wtorek, 19 czerwca 2012

Łabędzi śpiew w wielkim stylu, czyli relacja i zdjęcia z Battle Cannona 2012


Michu pojechał zobaczył i podbił podium. A w międzyczasie oddawał się również innym uciechą turniejowym. Na szczęście w międzyczasie znalazł chwilkę dla migawki w swoim aparacie, a zaraz po powrocie również dla klawiatury. Efekt tego komba poniżej.

Nadaje Michu. Właśnie dochodzę do siebie po ostatnim weekendzie. Przy dobrych wiatrach i opiece małżonki powinno mi to zająć nie więcej niż 3-4 dni. Z wiekiem muszę przyznać, że jest coraz gorzej – na szczęście wesołe poczynania Łysego dają mi pewną nadzieję, że to jednak przejściowe. Wszystko oczywiście przez Chłopaków z Olsztyna i Marcina B. Drugi z wymienionych przyniósł sobotnim wieczorem wódkę jak pamiętam, a pierwsi zoorganizowali jak zwykle wyśmenitą czterdziestkową imprezę czyli master Battle Cannon. I właśnie o turnieju będzie dziś kilka słów i parę zdjęć, przy czym tych drugich zdecydowania więcej pod linkiem, który znajdziecie na końcu.


Sorry hombre, no speaking inglese! Czyli mój pierwszy przeciwnik w postaci wąsatego szwagra imitującego meksykanina.


Olsztyński turniej z roku na rok zdobywał sobie renomę gwarantując dobrą zabawę i udane rozpoczęcie sezonu. I w końcu zaowocowało to skokowym zwiększeniem frekwencji – lista rezerwowa była momentami kilkunastoosobowa. Kto się nie dostał niech żałuje. Ja żałuje, że w poprzednim roku nie dałem rady bo niestety był to ostatni turniej w Olsztynie – przynajmniej w tym składzie organizatorskim – drenaż mózgów jest niestety nieubłagany, a orgowie będą odtąd pomagać, mam nadzieję, w innych miastach.

Do bezsprzecznych zalet turnieju należały: słońce, Trójkąt Śmierci (sala, knajpa, akademik w zasięgu 2 minut piechotą), sala idealna na 60 osób i zasady. 1300 punktów i zakaz dublowania były według mnie znakomitym pomysłem. Prawda, że nie do końca spełniały swoje założenia, to znaczy nie we wszystkich armiach pojawiła się większa różnorodność, jak na gildiowym forum słusznie zauważył Vladdi, niemniej osobiście wydaje mi się, że było warto trzymać się tego regu.

Ki diabeł? Wieczór panieński?.

Sam też postarałem się sklecić coś innego niż do tej pory. Założyłem sobie, że pożyczę Storm Ravena i nie ważne co będzie dodatkowo to on jest w rozpie – po prostu dlatego, że nigdy nim nie grałem.  Po długich dywagacjach skleciłem rozpiskę i dumny z siebie wysłałem do Łysego. Tenże nie zostawił na niej suchej nitki, bo pomimo, że była poprawna i na dobre punkty to tylko tyle dało się o niej pochlebnego powiedzieć. Z perspektywy czasu widzę, że była to święta racja i następnym razem też będe się konsultował. W rezultacie wykminiłem co następuje:

Storm Raven
Libra
Prist z LC
3 składy Assaultowców (3 fisty, 2 melty)
2 razory (LasPlas i TLAssC)
Rhinos
Predator
Baal
Furioso

Grało mi się tym śmiesznie, wyśmienicie i nie zmieniłbym tu nic. Ku zaskoczeniu myślę wszystkich, ze mną na czele, udało mi się zająć 3 miejsce. Dużo w tym farta było, co przyznaję bez bicia – bo o ile zdarzało się, że cegła spadała od piewszego pierdnięcia, to w kluczowych momentach spadała od ostaniego strzału, jak w bitwie ze Skarkiem, albo i wogóle, jak z Jacobem. Pomagali też przeciwnicy bo wspomniany Skark powiedział mi jak mam z nim wygrać, a mi pozostało się z nim po prostu zgodzić – to się nazywa fair play . A sama rozpa jest po prostu myślę całkiem optymalna ale tylko na tak małe punkty.
Moim osiągnięciem bezsprzecznie  jest tylko jedno – że rano w niedzielę podniosłem się z łóżka, ostatkiem sił dotarłem na turniej i zagrałem. Bo byłem naprawdę niewiele od sławetnego „turnieju nie ukończyli”.  I dziękuje Vladdowi, że pokonał mnie w pierwszej niedzielnej bitwie w świetnej atmosferze, uwierzył moim zapewnieniem, że zrobię wszystko aby nic z siebie nie wydalić na figurki, przełknąl wszystkie ordynarne wały jakie po pijaku próbowałem sprzedać (28 cali storm rejvenem – ale przyznaję, że trochę na oko poleciałem) i pozwolił mi unieść cenne 4 punkty. Pozostali moi przeciwnicy byli równie sympatyczni  i mam nadzieję, że bawili się równie dobrze jak ja.

Na turniej zabłądziło kilka wysoce podejrzanych indywiduów.


Na szczęście wszystkiego pilnowała amerykańska policja – tutaj akurat jedząca najprawdopodobniej pączki.


Na koniec jeszcze raz wypada podkreślić - jest naprawdę niefartownie, że tak świetny turniej wypada z przyszłorocznego kalendarza. Może ktoś w najbliższym czasie odbuduje olsztyńskie środowisko?  Oby. A wszystkie zdjęcia pod poniższym linkiem.


P.S. Udało się nagrać wywiad ze Skarkiem w kontekście ETC więc lada chwila spodziewajcie się świeżych informacji w formacie audio.

8 komentarzy:

  1. ^^ Zgadzam się, genialne :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestę recenzentę ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Łysy w koszulce Sztabu... jestem z Ciebie dumny ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo pewnie zapomnial tej z Pomorskim Gryfem :-D

    Nath.

    OdpowiedzUsuń