sceny to się jej konsekwetnie trzymają. I nie powinno to dziwić ponieważ granie w systemie bitwa i rewanż z zamianą armii w międzyczasie jest ostatecznym sprawdzianem skilla. I gracze to doceniają bo co roku nie brakuje chętnych do wycieczki pod najświętszą, w tym kraju, antenę. A też trzeba oddać ekipie z Torunia, że nie spoczywają na laurach i nie wychodzą z założenia, że sam regulamin wystarczy by wszyscy byli szczęśliwi bo dbają o cała resztę jak choćby afterek czy (przynajmniej do tej pory) jakiś pamiątkowy gadżet. Słowem pełna stabilizacja sprawdzone wzorce i po prosu wstyd się przyznać na dzielni, że się nie było.
Z kolejnym turniejem czyli WŚ przez parę ostatnich sezonów było podobnie i wiadomo było, że do 14 lutego dobrze sobie znaleźć walentynkę ale na koniec marca. Impreza bowiem była parówką co jednym podobało się bardziej innym mniej ale patrząc na frekwencje było widać, że tych pierwszych jest więcej. I jak się pewnie po czasie przeszłym w poprzednich zdaniach domyślacie coś się zmienia albo przynajmniej może zmienić. Póki co nie ma żadnych decyzji ale dyskusja nad kształtem regulaminu jest dość intensywna i dotyczy nie tylko np. sposobu liczenia VP ale również spraw fundamentalnych jak czy parówka czy nie. Zobaczymy co się z tych rozkmin urodzi ale niezależnie od ich wyniku do stolicy podziemnych pomarańczy na pewno warto się wybrać.
I właśnie te dwa turnieje w głównej mierze wykrystalizują nam ostateczny kształt rankingu ligowego na koniec sezonu. Jednak jakby ktoś uważał, że w takim razie jego to nie dotyczy bo przecież super go to zagadnienie nie interesuje, to jest w błędzie. Bo to co, pozaoterminem łączy te dwie imprezy to uznanie głosujących na młotki. Zatem nawet mając ranking, nooo w poważaniu to i tak warto jechać bo są to potencjalnie najlepsze turnieje w tym sezonie. Dodatkowo organizowane przez ludzi którzy wiedzą jak takowe się organizuje. Zatem nie zostaje nic innego jak przejrzeć figsy i zacząć je pakować.
Etykiety:
scena turniejowa
środa, 30 stycznia 2013
Na kruczych skrzydłach
Zazwyczaj na weekend po masterze mam wiele różnych planów ale rzadko kiedy one się łączą z jakimkolwiek turniejem. Co by nie mówić następuję zmęczenie materiału oraz chęć odpoczęcia od plastikowych żołnierzyków by za jakiś czas z jeszcze większą werwą rzucić się w wir hobby. Jednak tym razem pomimo Drużynowych Mistrzostw Warszawy, tydzień wcześniej, nie odpuściłem sobie lokala w Poznaniu. Wszystko za sprawą nowego kodeksu Dark Angeli i wizji wyprowadzenia dawno nie używanych motorów na spacer. I kiedy tym pomysłem pochwaliłem się na fejsie pojawiły się prośby o jakieś wrażenia i inne relacje i spróbuję choć w znikomym stopniu na nie odpowiedzieć.
Ale zanim się rozkręcę z narzekaniem zacznę dość neutralnie czyli od rozpiski.
Samael
Libra 2 poziom, motor
3 cyklistów z dwoma plazmami
6 cyklistów melta flamer, atak bajk z meltą i spider z rakietami
6 cyklistów melta flamer, atak bajk z meltą i spider z rakietami
spider od covera
6 rycerzy z dwoma granatnikami
5 spiderów z podwójnymi bolcami.
No to jak formalności mamy za sobą zacznę od bolączek tej armii bo w dwóch pierwszych bitwach odkryłem odkryłem od razu po jednej. Czyli w sumie dwie. Pierwsza to Wall of Tesla. Ta armia nigdy nie grzeszyła ilością modeli i pomimo, że teraz relatywnie staniała to nadal w tej kwestii zbyt różowo nie jest. Więc jak dostajesz co turę wiadro kości na sejwy to dość szybko zaczynasz odkrywać, że armia ci się kończy. A siła 7 jest na tą armię optymalna - wszystko rani na 2+ a w spiderach robi dziury.
Druga bolączka to chaośnicze smoki i ich AP3 połączone z zdejmowaniem covera. Jak do tego dorzuci się możliwość rażenia dwóch celi na turę to te 3ki bajków pokitrane za kamlotami i innymi skałkami odparowują w zastraszającym tempie.
Jak już przerobiliśmy "jakże zaskakujące" słabe punkty to wspomnę jak działały poszczególne jednostki.
Po powrocie z DMW zakodowałem sobie, że Samael ma siłę 6. Nie ma. Ma jedynie 4. Gdyby nie to byłby naprawdę zacny a tak sam z siebie za wiele nie robi - jedna plazma wiosny nie czyni. Co prawda zyskał H&R, skaut, prefer na CSM i choć to są przyjemne dodatki to po bohaterze za 200 punktów byśmy się spodziewali większej mocy. Inna sprawa, że najważniejsze jest to, że robi z cyklistów drugiej kompanii troopsy.
Libra z dostępem do divinacji jest bardzo dobrym wsparciem. Zwłaszcza jeśli pod podstawową moc tej szkoły bierze się 10 cięzkich bolterów. Mobilnych. To daje dość dużą moc przerobową. Inna sprawa, że cena każe dwa razy się zastanowić czy warto ale jeśli drugą mocą jest np przerzut udanych sejwów zaczyna się robić naprawdę wesoło.
Motory z troopsów są dobre bo są tanie a, że są tanie to są dobre. Scout i Hit and Run także pomaga choćby na meltach. Takie przykładowo barki anihilacji nie odczuwają potrzeby szczególnie mocno pchać się do przodu. Generalnie przeciwnicy nabierają wtedy sporo ostrożności przy wystawianiu się. Zwłaszcza jeśli to my zaczynamy.
Cover Speeder jest jedną z dwóch nowych jednostek przetestowanych na tym turnieju i powiem tak. Fateweaver to to nie jest tzn. trochę podnosi przeżywalność jednostek zmuszonych do zdawania covera ale wyeliminować go jakoś szczególnie trudno nie jest. Jednak jak się spojrzy na koszt punktowy to człowiek dochodzi do wniosku, że może i warto. Zwłaszcza, że jak się trafi jakiś fajny stół to może naprawdę pomóc. Jedyny problem to, że zajmuje slot fastów w którym jest druga z nowości czyli Black Knighci.
I szczerze mówiąc jakbym miał oceniać ich przez pryzmat tego turnieju to w zachwyt bym nie wpadł. Ale, bo musi być jakieś "ale", odrobiłem zadanie domowe i mam nadzieję, że więcej się nimi tak nie pokaleczę. Bo narzędzie z nich ostre jak skalpel ale wymagające precyzji godnej takowego. Wiadro linkowanej plazmy w połączeniu z granatnikami plus nie takie słabe możliwości w walce muszą działać. Trzeba jedynie pamiętać, że sam taf 5 szczególnej rewelacji w dziedzinie wyporności nie czyni. No i żeby zrobić Hit and Run to najpierw to trzeba przeżyć.
Podsumowując - nawet w czystym Ravenwingu przybyło tyle nowych opcji, że nie wiadomo w którą stronę się obrócić. Jednak, żadna z nich nie jest demonicznej klasy co sprawia, że gra się tym całkiem interesująco. Nie wydaje mi się, że da się z tego złożyć samograja ale rozpiskę taką za którą nie trzeba się wstydzić jak najbardziej.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
relacje
środa, 23 stycznia 2013
Dwie refleksje po nowych faq'ach
W zeszłym tygodniu, całkiem niespodziewanie, Games Workshop uraczyło nas nowymi FAQ'ami do ulubionej gry. Przy tej okazji chyba pobili swój prywatny rekord bo Dark Angele którzy premierę swojego nowego podręcznika mieli raptem parę dni wcześniej także się załapali na prywatnego pdf'a. Mogłoby się wydawać, że GW zaczęło łapać o co chodzi z tymi erratami i klaryfikacjami.
Ale, tu się pojawia pierwsza z moich refleksji, że chyba ktoś w centrali odkrył, iż w tych całych faqach można nie tylko wyjaśniać zasady ale także je zmieniać. I jeśli przy okazji coś się wyrówna i zbalansuje to fajnie a jak nie to trudno natomiast ważne jest by się modele sprzedały. Bo szczerze mówiąc nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć zmiany pozwalającej już 5 Noise Marinsom brać Blastmastera. Nagle, może niewiele, ale zawsze trochę zyskali na atrakcyjności zatem pojawia się szansa, że ten ich nowy status pozytywnie przełoży się na finanse.
Druga z refleksji jest mniej globalna bo dotyczy naszego poletka, a konkretnie pkzetów a jeszcze konkretniej dyskusji o wybuchających necrońskich rogalach i ich wkładce. Przyznam się szczerze, że od samego początku było dla mnie oczywiste, że ta ostatnia nie podlega normalnym zasadom wybuchającego, latającego transportu. I nie do końca zrozumiałem jak to się stało, że zapis był jaki był, czyli że zasada Crash & Burn obowiązuje tostery. I choć rozumiem, że trzymanie się podręcznika na dłuższą metę jest pewnie najlepszym, a na pewno, najbezpieczniejszym rozwiązaniem to jednak trzeba czasami wyczuć kiedy odpuścić i wybrać rozwiązanie po prostu zgodne z duchem gry. I ta sytuacja ż się prosiła o takowe. I pewnie nikt niezależenie co uważała wcześniej nie jest zaskoczony zapisem z FAQa.
To tyle o ostatniej twórczości GW bo jednak przedostatnia czyli kodeks Dark Angeli bardziej mnie pasjonuje i to ona mi ostatnio chodzi po głowie w te i nazad.
Jak coś wydrepcze to dam znać.
Etykiety:
nowości GW,
scena turniejowa,
ukochana firma,
zasady
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Warp mówi ludzkim głosem
Nadaje Michu. Święta niedawno były, a jak wiadomo wtenczas wszystko co żywe ludzkim głosem przemawia - karpie, figurki albo i teściowa. Na nas na szczęście Imperator łaskawszym okiem spojrzał i zyskaliśmy kolejny podcast - i to po polsku. Dzisiaj przed Wami krótka recenzja Warptalk.
Nagrywanie podcastu to taka rozmowa przy herbatce - wtedy obrazek pasuje, prawda?
Parę dni odezwał się do mnie znany powszechnie fluffowy króliczek Emeryt z informacją, że kroi się nowy, fluffowy właśnie, podcast. Niestety wybrał nie najlepszy sposób komunikacji ze mną czyli PM na stronie ligowej, zatem zamiast równo z premierą otrzymujecie notkę dopiero teraz. W zamian za to jest recenzja a nie zajawka, więc summa summarum wyszło na zero. Muszę przyznać, że bardzo chętnie śledzę wszystkie polskie ruchy podcastowe, choć nie zawsze udaje mi się coś o nich skrobnąć.Tym razem jednak potraktowałem to osobiście i nawet zbyt długo nie leżało.
Podcast został pierwotnie opublikowany na blogu per mortis ad gloria. Linki do samego nagrania jak i tematu na Glorii Victis znajdziecie na końcu tekstu. Jednak do rzeczy. Chłopaków jest czterech i nazywają się Kwadrą - chociaż nazywanie "chłopakiem" Emeryta jakoś mi nie pasuje muszę przyznać... Tematyka w założeniu dotyczy przede wszystkim aspektów fluffowych, czyli jest raczej odmienna niż naszego blogowego podcastu. Punktem wyjścia nie jest bowiem czterdziestka czy WFB jako gra bitewna ale jako RPG. To było dla mnie mimo wszystko sporym zaskoczniem. Przyzwyczojny byłem myśleć o czterdziestkowych rpgach raczej jako o pewnej ciekawostce, która czasem u kogoś pojawia się na półce i zbiera kurz. A tu niespodzianka - ludzie grają i to całkiem na serio. Byłem jak widać w ciężkim błędzie ale to jest akurat ten typ błędu, który cieszy.
Audycji słuchałem przeto z zaciekawieniem i dowiedziałem się sporo nowych rzeczy. Polecam zatem zatwardziałym "turniejowcom" w formie lekkiego odprężenia od dyskusji o zasadach. W pewnym momencie trochę się zaniepokoiłem bo rozmowa zeszła na rekwizyty ale na szczęście obyło się bez zbytniego fetyszyzmu. Dodatkowo, co naturalne w tym momencie, spora część dyskusji toczyła się wokół wydawnictw Black Library. I takie tematy z mojej perspektywy mają szansę zainteresować już wszystkich. Nie mam za bardzo czasu śledzić nowości i z chęcią i nich usłyszę, bo Autorzy zdają się być na bieżąco tak z czytadłami jak i ze słuchadłami.
Do merytorycznej strony mam dwie uwagi. Po pierwsze, czasem raził mnie nadmierny i troszkę bezkrytyczny entuzjazm. Więcej humoru i narzekania dodałoby realizmu audycji. Zdaje sobie przy tym sprawę, że być może to przychodzi z czasem i to zapewne starcze zgorzknienie. Przykładowo, nie zgadzam się za bardzo ze stwierdzeniem, że książki BL radziłyby sobie równie dobrze bez gier etc. Druga sprawa to już raczej komentarz - część z Autorów używa nazw polskich np. zakonów SM a cześć nazw angielskich, Czasem ciężko stwierdzić czy interlokutorzy na pewno rozmawiają na ten sam temat. Więcej uwag nie przychodzi mi na myśl i wierzę, że będzie tylko lepiej, zważywszy, że jest i redaktor w osobie Emeryta.
Techniczna strona jest właściwie okej. Mimo nagrywania przez Skypa nie czuć, że Autorzy są zupełnie gdzie indziej i poza paroma zbyt długimi monologami jest git. Jedynie można by trochę głośność zwiększyć - w tej chwili w autobusie da się słychać ale już tramwaj odpada.
Na koniec dwie uwagi pozamerytoryczne - fraza "to się wytnie" jest zastrzeżonym znakiem towarowym podcastu z24cala i za mało było o starym codexie chaosu. A bardziej na serio macie linki i zachęcam do rzucenia uchem:
Etykiety:
black library,
twórczość fanowska
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Dark Angels in da house
Zatem jest lepiej. Zdecydowanie.
Ale umówmy się, poprzeczka, w tym przypadku, nie wisiała a raczej leżała na podłodze.
W piwnicy.
Najbliższy mi Ravenwing jest lepszy i tańszy plus ma sporo nowych jednostek. Choć największe z nich czyli samoloty wydają się mocno średnie, żeby nie powiedzieć, że słabe. Jednak rycerze, command składy czy Dark Shroud wydają się całkiem ciekawe. Może wreszcie coś jeżdzące na motorze będzie zdolne zabić kogoś a nie tylko modlić się o przetrwanie do końca bitwy.
Pierwsza kompania też nie powinna narzekać. I choć tu ceny w punktach już, mam wrażenie, ciut mniej rozpieszczają to ilość sensownie wyglądających opcji trochę to rekompensuje.
No i w greenwingu wracają minimaxy. 5 typa z laską. Co prawda bez plazmy ale zawsze to powiew starej szkoły. Miłe.
Szczerze mówiąc nie wiem kiedy uda mi się przetestować jakąkolwiek rozpiskę bazującą na tym deksie ale po cichu liczę, że będzie wcześniej niż później. Już mam parę pomysłów zaczynających się od Samaela i przebieram nóżkami by cokolwiek z tych wizji wystawić na stół. A może Wam już się udało zagrać nowymi Aniołkami?
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW
środa, 9 stycznia 2013
Ile kosztuje bycie Heretykiem?
Do tej pory jakoś nie szczególnie zawracałem sobie głowę wydana przez Forgeworld Herezja Horusa, tzn. przeczytałem jakieś recenzje podręcznika a jedna nawet wysłuchałem ale poza tym ograniczyłem się do sprawdzenia ile to kosztuje. No i nie będę ukrywał, że cena 70 funtów za jedną książkę mnie odrzuciła trochę. Logiczną konsekwencją więc było, że do figurek, poza co bardziej efektownymi zdjęciami, już nie dotarłem.
Ale ostatnio coś mnie ruszyło i stwierdziłem, że przyjrze się, tak z ciekawości ile by kosztowała taka tyci-tyci armijka która by mi się po prostu podobała. Podobała w sensie wizualnym. Limit punktowy ustawiłem sobie minimalny jaki polecają twórcy dodatku czyli 1500. Pomysł był prosty - chciałem mieć po trochu wszystkiego czyli jakiś antyczny czołg, dreda, jetbajki, rakietowych marinsow jakieś nietypowe bronie i oczywiście terminatorów. Z takich cudów jak jakiś latacz, czy inne platformy wsparcia przy minimalistycznym podejściu do punktów musiałem zrezygnować. Z racji, ze totalnie nie wiem z czym to się je to sobie odpuściłem co bardziej skomplikowaną rozkmine i ograniczyłem się do nadania mojej rozpisce jedynie odrobiny sensu. No i oto co mi wyszło:
HQ
Szef na jetbajku PF tarcza
Troops
Tactical Squad [10] Power Fist Artifiszierka
Assault Squad [10] Clawy, 2 Power Weapony (Siekiery !!)
Legion Tactical Support Squad [5] (4 Volkait Caliver)
Elites
Terminators [5] Reaper Cannon, Chain Fist
Contemptor
FA
Jetbikes [3]
HS
Land Raider
Zatem cel osiągnięty - jest wszystkiego po trochu. Armia jak najbardziej godna battle reportu w White Dwarfie. Zatem czas by przejść do meritum czyli ile to wszystko kosztuje. No to lecimy z listą zakupów:
Szef na motorze PF tarcza 25
Tactical Squad PF AA 57
Assault Squad LC, 2 PW 66
Legion Tactical Support Squad 34 Terminators RC ChF 61
Contemtor 46 Jetbikes 70 Land Raider 65 Weapon Pack 20
Razem 444 funtów
Trzeba przyznać ze suma robi wrażenie. I choć wydaje mi się że te ceny są wysokie nawet dla ludzi którzy zarabiają w krajach bogatszych niż nasz to pewnie i tak herezja się nieźle sprzedaje. Bo jak pokazały książki o niej z Black Library to fanów wydarzeń z 30 millenium nie brakuje. I często potrafią odłożyć rozum na półkę i dać się ponieść bodźcom wizualnym. Choć szczerze mówiąc, wydaje mi się, że akurat taka łatwość to w ogóle warunek konieczny do wejścia w to hobby.
Etykiety:
ładne,
ukochana firma
środa, 2 stycznia 2013
Coś jak postanowienie.
Tak - pisałem przecież, że ciut mniej kompromitującym.
No i naładowany pozytywną energią postanowiłem sobie wyznaczyć cele związane z pamperkami na najbliższe 12 miesięcy i już miałem zarys tego co osiągnąć gdy odkryłem kolejną dawkę plotek o demonach. Biorąc pod uwagę, że jest to aktualnie jedyna moja armia która nadaje się do grania i to też raczej na lokalach a nie czymś większym to może się okazać, że jak wyjdzie do niej nowy kodeks w ogóle nie będę miał czym grać. I ciśnienie na wielkie i galaktyczne plany trochę zeszło ze mnie. Może powinienem ograniczyć się do dość prostego celu jak grywalna i pomalowana armia na koniec roku. Taka co pozwoli wysyłać zgłoszenie wraz z rozpiską na mastera i powalczenie na takowym.
Ale oczywiście to by było za proste więc z jednej strony złożyłem sobie rozpiskę chaosu która ma być punktem wyjścia do testów tej armii a z drugiej strony właśnie skończyłem sklejać mroczne aniołki z podstawki. Swoją drogą to bardzo mi się podobają Deathwingowi terminatorzy z startera. Zresztą motory też nie są najgorsze. A przy okazji dokonałem inwentaryzacji reszty czyli Ravenwingu który przez ostatnie lata głównie się kurzył bądź gubił i czuję się gotowy na premierę nowego kodeksu.
Bezradny wobec tych wszystkich pokus postanowiłem porzucić wielkie plany na bite 365 dni i żyć chwilą czyli od kodeksu do kodeksu. Póki co więc czekam na najnowszego Białego Krasnala który mam nadzieję, że da przedsmak nowego kodeksu a potem będę przebierał nóżkami czekając na danie główne. I jak uda się zmontować i popaćkać coś sensownego przed nowymi demonami to będę równie szczęśliwy co zszokowany. Ale będę próbował.
A jak to wygląda u Was macie plan bądź też Da Plan na ten rok? Czy wszystko co potrzebne do szczęścia już macie (Necroni w sensie, że) i skupicie się po prostu na graniu? A może sięgnięcie w inną stronę i chcecie coś innego skompletować np. flotę do Ghotica?
Etykiety:
myśli ulotne
środa, 26 grudnia 2012
O kobiecej psychice- krótko i treściwie
Po entuzjastycznym przyjęciu poprzedniej notki autorstwa Mojej Żony, postanowiłem skorzystać z jej świątecznego wolnego i poprosiłem ją o popełnienie kolejnej. Świąteczna atmosfera musiała się jej udzielić ponieważ tym razem czas czekania liczył się w godzinach nie w miesiącach. Jednak mam wrażenie, że nie przełożyło się to na wartość merytoryczną i ta jest równie dobra jak ostatnio.
Dawno, dawno temu, żył sobie Król Dobrze. Zyskał taki przydomek ponieważ na wszystkie prośby swoich poddanych kiwał głową i mówił dobrotliwie “Doobrze...”.
Coś ostatnio wyszło i spowodowało nagłe ożywie w środowisku kolegów Łysego. Tak jak Michu pisał- przefazowali już chłopaki tę edycję trochę i skończyło się babci sranie i trzeba grać. A jak grać, to i czas na zakupy.
Z tymi pamperkami jest trochę tak, jak z kobiecą garderobą. 20 lat już robię zakupy i nadal nie mam się w co ubrać. Do szczęścia, w tym miesiącu brakuje mi jedynie torebuni i pasujących do niej bucików, apaszka niekonieczna, ale nie pogardzę, ale jak jest już ta apaszka to i taki żakiecik... czyli czytaj potrzebuję jedynie kilku (czyt. kilkudziesięciu) marines, jakieś takieś fruwajeczki, które co prawda mam, ale te teraz mają taką fajną ambonkę... no i jak będzie ta ambonka...
I co panowie, trochę jaśniej w kwestii damskiej psychiki Wam się zrobiło?
A o co chodziło z tym królem?
Rano. No dobra była sobota i był to czas między późne rano, a wczesne popołunie czyli tak między pierwszą kawą, a wczesnoporanną irytacją. Myję zęby w zadumie planując bojowe działania przedświąteczne, gdy nagle otwierają się za mną drzwi łazienki, staje uśmiechnięty od ucha do ucha Łysy i z błyskiem szaleństwa w niewyspanym oku oznajmia ni z gruchy ni z pietruchy − Piechotę kupię!!!
− Dobrze kochanie- oznajmiłam dobrotliwie znad szczoteczki do zębów.
Btw- Król Dobrze jest postacią historyczną. Kto zgadnie o kim mowa?
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Wszystkiego naj...
Zdrowia Necronów,
Wytrwałości Iron Wariorrów,
Doznań Dzieci Imperatora,
Wyobraźni Orków,
Potomstwa Tyranidów,
Długowieczności Eldarów
i pomysłów na jej spędzenie Dark Eldarów
Wierności Sióstr Bitwy,
Honoru Space Marinsów,
i ogólnej zajefajności Demonów
... oraz innego galaktycznego dobrobytu
życzy z24cala.
Etykiety:
myśli ulotne
piątek, 21 grudnia 2012
Dark Xmas...
No i Games Workshop prawie zrobiło nam prezent pod choinkę. Niestety jak zwykle "prawie" robi wielką różnicę i na razie możemy obejść się jedynie smakiem i co najwyżej pooglądać zdjęcia nowych Dark Angeli i to też jedynie na monitorze. Oraz poczytać co ludzie wycisnęli odnośnie zasad z nowego Dwarfa który miał falstart w Danii. Bo chyba tylko tam póki co można go kupić.
Nie da się ukryć, że niektóre pomysły wizualne są dość oryginalne i wolę nie wiedzieć jakie jeszcze STC są ukryte w resztkach Calibanu. Ten speeder z działonowym na samym przodzie pojazdu może być dla innych zakonów marinsów wręcz bluźnierczy. Natomiast fruwajka choć trudno ją nazwać oryginalną zdecydowanie mi się podoba. Dzięki tym skrzydłom rodem z designu Imperial Navy nie jest jedynie latającym śmietnikiem jak popisy innych zakonnych techmarinów.
Jednak tym co mi się najbardziej podoba to nowe jednostki z wyrazem Knight w nazwie. Po cichu liczę, że wreszcie kodeks Mrocznych Aniołków będzie miał nam coś więcej do zaoferowania niż do tej pory. Bo dotąd zawsze biednie wypadał przy innych zakonach jak i przy waniliowych marnisach. Takim wilkom czy bladziom nie można odmówić lokalnego kolorytu i jednostek sprawiających, że ta armia mimo że cały czas jest bandą marinsów to jednak ma swój unikalny charakter. DA mieli niby ten Deathwing i Ravenwing ale to raczej ograniczało się do FOCa bo jedynymi nietypowymi jednostkami byli Belial do współy z Samaelem. Przy czym rzeczywiście nietypowy jest jedynie ten ostatni. Czyli umówmy się - bez szału.
Podoba mi się również, że czegoś więcej możemy się dowiedzieć o Wewnętrznym Kręgu bo chyba co niektórzy z tych rycerzy takowy będą w jakiś sposób reprezentowali. Czyli najprawdopodobniej odsłonią kilka sekretów bo stworzyć kilkadziesiąt nowych. Czyli klasyka rozwoju fluffu.
Ostatnio udało mi się po dłuższych poszukiwaniach odnaleźć mój Ravenwing (nic tak nie stresuje jak zgubienie całej pomalowanej armii ;) ) i by zabić czas oczekiwania na nowe kodeks postanowiłem ogarnąć w przerwie świątecznej modele aniołków z podstawki. Może dzięki temu gdy będzie premiera i poznamy wreszcie ostateczny kształt nowych zasad będę gotowy do testów. Których szczerze mówiąc już się nie mogę doczekać.
Etykiety:
nowości GW
wtorek, 18 grudnia 2012
Pierwszy z trzech
Sezon ligowy minął już półmetek i pomału wyłania się nam ostatnia prosta.
Co prawda długa ale zakończona linią mety za którą czekają wywiady, kwiaty i wycieczki z zakładów pracy. No dobra punkciki i może dyplomiki. I oczywiście najważniejsze czyli miejsca w reprezentacji kraju która będzie walczyć na Mistrzostwach Świata w Warhammerach. Jednak zanim nastanie czas tego dobrobytu czekają nas 3 główne przystanki czyli Drużynowe Mistrzostwa Warszawy, Dice Crusher oraz Wojna Światów. I dziś chciałem napomknąć o tym pierwszym czyli DMW a konkretnie jednym aspekcie tego turnieju czyli punktowaniu armii.
W skrócie chodzi mi o to że na turnieju grają drużyny 3 osobowe które mogą być złożone wg następujących zasad:
Drużyna może zawierać:
- Tylko jedną armię danego rodzaju. Różne odmiany marinów (BA,SW itp.) to różne armie.
- Każda drużyna może wydać do 10pkt na armie. Armie kosztują następujące ilości punktów:
4pkt: Chaos Daemons, Necrons, Tyranids, Grey Knights, Imperial Guard
3pkt: Blood Angels, Chaos Space Marines, Dark Eldar, Orks, Space Marines, Space Wolves
2pkt: Black Templars, Dark Angels, Eldar, Sisters of Battle, Tau
Bardzo mi się podoba pomysł z wyceną armii. I ku mojemu zaskoczeniu wydaje się, że większości zainteresowanych również. I choć nie da się ukryć, że niektóre armie budziły (Eldarzy którzy zaczęli za 3 pkty) lub nadal budzą (GK) kontrowersje to przyjęcie można określić jako co najmniej ciepłe.
I dziś biegając sobie, mając dużo czasu na rozkminę, zastanawiałem się z czego to wynika i mam parę koncepcji.
- Gracze wychodzą z założenia, że orgowie mają święte prawo robić z regiem co im się podoba a że to brzmi sensownie to gitara.
- Święta zaraz, do turnieju wuchta czasu zresztą nie wiem czy pojadę więc mam to w poważaniu.
- Jest rozdźwięk w sile poszczególnych armii i cokolwiek sensownego co pozwala zasypać różnicę, nawet jeśli jest to na szerszą bo teamu skalę, jest OK.
I jeśli ta ostatnia przyczyna jest dominująca to może warto pójść tym tropem rozumowania. I nie mam na myśli od razu jakiegoś wielkiego balancing patcha bo to raczej nie przejdzie, zresztą sam byłbym chyba przeciw, ale po prostu ciut więcej odwagi pisząc regulaminy. Bo jak widać takie nowinki nawet jeśli nie są sprawdzone i robione autorytarnie to i tak mogą się podobać. Wystarczy, że tylko, albo raczej, aż mają sens. Lub choćby jego namiastkę. Nie zmienia to jednak faktu, że przebicie w dziedzinie samo-balansu przystanku nr 2, czyli Dice Crushera, będzie ekstremalnie ciężkie.
Weź co chcesz ale pamiętaj, że 5 razy zagrasz przeciw temu.
Etykiety:
scena turniejowa
sobota, 15 grudnia 2012
Fists of Fury 2012 cz. 2
Bitwę czwartą czyli tą która zabiera czas by odespać sobotni wieczorek przyszło mi zagrać z Bladym Krisem i jego chaosem. Z Krisem miałem rachunki do wyrównania za Szczecin gdzie mnie obił niemiłosiernie głównie za sprawą mojego hura-optymizmu. Tym razem postanowiłem zrobić to bez szaleństw i nie wdawać się w żadne wspaniałe plany mające da zwycięstwo w półtorej tury.
Zadziałało.
Kluczowym momentem było gdy Blady podjął próbę zaszarżowania Demon Princem screamerów kiedy potrzebował do tego 7". Nie wyturlał. Riposta w postaci 60 ataków z siłą 5 i AP2 okazała się być akurat i potem już było z górki. Dalej bitwa upłynęła na demonstrowaniu przez demony swojego starszeństwa w Oku Terroru. Bitwa zakończyła się po 5 turach i moje gapiostwo które sprawiło że nie zająłem dwóch znaczników pomimo że miałem przy nich specjalnie oddziały ustaliło wynik 15-5.
W finalnej rozgrywce moim przeciwnikiem był reprezentant trójmiasta w osobie Numera Raz grającego Necronami. Jego armia to 3 fruwajki, 3 barki, władca pioronów lord na śmietniku, dwie piątki warriorów, dwie piątki immortali i dwa oddziały Wraithów. I te ostatnie były dla mnie głównym źródłem traumy. Zdecydowanie ich nie doceniłem dzięki czemu bardzo szybko straciłem screamery. Okazało się że trafianie na 3+ i ranienie na 2+ jest lepsze od 4+/3+. No inv 3+ jest lepszy od przeczucnaego na 5+. Zaskakujące prawda?
Thirster w ramach ratowania sytuacji poszedł to skontrować i zakopał się w jednym oddziale na całą 7 turową bitwę. Można przyjąć zatem, że kombatu nie miałem. Jednak dość łatwo udało mi się wybić wszystkie blaszane troopsy dzięki czemu miałem ciut komfortu myśląc o wyniku. Natomiast nie udało mi się zapobiec rewanżowi z strony Numera w dużej mierze dzięki wiatrom z warpa które rozrzuciły horrory po całym stole. Większość bitwy upłynęła nam na turlaniu kostek w jakiś niezbyt sensownych walkach wręcz jak np. lord kontra horrory z krótkimi przerwami na niezbyt rozbudowane fazy strzelania. Biorąc pod uwagę ilość troopsów na koniec bitwy wynik rozstrzygnął się na celach pobocznych gdzie wygrałem jednym punktem zatem wyszło nam 11-9.
Mając już bitwy za sobą mogę wspomnieć coś o organizacji która była
fe-no-me-nal-na.
Po prostu.
Gracze byli rozpieszczani z każdej strony. Herbatki, kawki ciasto, pizza no i wigilia z śledziami, pierogami i bardzo dobrym bigosem. Wiele widziałem na turniejach ale to, to było szaleństwo. Zdecydowanie młotkowy turniej. Mam nadzieję, że tych 40 uczestników którzy zapewnili komplet na tej imprezie będzie pamiętało o tym na koniec sezonu bo naprawdę warto to docenić co zrobili organizatorzy z Koszalina. Trzymam kciuki za przyszłoroczną powtórkę z rozrywki i już sobie rezerwuję termin bo zdecydowanie warto.
A kto nie był niech żałuje - jest czego.
Etykiety:
relacje
środa, 12 grudnia 2012
Sturm und Drang
Nadaje Michu. Dzisiaj będzie o okresie "burzy i naporu" jaki następuje nieuchronnie przy każdej zmianie edycji. Jeśli tytuł coś Wam mówi, to dobrze, bo znaczy, że skleroza nie obejmuje jeszcze czasów szkoły średniej. Ale do rzeczy.
Zdarzyło mi się przeżyć kilka zmian edycji. Ale dopiero tym razem zacząłem dostrzegać pewne prawidłowości, występujące w sposobie odbioru tych zmian przez środowisko graczy turniejowych. Poszczególne edycje różnią się znacząco co do ilości wnoszonych zmian, jednak wydaje mi się, że proces adaptacji przebiega za każdym razem łudząco podobnie, a zmienne jest jedynie jego natężenie. Moja propozycja etapów przyswajania zasad wygląda następująco:
1) Faza przedwstępna - czyli "plotki, dezinformacja, pobożne życzenia oraz pojawiają się pierwsi frustraci". Osobnikiem charakterystycznym dla tego etapu jest Prorok Zagłady. Faza ta zaczyna się na kilka tygodni lub miesięcy przed wydaniem podręcznika głównego, w zależności od tego jaką akurat szczelnością cechowały się mury GW. Każdy już coś wie, coś słyszał i zdążył zinterpretować po swojemu - pojawiają się pierwsze głosy jak bardzo nowa edycja będzie "zepsuta". Aspektem humorystycznym są rozpiski gry na nieistniejące zasady.
2) Faza wstępna - czyli "mamy nowe zasady, mnóstwo entuzjazmu i chęci do grania". Osobnikiem charakterystycznym jest "Fanboy". To piękny, choć niestety bardzo krótki czas. Wszyscy znamy zasady mniej więcej tak samo słabo i jest to poziom powszechny a szanse równe. Pojawiają się rozpiski nowatorskie, świeże i szalone oraz jak zwykle te, które nigdy nie działały ale znowu ktoś postanowił spróbować.
3) Burza i napór - czyli "czy aby na pewno wszyscy przeczytaliśmy ten sam podręcznik?" Osobnikiem charakterystycznym jest "Młody gniewny". W tej fazie wszyscy przeczytali podręcznik po parę razy albo zagrali tyle bitew, że znają zasady właściwie płynnie. Za to zaczyna się działalność na forach. Wiemy nie od dziś, że język literacki, jakim napisany jest podręcznik główny, nie za bardzo nadaje się do precyzyjnej kodyfikacji zasad. Pojawiają się zatem liczne sprzeczne interpretacje, potęgowane dodatkowo przez leciwe codexy. Ale bodaj najbardziej ciekawym zjawiskiem są "nowi kontestatorzy, starych reguł". Pewne rzeczy w środowisku turniejowym zostały dawno ustalone i przyjęte jako tzw. "dobre praktyki" - za przykład może posłużyć "modelowanie dla zysku" czy całe zestawy drobnych ustaleń dotyczących działania starszych dexów. Kontestator uważa, że zmiana edycji to jest doskonały moment na ich przedyskutowanie. Część osób robi to z niewiedzy wynikającej w jakiejś mierze z chaosu na forum ligowym ale część z prostej, pierwotnej niemalże, potrzeby bycia forumowym trollem.
4) Dojrzałość - czyli bawimy się wspólnie w te same pamperki. Osobnikiem charakterystycznym jest "Skoczek codexowy". Spokój i opanowanie dominuje. Większe ciśnienie związane jest jedynie z nowymi codexami i od czasu do czasu nowymi graczami wchodzącymi z marszu w buty "kontestatora ustalonego porządku".
5) Starość i rozkład - czyli "tą dyskusję widziałem już gdzieś wcześniej". Osobnikiem charakterystycznym jest "Dziad Borowy". W tej fazie nikogo już nic nie wzrusza. Nieliczne sporne kwestie były dyskutowane już dziesiątki razy i są równie daleki od rozwiązania jak na początku. Flejmy powstają ale głównie w wyniku wycieczek osobistych lub głupoty.
Mam nieodparte wrażenie, że w przypadku 5 edycji ostatnia faza była długotrwała i stagnacja stawała się w ostatnich miesiącach niemal bolesna. W nowej, 6 edycji, zdaje się że mamy etap burzy i naporu. Coraz lepsze smaczki i absurdy wyciągane są na światło dzienne. Pojawiają się kontestatorzy i czasami aż dech zapiera co ludzie potrafią stworzyć własnym umysłem. Powiadam Wam, przyjdzie nam zapomnieć o jeżdżeniu bokiem w tramwaju i laserowym drapieżcy...
Nie wiem jak Wy, ale ja żałuję, że tak szybko opuściliśmy etap wstępny.
wtorek, 11 grudnia 2012
Fists of Fury 2012 cz. 1
Fotka by Banan.
W końcu mi się udało dotrzeć do Koszalina na tamtejszego chelka zwanego Fists of Fury. I choć jechałem z jakimś tam wyobrażeniem czego się spodziewać, powstałym na bazie relacji ludzi którzy bawili się na tym turnieju w latach poprzednich to zastana rzeczywistość mnie zaskoczyła i zmiotła bo czegoś tak zacnego nawet w najśmielszych snach sobie nie wyobrażałem. Ale zanim dojdą do organizacji to jednak wspomnę parę słów o bitwach bo w tych również się sporo działo. Oczywiście wzorem poprzednich moich relacji skupię się jedynie na absolutnie kluczowych momentach bo opisywanie całych starć w moim wykonaniu nie ma większego sensu i szkoda Waszego czasu.
Pojechałem z standardowymi jak na aktualne czasy demonami czyli:
Fateweaver
Thirster
Plaszczki 8+7
Flamery 3+3+6
Horrory 5+5+5+6+9 (changeling)
Pierwsza bitwę zagraliśmy z Michem w ramach challenga. A, ze doktor przyjechał chaosem z delikatna wkładką demonów kroiły się niezłe derby Oka Terroru. Jednak Tzeentch postanowił, że zamiast wyrównanego boju woli wesprzeć swoich czyli tych co mają jego marka. No i wsparł konkretnie.
Michu postanowił wejść z rezerw i wystawił na stole jedynie Demon Princa otoczonego wianuszkiem z kultystów by mnie i moich flamerów za bardzo jakieś głupoty nie kusiły. Smoka, oblity i dwie dziesiątki rogatych chopaków zostawił w rezerwach. W pierwszej fali demonów weszły screamery i chyba horrory aczkolwiek tu się mogę mylić. Maska i flamery czekały na swoją kolej w warpie. Bitwa miała dwa momenty przełomowe z czego ten drugi był rozbity na dwie tury. Ale po kolei i pierwszy z nich to szybka zamiana Deamon Princa, który złapał w komabacie jakieś płaszczki, w spawna. A drugi to absolutnie tragiczne rzuty Micha na rezerwy - w 2 turze weszły oblity w 3 Maska która dostała obstrzał od oblitów po tym jak oblali test od changelinga a 4 tury już nie było. Wiele razy z Michem już graliśmy ale pierwszy raz bitwa była tak jednostronna i to praktycznie wyłącznie za sprawą kości. No, ale są one integralną częścią tej gry i czasami człowiek nie ma wyboru i musi taką atrakcję po prostu przyjąć na klatę.
Druga bitwa to kolejne przyjacielsko-ośmioramienne przekomarzanki czyli starcie z Chaosem Wołka. Mam wrażenie, że jego rozpiska dość dobrze pasowała do niego a było w nich dwóch DP na wypasie, dwa landki 2 składy kultystów i 3 10 marinsów. Wołek od razu poinformował mnie, że to będzie jego pierwsza przeprawa z demonicznym konceptem balansu w tej grze i mam wrażenie, że dostał większą lekcję niż by sobie życzył. Prince, na ostatniej ranie ginący od overwatcha 5 horrorów był tylko preludium do szarży drugiego, który przy okazji był warlordem, a za cel wybrał sobie dwa flamery. 3 rany które miał w momencie deklaracji szarży okazały się nie styknąć. Screamery do współy z Thirsterem rozkręciły piechotę oraz landki i po 3ciej turze Wołek uznał, że nie ma sensu tego ciągnąć, no i muszę przyznać, że miał rację.
Po takim początku turnieju musiało się coś spieprzyć i oczywiście tak się stało w 3ciej bitwie gdzie mi przyszło zagrać z Kozłem i jego demonami. Generalnie mirrory są ciekawostką w tej grze ale demoniczny to już w ogóle jest klasa sama dla siebie. Zaczęło się od tego, że zacząłem co było, po prostu, dla mnie słabe. Kolejnym problemem było to że nie ta fala mi spadła i wszystkie flamery miałem na stole za nim zobaczyłem przeciwnika. Następną komplikacją był Fateweaver który poczekał do samego końca z swoim wielkim objawieniem na stole. Oczywiście mojego przeciwnika nie dotknęły takie plagi egipskie i grał oraz turlał normalnie. Właśnie przy okazji kostek tu też nie było różowo bo cały czas coś odbiegało w dół od przyjętych standardów. Słowem pełna kumulacja. Jednak zrobiłem Brace for Impact i postanowiłem powalczyć i wyszarpać co się uda wychodząc z założenia, że 3 punkty są lepsze niż 0. I całkiem, całkiem mi to wychodziło bo wykorzystałem zasadę scenariusza, że się flagi wbija i wcale na koniec nie trzeba mieć żywych troopsów. Nawbijałem flagi gdzie się dało zabiłem plagi mego przeciwnika zanim mu się je udało odbić i na koniec mieliśmy remis w znacznikach 4:4. Niestety ten koniec przyszedł dopiero w 7 turze i gdyby jej nie było przegrałbym około 14:6. No ale była i zostałem ztejblowany. W czym miał duże Wielki Spóźniony aka. Fateweaver postanowił rzucić dwie 6 na liderkę dostając druga ranę od ostatniego oddziału który w tej turze mógł mu coś zrobić. I całą tą walkę ptak strzelił.
CDN.
Mam nadzieję, że szybciej niż później ;)
Etykiety:
relacje
środa, 5 grudnia 2012
To jak to jest z tymi eldarami?
Z dużym zainteresowaniem śledziłem dyskusję która się zrodziła przy okazji omawiania siły armii w kontekście warszawskiego mastera czyli drużynowki mającej się odbyć w styczniu. A szczególnie zaintrygowała mnie cześć dotycząca eldarów. Kiedy wyszła 6 edycja swoje pierwsze bitwy rozegrałem właśnie wytwórcami świec i moje wrażenie było że ta armia wyjdzie wreszcie z lochu w którym się znalazła pod koniec 5 edycji. A póki co wygląda ze nie tylko nie wyszła, ale wręcz się okopała i zabarykadowała.
A lista zmian za miłościwie panującej nam edycji wydaje się wyglądać całkiem przyzwoicie.
HQ? Farseer a Eldrad w szczególności - całkiem dobra opcja - najlepsze zabezpieczenie anty-psi w grze plus dostęp divnation i to wszystko za koszt który nie zabija (a w przypadku Starego dzia jest wręcz śmieszny) - po prostu brać.
Troopsy? Najszybsze w grze co przy graniu na znaczniki może mieć znaczenie. A że miękkie - cóż nie można mieć wszystkiego (podobno).
Do tego wiadra pestek z różnych slotów plus osłabiony cover.
Dotychczasowa największa bolączka eldarów czyli kulejący p-panc też stracił na znaczeniu bo składowa w postaci mecha zauważalnie spadła w ogóle rozpisek.
No i harlekini dostali nowe zasady Veil of Ters dzięki którym na pewno nie stracili a wręcz zyskali.
Słowem sporo się zmieniło i to wydawałoby się na korzyść kosmicznych elfów a gdy przyszło co do czego czyli do oceny siły armii na potrzeby Drużynowych Mistrzostw Warszawy skończyli w jednym worku z Dark Angelami. I pomimo, że jak słusznie zauważył eM wyniki tej armii z turnieii tą decyzje w pełni uzasadniają to cały czas nie mogę się pozbyć poczucia, "że nie ogarniam". Choć bardzo bym chciał.
Może cały czas zagrana Eldarami za mało bitew, by wyciągać daleko idące wnioski.
A może za mało graczy im się przyjrzało by odkryć ich ukryty potencjał.
No chyba, że rzeczywiście ta rasa dostosowała się do swego fluffu i jest umierająca.
Ale mam nadzieje, że nie bo im więcej grywalnych deksów tym ciekawsze turnieje. A światełko nadziei widać bo na ostatnim lokalu w 3city Kris wywalczył nimi 2gie miejsce. Jeśli pójdzie za ciosem w Koszalinie to może się okazać, że tacy DA z tych Eldarów to nie są.
Etykiety:
myśli ulotne,
scena turniejowa
piątek, 30 listopada 2012
Cyfrowy Krasnal
Dopiero co doczekaliśmy się 3ciego numeru white dwarfa po rewolucji jaką mu zafundowało GW. Sądząc po okładce oraz aktualnej polityce czyli dość dużej monotematyczności w ramach jednego numeru to za dużo o 40 milenium w środku nie znajdziemy. Jednak warto przy tej okazji wspomnieć o cyfrowej odsłonie rewolucji czyli o Białym Krasnalu na ipady.
Wszystkie produkty cyfrowe (Digital Products) wydawane przez GW mają jedną cechę wspólną - niedorzeczne ceny. I nie wiem z czego to wynika, bo może to games jest taki zachłanny (w sumie nic zaskakującego) a może to ci spod znaku nadgryzionego jabłka nie znają umiaru. Bo oni sobie jakiś haracz na pewno muszą pobrać. Nie zmienia to faktu, że 7 euro za gazetę reklamową, bo przecież taką, pomimo szumnej rewolucji, cały czas jest WD, budzi we mnie silny wewnętrzny sprzeciw. Zwłaszcza, że nawet jej nie dostaje jej fizycznie do ręki tylko mogę sobie ściągnąć. Jednak należy oddać cyfrowej wersji, że zawiera ciut więcej niż jej papierowy odpowiednik. I tak, możemy sobie kliknąć na zdjęcie i je przybliżyć bądź też nawet poobracać figurkę o 360 stopni, zupełnie jak na stronie. Właśnie - jak na stronie gdzie mamy to bez specjalnej dopłaty.
Przynajmniej póki co.
Dodatkowym ficzerem jest video podsumowanie bitwy z raportu przez obu graczy. Czytaj siedzą na jakimś czarnym tle i coś tam opowiadają. Największym plusem tych filmików jest kontakt z różnego rodzaju akcentami w języku angielskim bo wartość merytoryczna jest na poziomie całej reszty opisywanego starcia. Czyli lepsza niż kiedyś ale nadal pierwszy stół mastera to, to nie jest ;).
I poza tymi delikatnymi wstawkami multimedialnymi mamy to samo co w wersji papierowej tyle, że na ekranie. A co mnie najbardziej rozczarowało to brak jakiegoś sensownego spisu treści bądź innej nawigacji. Przynajmniej mi się nie udało znaleźć jakiegoś prostego sposobu do skakania między artykułami. Można by zatem pomyśleć, że nie warto. I tu dochodzimy do paradoksu. Bo osobiście nie rozpędzał bym się z takim poglądem.
Papierowe pisma w tym i Biały Krasnal mają ten plus, że fajnie to wziąć je do ręki i najzwyczajniej w świecie przekartkować, ale mają też ten minus, że gdzieś je trzeba trzymać. No i swoje ważą co przy okazji ostatnich relokacji boleśnie odczułem. Zatem jeśli miałbym wybierać między cyfrą a papierem wolę to pierwsze. Po prostu więcej i wygodniej. No i szybciej - klikam rano jeszcze przed kawą i jest. A że drożej, no cóż, to akurat nic nowego w tym hobby.
Etykiety:
binarnie,
nowości GW,
recenzja
poniedziałek, 26 listopada 2012
Podcast nr 28b Nowy Większy Chaośniejszy
Niestety w ostatnich dniach, a prawie już w tygodniach, wolny czas jest u mnie towarem równie deficytowym co euro w budżecie Grecji. I jest mi przykro, że przekłada się to na częstotliwość wpisów ale w ramach pocieszenia mogę powiedzieć, że już widać pomału moment spowolnienia po którym będzie ciut lepiej z możliwościami klepania w klawiaturę. A póki nie mamy czym zapełnić ekranu to choć zadbamy o głośniki kolejną częścią pogawędki o kodeksie chaosu.
No to bez dalszego przedłużania jedziemy i zapraszamy do odsłuchu:
Podcast nr 28b Nowy Większy Chaośniejszy
Etykiety:
kodeksy,
Michu,
nowości GW,
podcast
poniedziałek, 19 listopada 2012
Podcast nr 28a Nowy Większy Chaośniejszy
"Trochę" to trwało ale, po długich bojach, się udało i spotkaliśmy się z Michem wirtualnie by pogaworzyć przez chwilę lub dwie o nowym chaosie. Ale biorąc pod uwagę naszą fascynację wszystkim co spod ośmioramiennej, skończyło się to w jedyny możliwy sposób czyli całkiem długą rozmową. Na tyle długą, że nie było innej opcji jak ją przeciąć na pól na potrzeby podcastu. Stąd literka "a" w numeracji.
Zatem dziś mamy niewątpliwą przyjemność by zaprosić Was na pierwszą część omówienia Nowego Kodeksu Chaosu - NKCh (TM). Przyjemnego odsłuchu.
Podcast nr 28a Nowy Większy Chaośniejszy
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
podcast,
recenzja
piątek, 16 listopada 2012
Galaktyka w Ogniu
W każdej trylogii, nieodmiennie, w pewnym momencie pojawia się 3ci tom. A wraz z nim zamknięcie wątków wszelakich i czas wielkich zakończeń. Jednak należy pamiętać by zamykając te intrygi się za bardzo nie zagalopować, bo w końcu trzeba mieć jakieś punkty zaczepienia na wypadek gdyby "się jednak sprzedało". A tak trochę głupio zostać możliwości odcinania kuponów i żeby jakiś wagon albo dwa hajsu przejechały nam koło nosa.
Galaktyka w Ogniujest właśnie takim trzecim tomem trylogii otwierającej większy cykl opisujący Herezję Horusa. I z jednej strony daje punkty wyjścia do kolejnych opowieści, jak choćby "Ucieczka Eisensteina" (wersja PL jest niestety przesunięta na 2013 rok) ale z drugiej zamyka wątki rozpoczęte w Czasie Horusa i rozwinięte w Fałszywych bogach. Oczywiście w myśl koncepcji Black Library napisał ją kolejny autor i został nim Ben Counter.
To tyle tytułem wstępu.
Już sam tytuł tej książki daje dobry przedsmak tego co nas czeka. Horus coraz mniej się kryje z swoimi planami i coraz jawniej i głośniej o nich mówi. Legiony stają się coraz bardziej podzielone. Z jednej strony mamy marinsów idących za swoimi Prymarchami którzy to czują się zdradzeni/porzuceni przez Imperatora a z drugiej strony ich braci którzy pozostali lojalni dla Władcy Ludzkości. Następuje czas kiedy kompromisy przestają być możliwe i trzeba się zadeklarować po jednej bądź drugiej strony barykady i ponieść konsekwencje takiego wyboru. A wraz z nimi przychodzi oczywiście już otwarty konflikt i tytułowy ogień. Mam wrażenie, że autor przeniósł trochę środek ciężkości z Horusa który był dotąd głównym bohaterem na zwykłych legionistów na czele z Lokenem i innymi kapitanami wiernymi tradycyjnym wartościom.
O ile już w poprzednich tomach Marinsi dali się poznać jako wyprane z emocji narzędzia wojny to tu jeszcze poznajemy ich mroczniejsze oblicze - egzekutorów co jak się nad tym chwile zastanowić robi duże wrażenie. I drugo wojenne skojarzenia robią się jak najbardziej na miejscu. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami narodzin mentalności złych i rogatych marinsów z kosmosu.
Nie wiem na ile bogata jest wiedza czytelników tego bloga o wydarzeniach na Isstvanie III a nie chciałbym nikomu zepsuć zabawy ograniczę się zatem do ogólników. Horus w tym tomie upewnia się, że pod jego rozkazami zostają same maszynki zagłady gotowe na każdy jego rozkaz. A wobec tych którzy potencjalnie mogą się okazać mniej karni ma naprawdę okrutne plany które dzięki co niektórym jego sojusznikom poważnie się komplikują.
A w praktyce miałem wrażenie że pół książki się strzelają, bombardują, walczą i nadziewają. I choć opisy tych zmagań są całkiem sprawnie napisane to jednak momentami mogą nużyć z racji na ich częstotliwość. Ale to chyba taki urok grand finale w tym świecie - krew musi się lać. I wojną szpiegów tego nazwać się nie da. A co poza tym? Poznajemy lepiej Lucjusza dla którego inspiracją musiał być typowy szczur korporacyjny. Jest to bowiem postać równie dobrze pasując do Dilberta jak i do trzydziestego millenium - przynajmniej w zaproponowanej odsłonie. Generalnie kapitanowie różnych kompanii i różnych legionów ciągną tą opowieść do przodu więc siłą rzeczy poznajemy ale nie jakoś za bardzo bo oczywiści musi być czas na "pociski rozrywające pancerze wspomagane".
Jeśli chodzi o tłumaczenie to dla osób które przeczytały dwa poprzednie tomy w wydaniu Fabryki Słów zaskoczeń nie będzie. Mi bardzo odpowiada praca tłumacza i ja żadnych zastrzeżeń do jego decyzji nie mam. Choć pewnie znajdą się osoby które będą z mniejszym entuzjazmem na te kwestie spoglądać.
Nie da się ukryć, że książka jest najsłabszym tomem tej trylogii i momentami miałem wrażenie, ze ją ta epickość opisywanych wydarzeń ratuje. Po prostu autorowi zabrakło w paru momentach wyobraźni jak z tego potencjału który dostał w prezencie wyciągnąć coś mniej sztampowego i banalnego. A dodatkowo miał tego pecha, że jego poprzednicy naprawdę wysoko powiesili poprzeczkę i z historii o pozbawionych emocji mordercach w pancerzach wyciągnęli taki wątki które frapowały - przynajmniej momentami. On natomiast dostał moment gdy ci mordercy stają naprzeciw siebie i zrobił z tego festiwal fruwających łusek. Trochę szkoda nie wykorzystanego potencjału. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę dobrze się czyta bo dynamiki nie można jej odmówić a warsztat jest poprawny więc nie psuje odbioru.
Pomimo moich zarzutów książka dobrze wieńczy trylogię o początkach zdrady Horusa i uważam że ta jako całość jest pozycją obowiązkową dla wszystkich którzy choć trochę zauważają fluff w tej grze. Może teraz podpadnę wszystkim fanom xensów wszelkiej maści ale to właśnie Herezja i konflikt miedzy Horusem a Imperatorem są fundamentem tego świata a cała reszta to dodatki oczywiście często wręcz niezbędne ale dodatki. Zatem nawet jeśli człowiek aż tak się nie jara wydarzeniami z 30 millenium i nie zamierza czytać o wszystkich tych drobnych wydarzeniach o których z taką lubością rozpisują się aktualnie autorzy BL, to ta podstawowa trylogia nadal jest must-have.
A dodatkowo wydanie Fabryki tak ładnie wygląda...
Etykiety:
black library,
recenzja
piątek, 9 listopada 2012
Halo, halo...
... i po Halo Stars. Kolejną edycję szczecińskiego turnieju, który w tym roku miał rangę challengera, możemy uznać za zamkniętą. Przyznam się bez bicia, że z roku na rok coraz trudniej mi się pisze o organizacji tego turnieju bo ile można się mierzyć z próbą opisania prawie, że perfekcji. Postanowiłem, że w tym roku nie będę się nawet porywał na to i od razu poratuje się tysiącem słów znaczy się tą fotą autorstwa Fangira:
Marcin pędzi z parówkami by gracze mu przy stołach z głodu nie pomarli. Po prostu rzeźnia. Pefka, że o zasady lepiej się było pytać co bardziej ogarniętych sąsiadów a sędziówka znowu wywinęła numer czyli jakieś zastrzeżenia się znajdą. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przyznania Marcinowi oraz reszcie ludzi odpowiedzialnych za ten turniej młotka uważam za w pełni zasadny i jak najbardziej na miejscu.
Do Szczecina pojechałem z Demonami - po raz pierwszy grałem rozpiską z zauważalną liczbą Screamerów i muszę przyznać, że ta armia ma moc. Jak cholera konkretnie. I ku mojemu zaskoczeniu nawet za bardzo kości jej nie krzywdzą. Przynajmniej nie tak jak zwykły. Pewnie że nadal można zabić sobie kluczowe jednostki spadając sobie na głowę ale generalnie trzeba mieć duuużo niefarta by móc zrzucać przegraną na kości. Armia się zrobiła ciut bardziej przewidywalna no i ma dwie jednostki oderwane od rzeczywistości oraz bardzo dobre wsparcie dla nich w postaci Fateweavera. Jedyny problem, że aktualnie rozpiski demonów są równie różnorodne co miniony chaos.
Jednym z ciekawszych momentów turnieju były wyniki 3ciej rudny gier kiedy to okazało się, że wszyscy tegoroczni reprezentanci obecni na imprezie przegrali.
Skark z Bladym Krisem
Raca z b00giem
Piszczu z Michałku
i Vladdi z mną.
Chciałbym napisać, że poziom się wyrównuje i inne tego typu wymysły ale mam wrażenie, że był to raczej przypadek w którym Tzeentch maczał palce by zasiać w nas ziarno wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja była mocno nietypowa więc dlatego o tym wspominam.
Wracają z turnieju uświadomiłem sobie, że chyba to był pierwszy taki świadomy turniej na 6 edycję na którym grałem. Do tej pory ludzie oswajali się z nowymi zasadami próbowali z czym to się wogóle je. Natomiast teraz już było widać, że jest grupa graczy która już trochę na nowych zasadach powalczyła i ma już całkiem dobre wyobrażenie jak to działa i bazują na tej wiedzy składała rozpy i rozkiminiała bitwy. Słowem się dzieje jeśli chodzi o metę turniejową.
A ciąg dalszy jej rozwoju już niedługo w Koszalinie - gdzie już teraz gorąco zapraszam. Co prawda jeszcze tam nie byłem ale się wybieram sprawdzić bo zasłyszane opinię mówią, że zdecydowanie warto.
Marcin pędzi z parówkami by gracze mu przy stołach z głodu nie pomarli. Po prostu rzeźnia. Pefka, że o zasady lepiej się było pytać co bardziej ogarniętych sąsiadów a sędziówka znowu wywinęła numer czyli jakieś zastrzeżenia się znajdą. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przyznania Marcinowi oraz reszcie ludzi odpowiedzialnych za ten turniej młotka uważam za w pełni zasadny i jak najbardziej na miejscu.
Do Szczecina pojechałem z Demonami - po raz pierwszy grałem rozpiską z zauważalną liczbą Screamerów i muszę przyznać, że ta armia ma moc. Jak cholera konkretnie. I ku mojemu zaskoczeniu nawet za bardzo kości jej nie krzywdzą. Przynajmniej nie tak jak zwykły. Pewnie że nadal można zabić sobie kluczowe jednostki spadając sobie na głowę ale generalnie trzeba mieć duuużo niefarta by móc zrzucać przegraną na kości. Armia się zrobiła ciut bardziej przewidywalna no i ma dwie jednostki oderwane od rzeczywistości oraz bardzo dobre wsparcie dla nich w postaci Fateweavera. Jedyny problem, że aktualnie rozpiski demonów są równie różnorodne co miniony chaos.
Jednym z ciekawszych momentów turnieju były wyniki 3ciej rudny gier kiedy to okazało się, że wszyscy tegoroczni reprezentanci obecni na imprezie przegrali.
Skark z Bladym Krisem
Raca z b00giem
Piszczu z Michałku
i Vladdi z mną.
Chciałbym napisać, że poziom się wyrównuje i inne tego typu wymysły ale mam wrażenie, że był to raczej przypadek w którym Tzeentch maczał palce by zasiać w nas ziarno wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja była mocno nietypowa więc dlatego o tym wspominam.
Wracają z turnieju uświadomiłem sobie, że chyba to był pierwszy taki świadomy turniej na 6 edycję na którym grałem. Do tej pory ludzie oswajali się z nowymi zasadami próbowali z czym to się wogóle je. Natomiast teraz już było widać, że jest grupa graczy która już trochę na nowych zasadach powalczyła i ma już całkiem dobre wyobrażenie jak to działa i bazują na tej wiedzy składała rozpy i rozkiminiała bitwy. Słowem się dzieje jeśli chodzi o metę turniejową.
A ciąg dalszy jej rozwoju już niedługo w Koszalinie - gdzie już teraz gorąco zapraszam. Co prawda jeszcze tam nie byłem ale się wybieram sprawdzić bo zasłyszane opinię mówią, że zdecydowanie warto.
Etykiety:
młotki,
relacje,
scena turniejowa
środa, 7 listopada 2012
Battlescribe
I nagle, podczas któregoś z cyklicznych spotkań przy chmielu, Nathaniel wyskoczył z tytułowym Battlescribe'm. Czym prędzej zainstalowałem ten programik i muszę przyznać, że warto było. Sama aplikacja oczywiście nie zawiera żadnych plików z danymi pozwalającymi tworzyć rozpiski jednak linki do tych znajdziecie na końcu notki. Program testowałem w wersji na Androida ale dla posiadaczy innych systemów jest dobra informacja, że napisano go na wszystko łącznie z stacjonarnymi blaszakami.
Co prawda pierwsze kroki mogą wydać się ciut mało intuicyjne jednak gdy się je przejdzie to dalej jest już z górki i coraz łatwiej. Jest to w głównej mierze zasługa w miarę przejrzystego i czystego (czyli pozbawionego zbędnych wodotrysków) interfejsu oraz generalnej prostocie aplikacji. Prostocie której nie należy mylić z prymitywizmem bo wszystko co potrzebujemy jest, łącznie z możliwością duplikowania już raz wyposażonych oddziałów - idealne dla miłośników spamu. Jedyne czego tu nie ma to podglądu zasad do broni czy ekwipunku na etapie tworzenia rozpiski. Jednak jak już wygenerujemy wersję finalną to w niej, na końcu, znajdziemy całe dodatkowe info.
Biorąc pod uwagę cenę aplikacji czyli zero za w pełni funkcjonalną wersję pozbawioną jedynie funkcji Dice tools która jest miłym dodatkiem ale niczym niezbędnym, to na pewno warto ją przetestować. Jest bowiem spora szansa, że przypadnie Wam do gustu tak jak i mi. Jednym słowem - polecam.
No i wspomniane wcześniej linki które należy wprowadzić w "Manage data:"
http://www.randomhit.org/battlescribe_data/index40k.xml
http://dl.dropbox.com/u/565769/40kCatalogues/index.xml
Etykiety:
binarnie,
twórczość fanowska
czwartek, 1 listopada 2012
Sami powergamerzy ...
... i dobrze zaopatrzeni klimacierze odwiedzają ten blog. Przynajmniej tak można wywnioskować z odzewu na ten konkurs. W sensie, że był nikły. A książka czekała.
Oczywiście alternatywą jest jakieś facebookowe rozdawnictwo za polubienie statusu czy inny kretynizm tego rodzaju no ale proszę, ... szanujmy się. Książkę zatem postanowiłem wziąć do Szczecina i tam ją komuś przekazać drogą mniej lub bardziej losową na zakończenie tamtejszego turnieju klasy challenger czyli Halo Stars.
Szkoda, że nie udało się zebrać żadnych scenariuszy z wielkiej krucjaty - pokazalibyśmy Forgeworldowi jak to sę powinno robić ;). Ale może jeszcze, kiedyś. A póki co uciekam do lektury świeżo nadesłannej przez Fabrykę Słów "Galaktyki w ogniu" byście na jej recenzje nie musieli czekać tyle co na zamknięcie tego konkursu.
Oczywiście alternatywą jest jakieś facebookowe rozdawnictwo za polubienie statusu czy inny kretynizm tego rodzaju no ale proszę, ... szanujmy się. Książkę zatem postanowiłem wziąć do Szczecina i tam ją komuś przekazać drogą mniej lub bardziej losową na zakończenie tamtejszego turnieju klasy challenger czyli Halo Stars.
Szkoda, że nie udało się zebrać żadnych scenariuszy z wielkiej krucjaty - pokazalibyśmy Forgeworldowi jak to sę powinno robić ;). Ale może jeszcze, kiedyś. A póki co uciekam do lektury świeżo nadesłannej przez Fabrykę Słów "Galaktyki w ogniu" byście na jej recenzje nie musieli czekać tyle co na zamknięcie tego konkursu.
Etykiety:
black library,
konkurs
niedziela, 28 października 2012
Abbadon i jego wybrańcy
Dziś udało mi się zagrać 3 pierwsze bitwy korzystając z zasad rodem z nowego kodeksu chaosu i muszę się przyznać, że mi się podobało. Głównie dzięki temu, że grałem je na turnieju par i demony mojego współwyznawcy odwalały całą brudną robotę. Zatem zanim zacznę się mądrzyć na temat nowych rogatych marinsów odczekam chwilę by zagrać na więcej niż 800 punktów i raczej już samodzielnie by mieć lepszy materiał poglądowy.
Chciałem się jedynie przy tej okazji podzielić pewną myślą która powstała z oparów chmieluprzy okazji ostatniego spotkania piwnego a której współautorem był Nathaniel. Omawiając poszczególnych speciali z deksu CSM doszliśmy do Abaddona i jego zasady pozwalającej wystawiać Chosenów jako troopsy. I wydało nam się to mocno niedorzeczne przynajmniej patrząc na to od strony fluffu. Zawsze kapitan pierwszej kompanii Luna Wolves a potem Sons of Horus miał obstawę terminatorów. Jego zakon miał jako jeden z pierwszych jak nie po prostu pierwszy dostęp do pancerzy terminatorskich i z entuzjazmem z tego korzystał. I to właśnie Abaddon z zapałem im przewodził. Zatem dlaczego to nie właśnie terminatorzy nie są jego ulubioną jednostką przenoszoną do troopsów a jacyś pseudo-wybrańcy? Nie potrafiliśmy sobie tego wyjaśnić.
Inna sprawa, że taki rogaty Deathwing miałby pewnie całkiem nie małe wzięcie. Fajne, ekonomiczne i całkiem grywalne. Gdyby jeszcze można było to spakować do czegoś pojemniejszego niż tylko zwykły landek to już wogóle była by petarda, ale to już temat na zupełnie inną notkę...
Etykiety:
kodeksy,
myśli ulotne,
nowości GW
środa, 24 października 2012
First Blood czyli czy ktoś wołał doktora?
Nadaje Michu. Dzisiaj będzie o turnieju. Niestety tym razem ilość zrobionych zdjęć jest pomijalna, więc nie wykręcę się sianem jak zwykle i zamiast opowieści obrazkowej, relacja prozą. Poza tym, wypada coś napisać zważywszy na niecodzienne wydarzenia jakie miały miejsce. Ale od początku.
W ostatni weekend miałem przyjemność gościć w stolicy polskiego winiarstwa na pierwszym, trafnie nazwanym First Blood, czelendżerze w Zielonej Górze. Dotrzeć z Poznania nie było wcale tak łatwo jakby się mogło wydawać. Wraże siły rzuciły przeciw nam mgły gęste niczym 5-edycyjny night fight - na szczęście farseer eM za kółkiem zdołał przewidzieć wszystkie wyskakujące niespodzianie maszyny rolnicze i dojechaliśmy bez szwanku. Wydaje się, że w dziedzinie przewidywania ruchu ulicznego Rudzik musi się jednak podszkolić :)
Przywitała nas miejscówka wielce przyjemna. Miejscowe władze postanowiły zrewitalizować niewielki poprzemysłowy budynek, praktycznie w centrum miasta, i oddać w ręce wszelkiego typu darmozjadów i wichrzycieli pokroju stowarzyszenia winiarzy czy klubu fantastyki Ad Astra, którego byliśmy gośćmi. Sala klimatyczna, choć trochę zbyt gorąca jak na mój gust, z drewnianymi podporami dodającymi charakteru, w sam raz na 30-40 osobowy turniej. Organizatorzy zadbali o nas i po krótkiej walce z sędziówką (takie frycowe każdy org zapłacić musi) zostaliśmy wyposażenie w zgrabne książeczki oraz gadżet w postaci pendriva. Graczy było mniej niż się spodziewano ale więcej niż obawiano, więc status turnieju został utrzymany a jednocześnie było kameralnie i przyjemnie. Zza okien przebijało słońce przypominając nam, że nie jest do końca normalnym grać w plastikowe pamperki przy tak pięknej pogodzie.
Kilka słów o grach. Miałem demony, rzekłbym ostatnimi czasy standardowe, z małymi usprawnieniami: Fateweaver, Bloodthirster, 3xFlamery, 3xScreamery, 5xHorrory, w tym jedna 9 i jedna ikona plus bolty. Wszystko to wzbogacone o trening mentalny w postaci mantr - "FT po drugiej turze może odpocząć", "Wraithy to tacy marinsi tylko łatwiej ich zobaczyć", "5 boltów, BT i FT to 2 flyery na ziemi na turę". Dodatkowo miałem też przygotowaną strategię turniejową: w pierwszej bitwie bęcki od necronów i skryty atak na pudło drugiego dnia. Niestety, nie wszystko wyszło.
W pierwszej bitwie czelendż z Adrianem i jego wraitwingiem. Bez rogali więc gra uczciwa, chociaż ostatnim razem jak graliśmy Szwagrowi zabrakło 1 figurki do stejblowania mnie. Tym razem jednak FT postanowił nie ginąć w pierwszej turze w przeciwieństwie do niejakiego Oberona (biedak będzie miał do mnie uraz - patrz druga bitwa), horrory zostały w warpie do 4 tury, ja odkryłem zasadę Smash a Adrian został fetyszystą cyfry 2 na kostkach. Koniec końców 18-2 plus karniaki za przedłużanie (skoczyliśmy po piwo przed bitwą). W międzyczasie uczestniczyłem w zabawnej scenie przekonywania sędziego, że necroni nie mają zrobionych podstawek, gdyż symbolizuje to teleportację :)
No i po pierwszej bitwie plan się zepsuł. W dodatku krwawej pomsty na Szwagrze zamierzał dokonać Afro. Tutaj rogale i bilans bitew dla mnie równie niekorzystny. Na szczęście Tzeentch pomyślał za mnie i nie pozwolił wystawić w pierwszej turze tego co chciałem. W drugiej turze wylądowałem necronom na plecach i tylko zobaczyłem przelatujące nad głowami rogale. Para Oberon&Zandrek wystąpiła w komplecie, jednak znowu nie dane mi było poznać ich zasad... W rezultacie szło mi tak dobrze, że z emocji zacząłem popełniać błędy a Afro cisnął horrory nieustannie i gdyby gra się nie skończyła byłoby krucho. Ale było inaczej i 20:0 dla mnie.
Trzecia bitwa to Typhus i miliard wilków w Drop Podach. Scenariusz to anihilacja więc raczej stawiałem na wygraną ale to co się stało przeszło moej oczekiwania. To jest naprawdę fatalny matchup dla dropowych marinsów. Naprawdę. Spadają strzelają, giną. Spadają strzelają, giną. Szkoda gadać - z tego naprawdę nie szło wiele ukulać. Chociaż Typhus starał się mnie zjeść psychicznie wyzywając mnie od 4 murzynów a siebie portretując w postaci nastoletniej dziewczynki. Szczegółów oszczędzę :) 20:0 dla mnie.
Trochę odpoczynku i afterek. Jako, że spaliśmy na wspólnej
sali postanowiliśmy oszczędzić sobie higieny tym razem i od razu
uderzyliśmy do knajpy. Wszystkiego 500 metrów, a za przewodników
mieliśmy starszą część Ad Astra, którzy mimo iż niefigurkowi,
dbali abyśmy się dobrze bawili za co chwała im. Lord Malcolm,
planszówki i Karkówa jedzący pizzę jak małą kanapeczkę umiliły nam wieczór skutecznie.
Rano Krysiak i IG z Null Zone i Gate of Infinity. Znów nie ta połowa i tym razem nie do końca było to dobre. FT zginął co prawda ale uczciwie zastrzelony po tym jak zrobił swoje pozwalając wytrwać Scremerom. Tutaj największe podziękowania dla mojego ulubionego sędziego Jacka za uświadomienie, że Null Zone nie działa na covery :) Gwardziści mieli świetne morale w tej bitwie, tak świetne, że szarża z granatami na BT wydawała się dobrym pomysłem. Nie był to jednak pomysł najlepszy i 14:6 dla mnie. Różnie być mogło bo przeciwnik kminił dobrze. Pozdrowienia dla Towarzyszki Krysiaka, która umilała mi czas rozmową, kiedy on liczył tysiące kostek z lasganów:)
Ostatnia bitwa to znowu necroni. I to w osobie Karkówy więc musiałem z wałowaniem przystopować bo żartów nie ma... Chociaż tak naprawdę było wesoło raczej i śmiesznie. Scenariusz wybitnie remisowy, więc pozwoliłem sobie tak zagrać. Okazało się, że Karkówa nie rzucał sejvów, ja nie rzuciłem tej połowy co chciałem (co znowu wyszło na plus...) i koniec końców 12:8 dla mnie. Karkówa obiecał rozpocząć flejma o demonach...
Okazało się, że pierwsze miejsce. Było buczenie i gratulacje, za które wszystkim serdeczne dzięki. Jedną z najbardziej trafnych analiz jest uwaga Chrobrego, że prawdopodobnie znam zasady tak jak zwykle ale inni po prostu równie słabo. Nie do końca dobrze mimo wszystko czuję się w postaci enfant terrible czterdziestki. Obiecuję poprawę i spróbuję namówić starego Micha na powrót do czterdziestki.... A do Zielonej Góry następnym razem pojadę na pewno - było mowa o grillu i zmianie terminu więc mam nadzieję, że spotkamy się w szerszym gronie. Chłopaki z ZG zdaję się jeszcze namieszają. Czego im i nam życzę.
Etykiety:
Michu,
relacje,
scena turniejowa
poniedziałek, 22 października 2012
Plastikowy progres
Na tą ostatnią niedzielę miałem ambitny plan skleić wszystko czego mi brakuje do Demonów by się stały w końcu takie 6 edycyjne, czyli standardowe do reszty. Jednak zanim miałem możliwość wyciągnąć wypraski oraz superglue moja Żona zarządziła spacer. Co biorąc pod uwagę aurę wydawało się jak najbardziej sensownym pomysłem, w końcu następny spacer plażą w krótkich spodenkach grozi mi w przyszłym roku najprawdopodobniej.
Na spacerze mieliśmy towarzystwo w osobach lepszej połowy Piszcza oraz jego samego i dość szybko wyklarowały się zajęcia w podgrupach gdzie my wraz z wspomnianym kolegą omawialiśmy tematy między innymi 40kowe w tym np. jakość plastików z ostatniej podstawki. Piszczu wyraził swój zachwyt możliwościami GW w tym zakresie ja grzecznie przytknąłem bo swoich kultystów ani Hellbruta jeszcze nie ruszyłem i płynnie przeszliśmy do innych zagadnień jak np to:
Po powrocie do domu dorwałem się do Scremerów i muszę przyznać, że zaocznie przyznałem rację Piszczowi bo to co nasza ukochana firma wyprawia ostatnimi czasy z plastikami to dla mnie jest obłęd. Sklejanie tego to sama przyjemność. Zwłaszcza, że pomimo iż od tego minęło pewnie z 9 lat ale cały czas doskonale pamiętam jak się męczyłem z jeszcze metalowymi płaszczkami a konkretnie ich ogonami. To był jakiś koszmar i bez Green Stuffu nie poradziłbym sobie z tym zagadnieniem.
A teraz części od groma dzięki czemu mogą się różnić od siebie występując nawet w większej ilości. Wszystko pasuje do siebie idealnie. Po prostu modelarska rozkosz. Jedynie nie wykminiłem jaki jest pomysł GW na mocowanie ich do tych przezroczystych patyczków. Bo chyba nie klejenie? Jest to wybitnie słaba opcja logistyczna. Na szczęście wygrzebałem jakieś magnesy które ucięły moje dylematy.
Nie będę oryginalny stwierdzając, że nie jestem fanem podwyżek cen za modele. Jednak w momencie gdy ich jakość rośnie w dość dynamiczny sposób ostatnim czasy to chociaż łatwiej mi je przełknąć. Choć najchętniej życzyłbym nam wszystkim by dynamika od jakości była jedyną w tym całym procesie ale to chyba nam nie pisane.
Etykiety:
nowości GW,
ukochana firma
środa, 17 października 2012
It's time to say good bye...
... Lostom i Przęklętym. Odruchowo chciałem napisać niestety ale chyba jednak tak źle nie jest i raczej stety.
Nie da się ukryć, że dla mnie osobiście to była wielka przygoda najpierw współtworzyć ten kodeks a potem z niego na tylu turniejach korzystać, czasami nawet z jakimiś fajnymi rezultatami. Ale jeszcze fajniejsze były dla mnie spotkania z innymi graczami którzy uznali ten armylist za kuszący i wart czasu oraz figurek. Jednak nie oszukujmy się zbyt często okazji do takich spotkań nie miałem bo armia mimo dobrych recenzji w różnych rozmowach furory nie zrobiła. Choć wydaje mi się, że na jak armie nieoficjalną i tak fajnie zamieszała. W dużej mierze dzięki wszystkim tym organizatorom imprez którzy nie mieli obiekcji i dopuszczali to dziełko za co w tym momencie bardzo (Bardzo, Bardzo) chciałem podziękować. Myślę, że sporej grupie osób daliście nie mało radości bo nie tylko heretykom ale również ich przeciwnikom którzy mieli okazję zagrać z czym innym niż jakiś kolejna xero rozpaz 3+ w roli głównej.
Zawsze uważałem, że na pełen obraz Chaosu w tej grze składają się 3 elementy - demony, rogaci marinsi, oraz hereteycy i inni kultyści. I przez całą 5 edycję GW skupiło się na dwóch pierwszych absolutnie nie przejmując się tym trzecim. A deks LatD miał za zadanie uzupełnić tą lukę. Jednak teraz gdy wyszedł nowy chaos a wcześniej GW zrobiło z aliantów normalną zasadę 6 edycji nie ma już takiej potrzeby i Lości stracili sens jako niezależny a i przy okazji fanowski byt.
Nie dość, że są wreszcie kultyści to jak komuś mało może wziąć gwardię w roli sojuszników. Oprócz tego są demony jak potencjalny wybór. A można też i ominąć wybieranie CSM i od razu mieszkańców warpu połączyć z nawróconymi Cadiańczykami. Jak widać opcji jest całkiem sporo i jest w czym wybierać. Myślę więc, że z spokojem i czystym sumieniem organizatorzy mogą zacząć wykreślać z listy armii dopuszczanych na swoich turniejach LatD.
Na koniec jeszcze raz chciałem podziękować wszystkim którzy przyczynili się do sukcesu tej broszurki. Było zacnie! :)
Etykiety:
myśli ulotne,
scena turniejowa,
twórczość fanowska
poniedziałek, 15 października 2012
Podcast nr 27 Herald Zapomnienia
Zdaję sobie doskonale sprawę, że aktualnie tematem nr jeden w wszystkich pogaduchach 40kowych jest nowy chaos. I nie da się ukryć, że jest o czym gaworzyć bo kodeks pomimo braku cudownych oddziałów - przynajmniej na pierwszy rzut oka, ma sporo grywalnych opcji. Albo po prostu całkiem skutecznie robi takie wrażenie.
Jednak zanim uda się nam z Michem nagrać coś sensownego na ten temat i przygotować jakiś podcast to chcieliśmy zaproponować inne nagranie, mianowicie o drugim gamebooku od Black Library czyli o dziełku pt. "Herald of Oblivion"
Podcast nr 27 Herald Zapomnienia
Zapraszamy do odsłuchu.
Etykiety:
black library,
podcast
wtorek, 9 października 2012
Toksyczne turnieje
Bez większych wstępów "przekazuję klawiaturę" mojej Żonie.
Jakiś czas temu obiecałam Łysemu (tak zdaje się go zwą w "towarzystwie"), że napiszę posta takiego z punktu widzenia żony gracza. Można powiedzieć o wielu aspektach. Ale ostatni przygotowania do wypraw na turnieje pozwoliły mi zawęzić tematykę.
Niebezpieczne związki czyli czas przygotowań.
Mojego męża i turnieje łączą trudne relacje. Było tak od momentu gdy te turnieje pojawiły się w jego życiu (jak i moim).
Jestem zaniepokojonym obserwatorem jak ich toksyczny związek, pełen miłości i nienawiści, niewymownej tęsknoty jak i wzajemnego sobą zmęczenia, rozwija się, ewoluuje.
Kiedy się poznaliśmy nic nie wiedziałam o tym jego drugim życiu. Zajęta swoimi sprawami nie zauważyłam jak wkraczają w nasze życie. Na początku, z pewną nieśmiałością (te drobne nieobecności okraszone stęsknionymi do mnie powrotami), potem już brutalnie- z turniejowym smrodkiem i tabunami wszędobylskich pamperków, rzeszą gąbek, kartoników, farbek i pędzelków….
Za każdym razem patrzę jak mój mąż się miota, targany sprzecznymi uczuciami w matni tej trudnej miłości. I aż serce się kraje.
Związek z turniejem ma trzy główne etapy:
1. Wyparcie
Więcej kurwa nie jadę na żaden turniej do .... ( tu wstaw dowolną nazwę miejscowości z turniejem, który odbywa się więcej niż 40 km od domu). Dojazd męczący, znowu dostałem wpierdol (ale nie, on nie jeździ na turnieje pograć tylko ludzi spotkać ), spanie było do dupy, jedzenie tez bo ile można kurwa pizzę żreć, picie już go nie kręci (skąd te przerwy w rzeczywistości?). No generalnie do bani. Nie jedzie więcej i basta.
2. Gdy nałóg atakuje- Nadchodzi turniej. Zawsze jest jakiś.
Wiesz, jest turniej w... ( tu wstaw dowolna nazwę miejscowości z turniejem, który odbywa się więcej niż 40 km od domu). Ale zastanawiałem się i nie jadę. Trochę się wahałem, bo *ciekawe zasady, mam nową rozpiskę, nowy kodeks, Adam Kowalski będzie, bo chłopaki chyba jadą, bo tak ( *niepotrzebne skreślić ), ale jednak nie jadę.
3. Ciemodannoje nastrojenie (takie ruskie reisefieber)
Zaczyna przeglądać kodeksy, wzdycha, przekłada pamperki, pojawiają się tajemnicze nowe blistry- knuje coś. I tak miesiąc przed turniejem zbiera się w sobie: Wiesz co, ja pojadę jednak na ten turniej!
Tak! On po ciężkich dywagacjach i długim namyśle doszedł do wniosku. A mógł mnie zapytać. Zaoszczędzilibyśmy sobie tych powarkiwań znad paćkanych na ostatnia chwile figurek, tych nerwów i nieprzespanych godzin gdy jakiś landek się zawieruszył...
Mógł spytać, przecież ja już po ostatnim turnieju umówiłam się z żonami równie nie jadących jego kolegów na szoping i kawę, bo chłopaki na turniej nie jadą.
No więc jedzie. Pełen wypełniającego go wewnętrznego FUJ kupuje bilet na pociąg/autobus. Marudzi jakie to bez sensu bo ten pociąg/ autobus jedzie za wcześnie albo za późno albo za daleko. Pakuje się i sapie bo jednak może kupi te walizki, co to on je od 10 lat kupuje, bo tak to już nieporęcznie jest. Potem mamroce coś, by godzinę przed wyjściem z domu do mych uszu dotarło "Ja pierdole, kurwa, jak mi się tam nie chce jechać !!!"
To jest trudna miłość. Toksyczna. Pełna sprzeczności. Ale staram się. Jestem kochająca, wspierająca i rozumiejąca. No generalnie jestem "ąca". Minęło tyle lat...
Tylko wiecie co? On tak zaczyna mieć tak z biegami. I ja tam tez jeżdżę. No i"ącość" tam nie daje rady.
Jak żyć, jak żyć?
Etykiety:
myśli ulotne
sobota, 6 października 2012
Za rok markery będą większe, czyli fotorelacja z Areny 2k12
Nadaje Michu. W zeszły weekend mieliśmy przyjemność z Łysym być na krakowskiej Arenie. I tym razem była to przyjemność, gdyż nawet niezbyt szczęśliwe połączenia komunikacyjne nie zdołały popsuć ogólnego wrażenia. Mniej osób niż zazwyczaj zdaje się tylko na dobre wyszło turniejowi i może wypada się zastanowić na formułą "mniej a częściej". To jednak temat na kiedy indziej, dzisiaj relacja w postaci zdjęć, stosownym komentarzem opatrzonych. Link do galerii poniżej:
P.S. Sponsorem galerii jest Eman, którego nieobecność w czwartej bitwie pozwoliła mi na przypomnienie sobie, że zabrałem jednak ze sobą aparat...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















