... czyli po Wojnie Światów. Szczerze mówiąc jeszcze nie odespałem tego turnieju i towarzyszących mu nocnych atrakcji ale postaram się dziś skrobnąć parę przemyśleń związanych z samymi bitwami które mi się nasunęły po ciężkich bojach. Dla zwiększenia czytelności uporządkuje je w punkty ale jeszcze dla przypomnienia podam rozpiski moją i Jacha czyli mojej "pary":
Jachu (IG):
junior i 3 flamery
2x sws 3 flamery
2x 5 vetsów z 3 meltami
3x plutony:
junior i 3 flamery
2x oddzialy z flamerem
remnanci z, surprise surprise, flamerem
3 kury z ciezkimi flamerami i improved comms
ja (DA):
Kapelan 3W motor fist
5 taktycznych melta fist pod
5 taktycznych melta fist pod
6 bajkow melta fist flamer + AB z MM
6 bajkow melta fist flamer + AB z MM
1. Kill pointy. Wyznaczały zwycięzcę w dwóch misjach i obie z kretesem przegraliśmy ale też nawet nie próbowaliśmy jakiejś zachowawczej gry po prostu z góry wliczyliśmy masakry w koszta. Nie da się ukryć, że tną one równo z murawą koncepcję błota i trawy i trzeba o nich pamiętać składając rozpiskę na turniej gdzie będą grane.
2. Outflank. Na dużym stole jest mocno przereklamowany. Zwłaszcza jeśli się chce wchodzić całą armią czy nawet połową z bocznych krawędzi. Przeciwnik się trzyma środka i śmieje się nam w twarz. Jeśli już to tylko jakieś delikatne siły które mogą postraszyć. Z outflankiem jest jeszcze jeden ból bo oddział niedość, że nie wiadomo kiedy się pojawi to też miejsce wyjścia jest tajemnicą. Niby przy deep strajku jest podobnie ale tam rozrzut jest jednak "ciut" mniejszy.
3. Palniki w ilościach hurtowych na gwardzistach to samobójstwo. Rzadko kiedy uda im się wypalić na tyle przeciwnika by nie miał kto im oddać. A ktokolwiek im odda to robi im wiadomo z czego jesień średniowiecza. A jeszcze by lądować 10 modelami z DS pod kątem strzelania z flamera trzeba poza mega tanimi jednostkami (nadal wartymi 1KP) mieć po prostu dużo spokoju wewnętrznego lub skłonności do szaleństwa.
4. Dark Angelskie troopsy bez speciali są naprawdę słabe. Mało opcji uzbrojenia/wargearu, pody po 50 punktów. Co prawda nadal są to marinsi więc coś tam potrafią ale nie zmienia to faktu, że przy aktualnym nacisku na troopsy to posiadania jednego średnio konfigurowalnego wyboru mocno wpływa na siłę lub raczej jej brak armii. Ale nadal lepiej tak niż u Necronów :).
5. Melty. Na tym turnieju absolutne must have na wszystkim co mogło je mieć. Ilość Land Raiderów na tegorocznej WŚ była przerażająca. A w zdecydowanej większości z nich siedzieli jacyś psychopaci do walki wręcz. A żeby zrobić jedną penkę na landku trzeb 9 strzałów z BS'em 4. I to w otwartym terenie. Skuteczną alternatywą dla strzelania choć nie tanią jest Bloodthirster.
O ile z względu na bliskość nowego kodeksu gwardii który wszystko wywróci do góry nogami jakoś szczególnie tej armii nie analizowałem o tyle aktualny Ravenwing osobiście bardzo mi się podoba. Scout move plus okradziona hurtownia melt daje spory straszak na landki i inne klocki żelaza zwłaszcza przy aktualnych zasadach rozpoczynania. I nawet nie do końca działający outflank nie psuje mojego entuzjamu. W naszym teamie na DMP już sobie zaklepałem slot speciala dla Samaela na motorze odrzutowym.
wtorek, 31 marca 2009
wtorek, 24 marca 2009
"Czas..." - trylogia
Przy okazji tegorocznej Wojny Światów podobnie jak w poprzednich latach byłem odpowiedzialny za działania wizerunkowe pod postacią trailerów. I o ile poprzednio każdy był zajawką powstałą pod wpływem nastroju, czasu i miejsca to tym razem postanowiłem że będą stanowiły jakąś całość. Linki do "produkcji" w ramach tego cyklu można co prawda znaleźć w stosownych tematach na gildii czy GV ale i tak postanowiłem je zebrać tutaj w całość. Coś na kształt Trej - colected visions ;).
Czas przygotowań
Czas rozpisek
Czas drogi
Czas przygotowań
Czas rozpisek
Czas drogi
Etykiety:
scena turniejowa,
twórczość fanowska
niedziela, 22 marca 2009
Black Audio
Dawno temu przynajmniej stosując się do standardów internetowych pisałem tutaj o soundtracku do książki Dana Abnetta pt. "Traitor General" będącej kolejnym tomem cykla o Duchach Gaunta. W tamtej notce nawet podałem adres strony autora tej muzyki - Johna Bergin'a. Ostatnio wszedłem na nią ponownie i ku mojemu zaskoczeniu wspomniana płyta znajduje sie na niej za darmo w formacie mp3 w stosownym dziale czyli music archive. Nie za bardzo się czuje w pisaniu o muzyce więc ograniczę się do stwierdzenia, że gatunkowo to można określić jako industrialny ambient z momentami przyspieszenia. Or something.W bezpośrednim sąsiedztwie tej płytki są linki do innych produkcji o tak zachęcających tytułach jak Terra Null czy Terra Damnata. Jeśli ktoś potrzebuje więc muzyki na sesję Dark Heresy czy jako tło bitwy czy też po prostu jako towarzystwa do lektury książki z Black Library to polecam.
A trafiłem ponownie na tą stronę zainspirowanym tym tematem na forum Glorii Victis. Trzeba przyznać, że zebrano w nim całkiem sporo ciekawego info o muzyce inspirowanej 40ką. Polecam wszystkim kliknąć by chociaż tylko wyłapać autorów czy tytuły płyt.
Wracjąc jeszcze do Traitor General OST to żałuję jedynie, że nie doczekaliśmy się takiego soundtracku inspirowanego którymś tomem czy całością cyklu Horus Heresy. Ale ponieważ ten cykl jest oczkiem w głowie działu marketingu z Black Library może jeszcze nie wszystko stracone a póki co dla uzależnionych słuchawek i innych audiofilii pozostaje audiobook - Dark King and The Lightning Tower.
Etykiety:
binarnie,
black library
Binarne mutacje

Jak widać wokół, trochę poprzerabiałem tego bloga na czele z kolorystyką i belką tytułową. Ale choć te zmiany są najbardziej widoczne to jednak nie są one najważniejsze bo do tych zaliczam - uwaga:
taa-daaam
ko-men-ta-rze !!!
widoczne już na stronie głównej.
Nie wiem jak mi się to udało ale skorzystałem ze statusu słomianego wdowca w ten weekend i postanowiłem klikać do upadłego aż je wyklikam. I nie ukrywam, że jednak ku mojemu zaskoczeniu ale się udało.
Drugą nowością jest panel osób obserwujących który postanowiłem wyeksponować bo
a.) ktoś zaczął tego bloga obserwować
b.) może to zachęci innych
c.) tak jest bardziej społecznościowo czy web 2 zerowo ;)
Mam nadzieje, że to jeszcze nie koniec mojej walki w dziedzinie technikali ale doba się nie chce rozciągnąć a jednak najważniejsze dla mnie jest regularne pisanie kolejnych notek bo jakby nie było to jest istotą prowadzenia bloga. Liczę jednak że to jeszcze nie koniec zmian i mutacji.
W końcu dodatkowa macka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Tym bardziej jeśli składa się tylko z zer i jedynek.
Etykiety:
technikalia
sobota, 21 marca 2009
Zakład
Na ostatnim lokalu w Poznaniu oprócz spotkania z Armią Śmierci o którym już na tym blogu wspominałem, miałem też okazję zagrać z inną brygadą kafarów biegnących do walki wręcz w power armourach tyle, że szarych. Z Wilkami znaczy się.
I po tej bitwie oczywiście naszło mnie refleksji na temat kodeksu Space Wolves czy raczej broszury będącej dodatkiem do dawno zapomnianego kodeksu marinsów którego pewnie sporo graczy aktualnie bywających na turniejach nie miała nigdy okazji zobaczyć na żywo. Temat SW i dostosowania ich podręcznika do aktualnych zasad wraca niczym bumerang zarówno w rozmowach graczy jak i na forach dyskusyjnych. Choć przewija się pogląd, że najłatwiej a może i najlepiej byłoby nie dopuszczać wilczych watach do turneji to póki co miłośnicy sierści i kłów mogą spać spokojnie bo jednak na wszystkich turniejach można grać wilkami i to w dodatku korzystając z pełnego zakresu dobrodziejstw aktualnego kodeksu Space Marines. I to płacąc za nie stare punkty jak to ma miejsce m. in. w przypadku Storm Shielda.
To połączenie kodeksów które dzielą dwie edycję i kilka(naście ?) lat obfituje w różnej maści potowrki. Na przykład wilkowe atak bajki mają kontr szarże oraz combat tactics. Zresztą jako jedyne w tej armii mają CT. Z kolei ich bohaterowie biorąc odpowiednie zabawki mają więcej ataków zaszarżowani niż w szarży. I tak można mnożyć różne wyzwania dla logiki i balansu powstałe po zmianie C:SM.
Space Wolves są jednym z najciekawszych zakonów w tej grze i ich podręcznik przez długi czas pozwalał tworzyć bardzo fajne i grywalne rozpiski które pomimo dużego stężenia 3+ sejva trudno było podciągnąć pod zwykłych marinsów. Jednak kiedy teraz gram czy rozmawiam o wilkach mam gdzieś tam z tyłu głowy poczucie obcowania z grubym wałem. Po prostu jak widzę aktualne SW które łączą nowy (w sensie działania) wargear ze starymi kosztami i do tego dokładają swoje zabawki które były wycenianie w zupełnie innych realiach to coś w mnie krzyczy Nieeee. Ale może to jest spowodowane moim materiałem genetycznym ;) bo w końcu moje dwie pierwsze armii do 40ki po powrocie do tej zabawy to obie z którymi wilki miały i mają kosę (TS i DA). Ale gdyby to od mnie zależało to pewnie na Wojnie Światów by nie było dopuszczonych wilków. Rozumiem, że ludzie grający wilkami nie po to zbierali właśnie tą armię by się przesiadać na waniliwych marinsów jednak nie byłby to pierwszy przypadek, że GW swoją radosną twórczością jakąś armię uśmierca. Zresztą drugi ani trzeci też nie.
W wspomnianej w wstępie bitwie Kosmicznymi Wilkami grał Afro z którym w trakcie afterka jeszcze rozmawialiśmy właśnie o SW. A także o tym kiedy wyjdzie nowy kodeks który byłby rozwiązaniem wszelkich aktualnych problemów związanych z tą armią. A jak wiadomo kodeks SW jest dyżurną plotką podobnie ten Dark Eldarów i zawsze się przewija jako poważny kandydat na ten "następny" podręcznik. Na tyle często że już przestałem wierzyć w jego szybką publikację dlatego z Afro założyłem się, że jak już to cudo wyjdzie to kupując go w naszym kraju będzie za nie płacił Euro. Afro ma nadzieje, że jednak w złotówkach ale szczerze mówiąc to jest nas dwóch bo też bym chciał by wilki miały po prostu mocny kodeks a nie jakąś protezę rodem z szpitala wojskowego z frontu zachodniego w pierwszej wojnie światowej. Jednak póki co musimy żyć z tą protezą.
Lub wzorem konowałów wojskowych amputować.
I po tej bitwie oczywiście naszło mnie refleksji na temat kodeksu Space Wolves czy raczej broszury będącej dodatkiem do dawno zapomnianego kodeksu marinsów którego pewnie sporo graczy aktualnie bywających na turniejach nie miała nigdy okazji zobaczyć na żywo. Temat SW i dostosowania ich podręcznika do aktualnych zasad wraca niczym bumerang zarówno w rozmowach graczy jak i na forach dyskusyjnych. Choć przewija się pogląd, że najłatwiej a może i najlepiej byłoby nie dopuszczać wilczych watach do turneji to póki co miłośnicy sierści i kłów mogą spać spokojnie bo jednak na wszystkich turniejach można grać wilkami i to w dodatku korzystając z pełnego zakresu dobrodziejstw aktualnego kodeksu Space Marines. I to płacąc za nie stare punkty jak to ma miejsce m. in. w przypadku Storm Shielda.To połączenie kodeksów które dzielą dwie edycję i kilka(naście ?) lat obfituje w różnej maści potowrki. Na przykład wilkowe atak bajki mają kontr szarże oraz combat tactics. Zresztą jako jedyne w tej armii mają CT. Z kolei ich bohaterowie biorąc odpowiednie zabawki mają więcej ataków zaszarżowani niż w szarży. I tak można mnożyć różne wyzwania dla logiki i balansu powstałe po zmianie C:SM.
Space Wolves są jednym z najciekawszych zakonów w tej grze i ich podręcznik przez długi czas pozwalał tworzyć bardzo fajne i grywalne rozpiski które pomimo dużego stężenia 3+ sejva trudno było podciągnąć pod zwykłych marinsów. Jednak kiedy teraz gram czy rozmawiam o wilkach mam gdzieś tam z tyłu głowy poczucie obcowania z grubym wałem. Po prostu jak widzę aktualne SW które łączą nowy (w sensie działania) wargear ze starymi kosztami i do tego dokładają swoje zabawki które były wycenianie w zupełnie innych realiach to coś w mnie krzyczy Nieeee. Ale może to jest spowodowane moim materiałem genetycznym ;) bo w końcu moje dwie pierwsze armii do 40ki po powrocie do tej zabawy to obie z którymi wilki miały i mają kosę (TS i DA). Ale gdyby to od mnie zależało to pewnie na Wojnie Światów by nie było dopuszczonych wilków. Rozumiem, że ludzie grający wilkami nie po to zbierali właśnie tą armię by się przesiadać na waniliwych marinsów jednak nie byłby to pierwszy przypadek, że GW swoją radosną twórczością jakąś armię uśmierca. Zresztą drugi ani trzeci też nie.
W wspomnianej w wstępie bitwie Kosmicznymi Wilkami grał Afro z którym w trakcie afterka jeszcze rozmawialiśmy właśnie o SW. A także o tym kiedy wyjdzie nowy kodeks który byłby rozwiązaniem wszelkich aktualnych problemów związanych z tą armią. A jak wiadomo kodeks SW jest dyżurną plotką podobnie ten Dark Eldarów i zawsze się przewija jako poważny kandydat na ten "następny" podręcznik. Na tyle często że już przestałem wierzyć w jego szybką publikację dlatego z Afro założyłem się, że jak już to cudo wyjdzie to kupując go w naszym kraju będzie za nie płacił Euro. Afro ma nadzieje, że jednak w złotówkach ale szczerze mówiąc to jest nas dwóch bo też bym chciał by wilki miały po prostu mocny kodeks a nie jakąś protezę rodem z szpitala wojskowego z frontu zachodniego w pierwszej wojnie światowej. Jednak póki co musimy żyć z tą protezą.Lub wzorem konowałów wojskowych amputować.
Etykiety:
kodeksy,
scena turniejowa
czwartek, 19 marca 2009
DMP ...kontynuacja...
Jakiś czas temu pisałem o kontrowersjach jakie wzbudziła pierwsza wersja regulaminu Drużynowych Mistrzostw Polski. Ostatnio pojawiła się kolejna tym razem określona jako ostateczna i oczywiście znalazła ona dosyć szybko swoich przeciwników. Jednak ilość głosów krytycznych jak na turniej na 100+ osób jest już marginalna - przynajmniej póki co.
W tym regulaminie poza takimi rzeczami jak FOC, punkty czy misje znalazły się też koszta wejściówki które w tym roku wynoszą 50 złotych od osoby (rok temu - 40) co nie oszukujmy się - mało nie jest. Ale nie jest też - przynajmniej w moim odczuciu ceną zaporową, w końcu generalnie turnieje wyjazdowe super tanią rozrywką nie są więc ta dycha różnicy na wejściówce nie będzie miała zbyt często decydującego znaczenia dla tego czy ktoś przyjedzie czy nie. Jednak na GV już się zaczęły podnosić głosy, że to za dużo a między wierszami niektórych postów można było wyczytać (i to boldem) sugestie, że orgowie chcą zarobić.
Potencjalna dochodowość biznesu turniejowego (bo większe perspektywy rysuje regularne inwestowanie w Chybił-Trafił) gwarantuje nam że jeszcze długi czas nikt się tym nie będzie parał dla pieniędzy. Jednak ta sytuacja pokazuje jak niewdzięczną rolą jest przygotowanie i prowadzenie DMP. I nie do końca rozumiem z czego to wynika bo nie przypominam sobie takich imprez towarzyszących przy okazji poprzednich edycji. Nie wiem czy to się bierze ze specyfiki forum Glorii Victis gdzie dosadne posty są mile widziane, czy z racji kontrowersyjnych decyzji/propozycji organizatorów, czy też może zbyt powszechnej dyskusji (można ją było ograniczyć do kapitanów). Naprawdę nie pojmuje z czego się to bierze ale można odnieść wrażenie że niektórzy już na siłę szukają dziur w całym przy okazji tego turnieju. A szkoda. Bo mam wrażenie, że frekwencji na nim mogą o wiele bardziej zaszkodzić kolejne flame-wary niż 10 złotych w tą czy w tą na wejściówce.
A biorąc pod uwagę że organizowanie kolejnej odsłony tego turnieju jest nagrodą za jego wygranie to grając na pierwszym secie stołów piątą bitwę poważnie bym się zastanowił czy to jest taki dobry pomysł by "zapinać". Na szczęście mojemu teamowi nie grożą takie rozterki ;).
W tym regulaminie poza takimi rzeczami jak FOC, punkty czy misje znalazły się też koszta wejściówki które w tym roku wynoszą 50 złotych od osoby (rok temu - 40) co nie oszukujmy się - mało nie jest. Ale nie jest też - przynajmniej w moim odczuciu ceną zaporową, w końcu generalnie turnieje wyjazdowe super tanią rozrywką nie są więc ta dycha różnicy na wejściówce nie będzie miała zbyt często decydującego znaczenia dla tego czy ktoś przyjedzie czy nie. Jednak na GV już się zaczęły podnosić głosy, że to za dużo a między wierszami niektórych postów można było wyczytać (i to boldem) sugestie, że orgowie chcą zarobić.
Potencjalna dochodowość biznesu turniejowego (bo większe perspektywy rysuje regularne inwestowanie w Chybił-Trafił) gwarantuje nam że jeszcze długi czas nikt się tym nie będzie parał dla pieniędzy. Jednak ta sytuacja pokazuje jak niewdzięczną rolą jest przygotowanie i prowadzenie DMP. I nie do końca rozumiem z czego to wynika bo nie przypominam sobie takich imprez towarzyszących przy okazji poprzednich edycji. Nie wiem czy to się bierze ze specyfiki forum Glorii Victis gdzie dosadne posty są mile widziane, czy z racji kontrowersyjnych decyzji/propozycji organizatorów, czy też może zbyt powszechnej dyskusji (można ją było ograniczyć do kapitanów). Naprawdę nie pojmuje z czego się to bierze ale można odnieść wrażenie że niektórzy już na siłę szukają dziur w całym przy okazji tego turnieju. A szkoda. Bo mam wrażenie, że frekwencji na nim mogą o wiele bardziej zaszkodzić kolejne flame-wary niż 10 złotych w tą czy w tą na wejściówce.
A biorąc pod uwagę że organizowanie kolejnej odsłony tego turnieju jest nagrodą za jego wygranie to grając na pierwszym secie stołów piątą bitwę poważnie bym się zastanowił czy to jest taki dobry pomysł by "zapinać". Na szczęście mojemu teamowi nie grożą takie rozterki ;).
Etykiety:
scena turniejowa
poniedziałek, 16 marca 2009
Armia Śmierci czy ostateczna Śmierć Armii

Dawno, dawno temu za 7 sektorami i 13 słońcami na polach bitew oświetlanych blaskiem Imperatora największy postrach siała Armia Śmierci. Żeby za bardzo się nie rozwodzić- to jak się nazywała tak robiła i to praktycznie wyłącznie w fazie assaultu. Głównie fistami. Raz po raz ktoś odpalił jakąś meltę ale nikt zazwyczaj nie czekał na efekt strzału i od razu szarżował. Zwłaszcza, że jeśli był krótki z melty to wnioski były oczywiste. Taktyka stojąca za tą armią sprawiała, że plany Wujka Marcelusa wobec pokraki były szczytem wyrafinowania i podstępnej przebiegłości.

Army of Death to wariacja na temat Blood Angeli która swoje korzenie przynajmniej jeśli chodzi o zasady miała w jakimś scenariuszu który odtwarzał "historyczne" starcie gdzie nie tylko Kompanii były po drodze z Czarną Furią i to na dłuższą metę. Jednak zmiana kodeksu bladzi sprawiła, że próba przystosowania przedpotopowych zasad do nowych realiów była równie karkołomna co po prostu bezsensowna (również dostrzegacie szarą analogię? ;) ). I teraz po długim odpoczynku od armii składającej się z bandy terminatorów z FnP, furiusem i dodatkowym atakiem wspieranym przez dwóch kapelanów za sprawą chłopaków z BoLS'a koszmar wszystkich SAFH'ów powraca.
Ale, żeby być szczerym nie jest to powrót taki jak heroiny w pulp fiction. Z jednej strony - tej lepszej - jest sporo fajnych rzeczy w tej armii np. wszyscy (prawie) dostali rending co przy aktualnych zasadach jest dobre ale już nie wzbudza grymasu bólu na twarzach przeciwników, nadal można sobie wykupić feel no pain czy furius charge. I co ciekawsze można wykupić jedno lub drugie i nie trzeba brać wielkiego pakietu jak kiedyś. Jednocześnie te bonusy zostały doprawione dla wyrównania plusami ujemnymi jak brak podów czy combat squadów. Nie da się ukryć że takie obostrzenie poważnie zawęzają pole manewru i całkiem sprawnie balansują całość.
Oprócz tego autorzy z BoLSa dopracowali pewne bzdury z poprzedniej edycji jak: zawsze rejdżujące devki czy libra nie mogący używać mocy i na ich zasadach te jednostki są wystawialne a dewastatorzy nawet ciekawi. Oprócz tego nowa Army of Death ma specjalne zasady dotyczące warunków zwycięstwa czy rozstawienia które bardzo zgrabnie podkreślają jej szalony charakter.
Jednak armia ma jedną poważną wadę - Rage. I po bitwie z Jasiem na ostatnim lokalu dochodzę do wniosku, że może być to czynnik który sprawi, że armia będzie raczej ciekawostką i egzotyką niż czymś choć raz po raz spotykanym na turniejach. Konieczność biegania za najbliższym celem nawet jeśli jest to jest pusty Rhinos za 35 punktów trafiany na 6stkach skutecznie eliminuje sporo taktyki z rozgrywki. Co prawda szefowie kompanii pomagają trochę - trzeba gonić jakiegokolwiek wroga - nie koniecznie najbliższego ale to nadal nie to. Zwłaszcza, że aktualnie trzeba się ruszyć prosto i maksymalnie do wroga i skończyła się kombinatoryka z kończeniem ruchu bliżej niż się zaczęło. Nie da się ukryć że to idealnie wpasowuje się "image" armii ale zdecydowanie mniej w plany graczy.
Myślę jednak że większość zawodników mających czerwone power armoury na półce i tak spróbuje sił i da szanse temu mini-kodeksowi. A może nawet któryś z nich poczuje lekkie ukłucie z tyłu i to będzie jego wkur.... ambicja dzięki czemu ktoś wykmini jak dowodzić tą armią a nie tylko ograniczać się do przesuwania figurek. A życzę tego nam wszystkim bo aktualnie ta armia wydaje się być całkiem zbalnsowana (tak poza tym) i myślę że urozmaicenie przez nią oferowane nikomu by nie zaszkodziło. A posiadaczom bloodzi mogło by dać sporo funu.
Etykiety:
twórczość fanowska
piątek, 13 marca 2009
"You know you've been playing Ghotic too much when..."
Ostatnio przeglądając różne materiały do Battlefleet Ghotic natrafiłem na bardzo ciekawy zbiór w śmiesznych tekstów zatytułowanych "You know you've been playing Ghotic too much when..." Postanowiłem się tym dobrem podzielić i chociaż ktoś mógłby zarzucić mi piractwo to jednak poczucie szkody że coś takiego miałoby się marnować i ginąć w mrokach zapomnienia wygrało z wyrzutami sumienia. Zresztą BFG Magazine (z którego ten tekst pochodzi) już od dawana nie jest wydawany więc i to sumienie jakby ciszej siedzi. No i w końcu ta kompilacja powstała na bazie twórczości z grupy dyskusyjnej na yahoo (laserowy drapieżca ciągle tam jest :D) a jak wiadomo z bitów powstałeś w bity się obrócisz ;)
Acha no i część tekstów mocno bazuje na specyfice bfg ale część (ta większa) jest zrozumiała dla wszystkich osób które się otarły o hobby.

Acha no i część tekstów mocno bazuje na specyfice bfg ale część (ta większa) jest zrozumiała dla wszystkich osób które się otarły o hobby.

poniedziałek, 9 marca 2009
Tytan tytanów.
No i stało się. Games Workshop w fali nowych jednostek i formacji do Apokalipsy opublikowanych na swojej stronie uwzględniło największe lądowe narzędzie destrukcji w arsenale Imperium o wdzięcznej nazwie Emperor Battle Titan. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że go kiedyś opiszą ale z drugiej strony skoro nawet Primarch w postaci stat-line'u zaplątał się do dwarfa to chyba jednak nie powinienem być zaskoczony. Jak widać dla studia nie ma żadnych świętości no może poza Adeptus Mechanicus ;)
Niestety...
Ale wracając do dużego przyjaciela każdego kwardzisty który się nie załapał w zbyt bliskie sąsiedztwo jego stopy to muszę się przyznać, że cały czas trawię tego tytana bo jest noo.... inspirujący. Dlatego niejako na gorąco postanowiłem się podzielić kilkoma refleksjami:
Model
Kierując się rysunkiem dołączonym do opisu można oszacować wielkość tej zabawki dla naprawdę dużych (i silnych) chłopców na około 1 metra co przynajmniej dla mnie jest zaskoczeniem. Wydawało mi się że będzie miał przynajmniej 1.3 no ale może ktoś w GW zrobił tą ilustrację na oko czy inne pi razy drzwi.
Mam nadzieję, że model oryginalnej produkcji się nigdy nie pojawi i nie dlatego żebym uważał, że jest nie potrzebny bo na pewno wiele ludzi skusiłoby się na alternatywę dla tego:
ale dlatego że wtedy GW zgodnie ze swoją taktyką wrzuciłoby formację 3 takich potworów. A to by mogło sprawić że Sprite by się stał pragnieniem.
Punkty:
4k czyli tyle co męskie punkty razy dwa.
Co 16 Bloodthirsterów.
Co 61 i pół oblita.
Co 100 termosów assaultowych.
Co 181 herlaków lub 176 z jednym Farseerem.
Co 307 podstawek nurglingów co daje 921 woundów bez instantów.
Lub 1000 gretchinów ze 100 runtherdami.
Uzbrojenie:
Tu się zaczyna prawdziwy hard-core bo ta mechaniczna godzilla w wersji gotyk może mieć 6 broni zwykłego tytana i 2 swoje. A takie np. Vengance Cannon już samo z siebie jest niczego sobie. 4 placki 7" z siłą D? WTF? Zresztą Ordnance 8, 7" blast czy Apocalypse Barrage (10) też robią wrażenie. A to nadal bez tej szatanskiej szóstki "broni pomocniczych". Ten model chyba nawt jest wart tych 4000 punktów. Zwłaszcza, że 8 tarcz i 12 punktów wytrzymałości sprawia, że jest co strzelać do niego. Nawet dla tych 61 i pół oblita byłby wyzwaniem.
Wyporność
18 oblitów potrzeba by wyłączyć tarcze pozostałe robią około 6 glanów i 6 pentracji niby nie mało ale w tym przypadku delikatnie rzecz mówiąc raczej to nie styknie. A tak zwana zwrotka z pizdyliarda strzałów z siłą D lub 8+ z wystarczającym AP mogła by sprawić że gracz od oblitów by został tylko z nożami na tej strzelaninie.
A skoro jesteśmy przy nożach to mam wrażenie że 16 dużych demonów Khorna w walce z nim mogłoby się okazać Rambo tej zadymy. W koncu mają 96 ataków z których trafia 64 i około połowy jest pentracją. Przy reakcjach łańcuchowych mogłoby się to okazać wystarczające. Inna sprawa że niszczenie go w walce wręcz jest cokolwiek sambójczym pomysłem za sprawą specjalnych zasad.
Jednak niezależnie po której stronie luf bym się znalazł chciałby zagrać z takim cudem na stole pod warunkiem, że byłoby reprezentowane przez model godny tych punktów, tego uzbrojenia i w ogóle tej glorii i chwały. Znaczy się cała nadzieja w forgu który może nas kiedyś zaskoczy niczym GW z tym zasadami...
Jednak póki co niech się skupią na dużym Tzeentchowym bo to jest zdecydowanie ważniejsze dla losów glaktyki.
Niestety...
Ale wracając do dużego przyjaciela każdego kwardzisty który się nie załapał w zbyt bliskie sąsiedztwo jego stopy to muszę się przyznać, że cały czas trawię tego tytana bo jest noo.... inspirujący. Dlatego niejako na gorąco postanowiłem się podzielić kilkoma refleksjami:
Model
Kierując się rysunkiem dołączonym do opisu można oszacować wielkość tej zabawki dla naprawdę dużych (i silnych) chłopców na około 1 metra co przynajmniej dla mnie jest zaskoczeniem. Wydawało mi się że będzie miał przynajmniej 1.3 no ale może ktoś w GW zrobił tą ilustrację na oko czy inne pi razy drzwi.
Mam nadzieję, że model oryginalnej produkcji się nigdy nie pojawi i nie dlatego żebym uważał, że jest nie potrzebny bo na pewno wiele ludzi skusiłoby się na alternatywę dla tego:
ale dlatego że wtedy GW zgodnie ze swoją taktyką wrzuciłoby formację 3 takich potworów. A to by mogło sprawić że Sprite by się stał pragnieniem.Punkty:
4k czyli tyle co męskie punkty razy dwa.
Co 16 Bloodthirsterów.
Co 61 i pół oblita.
Co 100 termosów assaultowych.
Co 181 herlaków lub 176 z jednym Farseerem.
Co 307 podstawek nurglingów co daje 921 woundów bez instantów.
Lub 1000 gretchinów ze 100 runtherdami.
Uzbrojenie:
Tu się zaczyna prawdziwy hard-core bo ta mechaniczna godzilla w wersji gotyk może mieć 6 broni zwykłego tytana i 2 swoje. A takie np. Vengance Cannon już samo z siebie jest niczego sobie. 4 placki 7" z siłą D? WTF? Zresztą Ordnance 8, 7" blast czy Apocalypse Barrage (10) też robią wrażenie. A to nadal bez tej szatanskiej szóstki "broni pomocniczych". Ten model chyba nawt jest wart tych 4000 punktów. Zwłaszcza, że 8 tarcz i 12 punktów wytrzymałości sprawia, że jest co strzelać do niego. Nawet dla tych 61 i pół oblita byłby wyzwaniem.
Wyporność
18 oblitów potrzeba by wyłączyć tarcze pozostałe robią około 6 glanów i 6 pentracji niby nie mało ale w tym przypadku delikatnie rzecz mówiąc raczej to nie styknie. A tak zwana zwrotka z pizdyliarda strzałów z siłą D lub 8+ z wystarczającym AP mogła by sprawić że gracz od oblitów by został tylko z nożami na tej strzelaninie.
A skoro jesteśmy przy nożach to mam wrażenie że 16 dużych demonów Khorna w walce z nim mogłoby się okazać Rambo tej zadymy. W koncu mają 96 ataków z których trafia 64 i około połowy jest pentracją. Przy reakcjach łańcuchowych mogłoby się to okazać wystarczające. Inna sprawa że niszczenie go w walce wręcz jest cokolwiek sambójczym pomysłem za sprawą specjalnych zasad.
Jednak niezależnie po której stronie luf bym się znalazł chciałby zagrać z takim cudem na stole pod warunkiem, że byłoby reprezentowane przez model godny tych punktów, tego uzbrojenia i w ogóle tej glorii i chwały. Znaczy się cała nadzieja w forgu który może nas kiedyś zaskoczy niczym GW z tym zasadami...
Jednak póki co niech się skupią na dużym Tzeentchowym bo to jest zdecydowanie ważniejsze dla losów glaktyki.
Etykiety:
apokalipsa,
nowości GW,
zasady
sobota, 7 marca 2009
Drużynowa Młócka Poglądowa
Drużynowe Mistrzostwa Polski, czyli w skrócie DMP, są coraz bliżej i pojawia się coraz więcej radosnej twórczości na różnych forach związanej z tym turniejem. Głównie te dyskusje dotyczą regulaminu, ale też są poruszane ciekawsze zagadnienia jak np. roli DMP na naszej scenie turniejowej, czy też co wypada, a co nie, organizatorowi Mistrzostw.
Jak powszechnie wiadomo, ale i tak just-in-case przypomnę, nasza drużynówka jest turniejem przechodnim i prawo do organizacji kolejnej edycji ma zwycięzca poprzedniej czyli w tym roku Warszawa. Co się chwali, filary zwycięskiej drużyn,y jak Marios czy Skark, rzeczywiście wzięli się za organizację. Zamiast załadować na tą minę przeciwpiechotną kogoś mniej doświadczonego, a samemu się zabrać za składanie kolejnego mocnego teamu. A piszę o organizacji DMP jako o minie, bo się okazuje, że ludzie, którzy się za to biorą, są bardzo mocno na cenzurowanym i każdy ich krok jest szeroko komentowany. Dlatego też, propozycja regulaminu autorstwa Mariosa wzbudził zajadłą dyskusję, gdzie różne strony przerzucają się argumentami niczym granatami. Sporne kwestie to:
- system punktacji bardzo nowatorski, ale podobno przetestowany przy okazji DMW (dla odmiany Drużynowe Mistrzostwa Warszawy) gdzie się sprawdził,
- FOC i jego ograniczenie przy limicie punktów 1900. Normalnie byłoby mi to obojętne, ale że wybieram się Ravenwingiem (chyba), to obcięcie fastów mnie szczególnie nie cieszy,
- IA i speciale. Każde ma być przynajmniej wg propozycji dopuszczone jako 0-1 na team. Mnie to wydaje się całkiem fajnym rozwiązaniem,
- pierwszy scenariusz, gdzie się zyskuje punkty za każdą turę na celach misji, a nie tylko za ich końcowe kontrolowanie- podobne rozwiązanie pojawia się jako urozmaicenie w Apokalipsie czy Epicu.
Generalnie, poza prywatą związaną z FOCem, regulamin się bardzo podoba i uważam że trochę nowości, zwłaszcza, że proponowanych przez doświadczonych graczy (więc pewnie całkiem zbalansowanych), nikomu nie zaszkodzi. Jednak krytycy tego regulaminu są całkiem głośni i domagaj się czegoś bardziej standardowego uważając, że DMP jako największa i najważniejsza (?) impreza sezonu nie jest dobrym miejscem na eksperymenty. Szczerze mówiąc uważam, że nie ma lepszego miejsca do eksperymentów: w końcu liczba graczy, a przez to bitew, zapewnia sporo materiału do analizy, poza tym turniej się nie liczy do ligi, a nagroda w nim poza statuetkami i satysfakcją, jest wyjątkowo słaba.
Wydawałoby się, że organizacja DMP to sława i chwała na dzielni. Okazuje się, że niekoniecznie. Ponieważ całkiem popularny jest pogląd, że Mistrzostwa są turniejem środowiska (cokolwiek to oznacza) i rolą organizatora jest załatwienie sali, wstawienie do niej stołów a następnie posprzątanie po tej setce reprezentantów środowiska, do których ta zabawa należy. Przy okazji może załatwić jakieś pucharki czy inne statuetki, a na koniec tak to zrobić, by na tym wszystkim nie stracić finansowo. Natomiast takie sprawy jak regulamin powinien zostawić kapitanom- bo w końcu to ich turniej.
Szczerze mówiąc, takie traktowanie organizatorów DMP budzi w mnie głęboki sprzeciw. W końcu nagrodą za wygranie tego turnieju jest organizacja DMP, a nie prawo do targania stołów w jedną i w drugą stronę. A jeśli do tego dochodzi argumentacja, że to jest turniej przysłowiowych wszystkich, to przypominają się inne próby sprzed jakiegoś czasu, np. by fabryki miały za właścicieli wszystkich i bynajmniej nie chodziło w tym układzie o spółki akcyjne. Efektów wszyscy jesteśmy świadomi. Ale też nie uważam, by orgowie DMP mieli prawo robić z tym turniejem co im się żywnie podoba i pewna konsultacja, co bardziej skrajnych pomysłów, nikomu by nie zaszkodziła. Jednak należy pamiętać, że jest różnica pomiędzy oczekiwaniem dyskusji, a sprowadzeniem orgów do roli tragarzy.
Jest to już trzecia odsłona Mistrzostw, ale pierwsza gdzie dochodzi do przekazania pałeczki - można więc powiedzieć, że jest pewne novum. Należy wziąć na to poprawkę i po prostu przyjąć, że dopiero teraz pewne aspekty DMP zostaną wypracowane i te rozwiązania będą obowiązywały w przyszłości. I zarówno rozwiązania gospodarz- tragarz, jak i - wygrałem więc dzielę i rządzę, są równie skrajne, co nietrafne. Mam nadzieję, że z tej dyskusji, która się aktualnie toczy, wyniknie coś więcej niż to, czy można wystawić w roku 2009 Eldrada. Coś co będzie fundamentem kolejnych, udanych DMP kontynuujących zacną już tradycję.
Jak powszechnie wiadomo, ale i tak just-in-case przypomnę, nasza drużynówka jest turniejem przechodnim i prawo do organizacji kolejnej edycji ma zwycięzca poprzedniej czyli w tym roku Warszawa. Co się chwali, filary zwycięskiej drużyn,y jak Marios czy Skark, rzeczywiście wzięli się za organizację. Zamiast załadować na tą minę przeciwpiechotną kogoś mniej doświadczonego, a samemu się zabrać za składanie kolejnego mocnego teamu. A piszę o organizacji DMP jako o minie, bo się okazuje, że ludzie, którzy się za to biorą, są bardzo mocno na cenzurowanym i każdy ich krok jest szeroko komentowany. Dlatego też, propozycja regulaminu autorstwa Mariosa wzbudził zajadłą dyskusję, gdzie różne strony przerzucają się argumentami niczym granatami. Sporne kwestie to:
- system punktacji bardzo nowatorski, ale podobno przetestowany przy okazji DMW (dla odmiany Drużynowe Mistrzostwa Warszawy) gdzie się sprawdził,
- FOC i jego ograniczenie przy limicie punktów 1900. Normalnie byłoby mi to obojętne, ale że wybieram się Ravenwingiem (chyba), to obcięcie fastów mnie szczególnie nie cieszy,
- IA i speciale. Każde ma być przynajmniej wg propozycji dopuszczone jako 0-1 na team. Mnie to wydaje się całkiem fajnym rozwiązaniem,
- pierwszy scenariusz, gdzie się zyskuje punkty za każdą turę na celach misji, a nie tylko za ich końcowe kontrolowanie- podobne rozwiązanie pojawia się jako urozmaicenie w Apokalipsie czy Epicu.
Generalnie, poza prywatą związaną z FOCem, regulamin się bardzo podoba i uważam że trochę nowości, zwłaszcza, że proponowanych przez doświadczonych graczy (więc pewnie całkiem zbalansowanych), nikomu nie zaszkodzi. Jednak krytycy tego regulaminu są całkiem głośni i domagaj się czegoś bardziej standardowego uważając, że DMP jako największa i najważniejsza (?) impreza sezonu nie jest dobrym miejscem na eksperymenty. Szczerze mówiąc uważam, że nie ma lepszego miejsca do eksperymentów: w końcu liczba graczy, a przez to bitew, zapewnia sporo materiału do analizy, poza tym turniej się nie liczy do ligi, a nagroda w nim poza statuetkami i satysfakcją, jest wyjątkowo słaba.
Wydawałoby się, że organizacja DMP to sława i chwała na dzielni. Okazuje się, że niekoniecznie. Ponieważ całkiem popularny jest pogląd, że Mistrzostwa są turniejem środowiska (cokolwiek to oznacza) i rolą organizatora jest załatwienie sali, wstawienie do niej stołów a następnie posprzątanie po tej setce reprezentantów środowiska, do których ta zabawa należy. Przy okazji może załatwić jakieś pucharki czy inne statuetki, a na koniec tak to zrobić, by na tym wszystkim nie stracić finansowo. Natomiast takie sprawy jak regulamin powinien zostawić kapitanom- bo w końcu to ich turniej.
Szczerze mówiąc, takie traktowanie organizatorów DMP budzi w mnie głęboki sprzeciw. W końcu nagrodą za wygranie tego turnieju jest organizacja DMP, a nie prawo do targania stołów w jedną i w drugą stronę. A jeśli do tego dochodzi argumentacja, że to jest turniej przysłowiowych wszystkich, to przypominają się inne próby sprzed jakiegoś czasu, np. by fabryki miały za właścicieli wszystkich i bynajmniej nie chodziło w tym układzie o spółki akcyjne. Efektów wszyscy jesteśmy świadomi. Ale też nie uważam, by orgowie DMP mieli prawo robić z tym turniejem co im się żywnie podoba i pewna konsultacja, co bardziej skrajnych pomysłów, nikomu by nie zaszkodziła. Jednak należy pamiętać, że jest różnica pomiędzy oczekiwaniem dyskusji, a sprowadzeniem orgów do roli tragarzy.
Jest to już trzecia odsłona Mistrzostw, ale pierwsza gdzie dochodzi do przekazania pałeczki - można więc powiedzieć, że jest pewne novum. Należy wziąć na to poprawkę i po prostu przyjąć, że dopiero teraz pewne aspekty DMP zostaną wypracowane i te rozwiązania będą obowiązywały w przyszłości. I zarówno rozwiązania gospodarz- tragarz, jak i - wygrałem więc dzielę i rządzę, są równie skrajne, co nietrafne. Mam nadzieję, że z tej dyskusji, która się aktualnie toczy, wyniknie coś więcej niż to, czy można wystawić w roku 2009 Eldrada. Coś co będzie fundamentem kolejnych, udanych DMP kontynuujących zacną już tradycję.
Etykiety:
scena turniejowa
środa, 4 marca 2009
Walizka
Wtorek
17.00 - 19.30 Bitewka w Bardzie w parach. Oczywiście w ramach testów przed Wojną Światów. Miła przyjemna i po raz pierwszy Darkami - Darkami a nie Ravenwingiem.
19.30 -21.00 Fajki, ploty, dalekosiężne plany w zacnym gronie i oglądanie bitwy Areckiego z Vodeckim.
21.00 Powrót z A i V zu hause areckomobilem.
21.30 Home sweet home. Nawet udało mi się pomieć przez moment nadzieję, że Liverpool i/lub Chelsea znowu stracą punkty ale tak jak napisałem przez moment.
22.00 Odkryłem, że moje plany obejrzenia Curse of Frankenstein z Hammer Studios za sprawą zawodnej techniki w postaci rysy na płycie spalą w panewce.
22.30 Zabrałem się za chowanie figur.
22.33 Odkrywam brak walizki z wszystkimi motorami.
22.37 Poszukiwań i negowania rzeczywistości ciąg dalszy.
22.50 Spacer po klatce w poszukiwaniu.
23.00 Pierwsze dopuszczenie czarnego scenariusza.
23.05 Telefon do Areckiego. ...bo może w samochodzie... ...niestety...
23.10 Nocna wycieczka z Ukochaną Małżonką na parking startowy.
24.00 Powrót z pustymi rękoma.
Środa.
00.05 Przygotowanie wraz z Ukochaną Małżonką ogłoszenia bazującego na teorii, że walizkę musiałem zostawić pod drzwiami szukając klucza. Klucz - wiadomo - broń dwuręczna.
00.15 Rozwieszenie ogłoszenia na klatce.
00.25 Lulu.
03.35 Pierwsza pobudka z wizją cyklisty apokalipsy pod powiekami.
05.15 Druga pobudka z wizją cyklisty apokalipsy pod powiekami.
08.30 Praca i oczekiwanie na telefon od sąsiada.
09.45 Cisza.
12.00 Ciszy ciąg dalszy.
14.00 Brak przerwy w ciszy telefonu.
14.05 Ostatnia deska ratunku telefon do Barda. Jednak zakłócenia na linii uniemożliwiają skuteczną komunikację.
14.15 Kontakt z chopakami z wiadomego sklepu na drodze smsowej.
14.30 Informacja, że walizka czeka.
To był ciężkie kilkanaście godzin. Nikomu nie życzę takich przeżyć. Utrata figur irytuje nie tylko ze względów materialnych ale głównie z powodów emocjonalnych - jednak człowiek lubi te pamperki między innymi za wspomnienia które się z nimi wiążą i jak to nagle znika to po prostu robi się pusto gdzieś tam w środku.
Wiem jak to górnolotnie brzmi ale tak to trochę działa.
Na szczęście moja pustka zbyt długo nie trwała co nie zmienia faktu, że była to pouczająca lekcja.
17.00 - 19.30 Bitewka w Bardzie w parach. Oczywiście w ramach testów przed Wojną Światów. Miła przyjemna i po raz pierwszy Darkami - Darkami a nie Ravenwingiem.
19.30 -21.00 Fajki, ploty, dalekosiężne plany w zacnym gronie i oglądanie bitwy Areckiego z Vodeckim.
21.00 Powrót z A i V zu hause areckomobilem.
21.30 Home sweet home. Nawet udało mi się pomieć przez moment nadzieję, że Liverpool i/lub Chelsea znowu stracą punkty ale tak jak napisałem przez moment.
22.00 Odkryłem, że moje plany obejrzenia Curse of Frankenstein z Hammer Studios za sprawą zawodnej techniki w postaci rysy na płycie spalą w panewce.
22.30 Zabrałem się za chowanie figur.
22.33 Odkrywam brak walizki z wszystkimi motorami.
22.37 Poszukiwań i negowania rzeczywistości ciąg dalszy.
22.50 Spacer po klatce w poszukiwaniu.
23.00 Pierwsze dopuszczenie czarnego scenariusza.
23.05 Telefon do Areckiego. ...bo może w samochodzie... ...niestety...
23.10 Nocna wycieczka z Ukochaną Małżonką na parking startowy.
24.00 Powrót z pustymi rękoma.
Środa.
00.05 Przygotowanie wraz z Ukochaną Małżonką ogłoszenia bazującego na teorii, że walizkę musiałem zostawić pod drzwiami szukając klucza. Klucz - wiadomo - broń dwuręczna.
00.15 Rozwieszenie ogłoszenia na klatce.
00.25 Lulu.
03.35 Pierwsza pobudka z wizją cyklisty apokalipsy pod powiekami.
05.15 Druga pobudka z wizją cyklisty apokalipsy pod powiekami.
08.30 Praca i oczekiwanie na telefon od sąsiada.
09.45 Cisza.
12.00 Ciszy ciąg dalszy.
14.00 Brak przerwy w ciszy telefonu.
14.05 Ostatnia deska ratunku telefon do Barda. Jednak zakłócenia na linii uniemożliwiają skuteczną komunikację.
14.15 Kontakt z chopakami z wiadomego sklepu na drodze smsowej.
14.30 Informacja, że walizka czeka.
To był ciężkie kilkanaście godzin. Nikomu nie życzę takich przeżyć. Utrata figur irytuje nie tylko ze względów materialnych ale głównie z powodów emocjonalnych - jednak człowiek lubi te pamperki między innymi za wspomnienia które się z nimi wiążą i jak to nagle znika to po prostu robi się pusto gdzieś tam w środku.
Wiem jak to górnolotnie brzmi ale tak to trochę działa.
Na szczęście moja pustka zbyt długo nie trwała co nie zmienia faktu, że była to pouczająca lekcja.
Etykiety:
varia
sobota, 28 lutego 2009
Kryzys. Frekwencji.

Aktualnie w Piernikowie zwanym też Miastem Najświętszego Masztu czy też po prostu Toruniem odbywa się jeden z najciekawszych turnieji w sezonie czyli Dice Crusher. Jego unikatowość bierze się z wymiany armiami czyli najpierw gramy swoimi figurkami a potem się wymieniami rozpiskami i modelami z przeciwnikiem i gramy coś jakby rewanż. Czyli każde stracie to dwie bitwy.
Niestety tylko raz udało mi się dotrzeć na ten turniej a mamy już jego 3cią odsłonę ale patrząc na stosowny temat na gildii to można odnieść wrażenie że 13tą. Przynajmniej jeśli chodzi o pecha w docieraniu na imprezę. Na liście zgłoszeń znajduje się 45 nazwisk natomiast w relacji live dostrzegłem 31. A trzeba pamiętać, że ci co się wcześniej wykruszyli zostali zostali z listy zawczasu usunięci. Pierwszy raz widzę tak ekstremalną sytuację. Ale jak pech to pech z resztą granie w 40kę czy w ogóle w bitewniaki przyzwyczaja do tego rozumownia i wyrabia stoickie nawyki. Ale mimo wszystko dla organizatorów to trochę dramat, kryzys wręcz można rzec by być jazzy/trendy/edżi. Zgłasza się X ludzi bierze poprawkę 10-15% na wypadki losowe i na tym na przykład opiera budżet. A tu ponad 1/3 potencjalnych graczy się wykrusza. Mam nadzieję, że chopaki z Torunia nie będą mieli problemów z domknięciem finansów turnieju i że nie będą musieli dokładać do imprezy. Bo nie da się ukryć, że spędzani weekednu jako wodzirej Imprezy nie granie, sprzątanie by na koniec dopłacić do tej "hehe" zabawy może wyleczyć z zapału organizatorskiego na dłuższą chwilę.
Nie da się ukryć, że to co się wydarzyło jest nauczką dla wszystkich organizujących turnieje i warto mieć na względzie że nigdy nie wiesz kiedy będzie 13ty. Warto to mieć na względzie planując swoją imprezę i chociaż trochę się próbować przed tym zabezpieczyć. Choć nie da się ukryć i mam tego świadomość, że zdecydowanie łatwiej napisać niż zrealizować. Zresztą to chyba temat na inną notkę.
Etykiety:
scena turniejowa
czwartek, 19 lutego 2009
Warptime

Niestety doba ma tylko 24 godziny co zbyt często prowadzi do konieczności wyborów. Zazwyczaj bardzo trudnych i w gruncie rzeczy nieprzyjemnych. Aktualnie przygotowania do Wojny Światów wchodzą w decydującą fazę przynajmniej z mojej perspektywy co sprawia, że czas na hobby który m.in. poświęcałem na tego bloga uległ sporem uszczupleniu. Taki stan rzeczy potrwa dłuższą chwilę - pewnie coś koło tygodnia i w tym okresie notki mam nadzieję, że będą się pojawiać ale pewnie sporadycznie i z tzw. doskoku.
A nie da się ukryć, że tematów nie brakuje.
- Coraz więcej przecieków odnośnie gwardii.
- Zbliżające się DMP i Młotki (?).
- Kolejne przepychanki na sędziowskiej odnośnie kodeks vs podstawka.
- No i najważniejsze czyli plotki na temat nowej edycji Space Hulka.
Postaram się znaleźć chwilkę by choć część z tych tematów spotkała się z należną Im atencją a póki co idę odprawić jakiś rytuał do Tzeentcha w intencji 28 godzinnej doby. Warp time znaczy się ;).
Etykiety:
technikalia
niedziela, 15 lutego 2009
Yedli protects
Okazuje się, że sterowce w 40 millenium wcale nie są takim nowatorskim pomysłem jak mi się wydawało pisząc poprzednią notkę. Jednak Yedli czuwa i dał cynka, że podniebne cygara pojawiły się już w twórczości BL
"Odnośnie wpisu na blogu - sterowce w świece 40k pojawiły się wraz z wydaniem książki "Guns of Tanith" - V tomu cyklu o Duchach Gaunta. Pomysł nie jest zatem nowy (książkę wydano w kwietniu 2002). Tytułem uzupełnienia tylko dodam, że sterowce te były całkiem pokaźnych rozmiarów - były w stanie transportować całe regimenty gwardii. Y."
Niestety na żadnej wersji okładki nie udało mi się ich dostrzec.


A skoro już jesteśmy przy okładkach książek Black Library to jest już okładka do listopadowej premiery:
Ani Prospero, ani Burns ale wilki są. Liczę po cichu, że może chociaż w środku znajdzie się miejsce dla Magnusa, Ahrimana itd. W końcu - Don't judge book by its cover.
"Odnośnie wpisu na blogu - sterowce w świece 40k pojawiły się wraz z wydaniem książki "Guns of Tanith" - V tomu cyklu o Duchach Gaunta. Pomysł nie jest zatem nowy (książkę wydano w kwietniu 2002). Tytułem uzupełnienia tylko dodam, że sterowce te były całkiem pokaźnych rozmiarów - były w stanie transportować całe regimenty gwardii. Y."
Niestety na żadnej wersji okładki nie udało mi się ich dostrzec.


A skoro już jesteśmy przy okładkach książek Black Library to jest już okładka do listopadowej premiery:
Ani Prospero, ani Burns ale wilki są. Liczę po cichu, że może chociaż w środku znajdzie się miejsce dla Magnusa, Ahrimana itd. W końcu - Don't judge book by its cover.
Etykiety:
varia
czwartek, 12 lutego 2009
Podniebna Walentynka
Doskonale sobie zdaję sprawę, że większość z Was drodzy czytelnicy regularnie zagląda na łódkę czyli BoLS'a. Nie da się ukryć, że jest to podstawowa strona jeśli chce się wiedzieć co w trawie piszczy jeśli chodzi o nasze hobby. Jednak nawet świadom tej wiedzy pozwolę sobie od chopaków
zza oceanu pożyczyć jedno zdjęcie.

Dla mnie obłęd, czad i przeciąg. Sama idea połączenia czegoś tak słodko old-skolwego jak zeppelin z gotyckim,pełnym pogardy dla technologii, światem 40ki ociera się (przynajmniej dla mnie) o geniusz. Aż mnie dziwi, że ten motyw się nie przewinął na jakiś artach, choćby w materiałach do epica, wcześniej. Skoro gwardia ma piechotę okopową, kawalerię, maski przeciwgazowe, czołgi ze sponsonami to sterowiec wydaje się być naturalną konsekwencją tego arsenału.
Zawsze miałem słabość do tych wielkich podniebnych cygar gdzie poziom bezpieczeństwa był zbliżony do poligonów w Nowym Meksyku. Może i Cruise do współy z Goosem w Top Gunie sprzedają ruskim fucki ze swojej ef-czternastki ale prawdziwy smak podbijania niebios daje dopiero załadowanie się do czegoś takiego. Jest to podobne w swoim szalonym romantyzmie do szalików pilotów trójpłatowców i ich podniebych pojedynków na pistolety.

Swego czasu zastanawiałem się nad własnym data-sheetem do Apokalispsy i szczerze mówiąc wszystko co mi przychodziło w owym czasie do głowy wydawało mi się wtórne. Jednak teraz mam nie tylko inspirację ale i motywację, choć wrażenia wtórności się nie wyzbyłem ;). Co prawda trzeba będzie stworzyć zasady "lumbering super heavy flyers" ale nie powinno to być nawet w połowie tak trudne jak sama nazwa. A nadchodzący wielkimi krokami kodeks gwardii powinien dać dodatkowy impuls by przysiąść na chwilę do tego. Co prawda wielkość modelu trzymającego proporcję mnie trochę przeraża nawet biorąc poprawkę na apokaliptyczne pola bitew. Dali nam jednak marinsi przykład jak proporcję traktować mamy.
Oczywiście model na pierwszym zdjęciu też robi wrażenie sam siebie zwłaszcza jeśli się pamięta, że jest on w skali epic'a czyli do wielkich nie należy. Sama fota pochodzi z jakiegoś konkursu malarskiego modeli do Epica. Sama koncepcja takiego kontestu dla mnie ociera się o Armageddon ;) więc choćby z tego powodu warto kliknąć i zobaczyć więcej prac (jeśli ktoś jeszcze ich nie widział). Nawet fani Herezji Horusa znajdą coś dla siebie.
zza oceanu pożyczyć jedno zdjęcie.

Dla mnie obłęd, czad i przeciąg. Sama idea połączenia czegoś tak słodko old-skolwego jak zeppelin z gotyckim,pełnym pogardy dla technologii, światem 40ki ociera się (przynajmniej dla mnie) o geniusz. Aż mnie dziwi, że ten motyw się nie przewinął na jakiś artach, choćby w materiałach do epica, wcześniej. Skoro gwardia ma piechotę okopową, kawalerię, maski przeciwgazowe, czołgi ze sponsonami to sterowiec wydaje się być naturalną konsekwencją tego arsenału.
Zawsze miałem słabość do tych wielkich podniebnych cygar gdzie poziom bezpieczeństwa był zbliżony do poligonów w Nowym Meksyku. Może i Cruise do współy z Goosem w Top Gunie sprzedają ruskim fucki ze swojej ef-czternastki ale prawdziwy smak podbijania niebios daje dopiero załadowanie się do czegoś takiego. Jest to podobne w swoim szalonym romantyzmie do szalików pilotów trójpłatowców i ich podniebych pojedynków na pistolety.

Swego czasu zastanawiałem się nad własnym data-sheetem do Apokalispsy i szczerze mówiąc wszystko co mi przychodziło w owym czasie do głowy wydawało mi się wtórne. Jednak teraz mam nie tylko inspirację ale i motywację, choć wrażenia wtórności się nie wyzbyłem ;). Co prawda trzeba będzie stworzyć zasady "lumbering super heavy flyers" ale nie powinno to być nawet w połowie tak trudne jak sama nazwa. A nadchodzący wielkimi krokami kodeks gwardii powinien dać dodatkowy impuls by przysiąść na chwilę do tego. Co prawda wielkość modelu trzymającego proporcję mnie trochę przeraża nawet biorąc poprawkę na apokaliptyczne pola bitew. Dali nam jednak marinsi przykład jak proporcję traktować mamy.
Oczywiście model na pierwszym zdjęciu też robi wrażenie sam siebie zwłaszcza jeśli się pamięta, że jest on w skali epic'a czyli do wielkich nie należy. Sama fota pochodzi z jakiegoś konkursu malarskiego modeli do Epica. Sama koncepcja takiego kontestu dla mnie ociera się o Armageddon ;) więc choćby z tego powodu warto kliknąć i zobaczyć więcej prac (jeśli ktoś jeszcze ich nie widział). Nawet fani Herezji Horusa znajdą coś dla siebie.
Etykiety:
ładne,
twórczość fanowska
wtorek, 10 lutego 2009
Dla miłośników old-skol'u i BA
Naszły mnie ostatnio jakieś klimaty retro tzn. są one mi zawsze bliskie ale ostatnio mnie odwiedziły w kontekście 40ki i postanowiłem sobie odświeżyć rozpiski pamiętające jeszcze czasy 3ciej edycji. Wiecie, powspominać z łezką w oku tzw. good old days. Nie żeby mi się aktualne zasady nie podobały - wręcz przeciwnie - uważam je za bardzo dobre, ale jednak jak się w coś grało w pyte czasu temu to jest super niejako programowo. W pamięci pozytywy skutecznie przesłaniają wszelkie negatywy, a przynajmniej wady już tak nie bolą - co najwyżej wzbudzają uśmiech politowania.
Przeglądałem sobie ostatnio rozpiski sprzed lat i edycji i wyszperałem klasyczny RR bladziowy autorstwa Emana na 1500 punktów:Force Commander (terminator honours, 2 lightning claws, iron halo)
Honour Guard (3*power weapon, 2* meltagun)
Veteran Sergant (bolt pistol, cc weapon);
Sanguinary Priest (power weapon, bolt pistol, terminator honours);
Standard Bearer (power fist, bolt pistol, terminator honours);
Rhino (extra armour, smoke);
Chaplain (terminator honours, 2 lightning claws);
Death Company;
Rhino (extra armour, smoke);
Veteran Squad (bolt pistol i cc weapon, 1*meltagun);
Veteran Sergant (power weapon, bolt pistol);
Rhino (extra armour, smoke);
Tactical Squad(flamer);
Veteran Sergant (bolt pistol, cc weapon);
Rhino (extra armour, smoke);
Tactical Squad(meltagun);
Veteran Sergant (bolt pistol, cc weapon);
Rhino (extra armour, smoke);
Land Speeder (multimelta);
Land Speeder (multimelta);
Whirlwind (extra armour, smoke launchers);
Models in Army: 40;
A tu dla porównania współczesne bladzie na półtora k autorstwa Droopsa:
Hq:
1 x Chaplain - 100p Power Fist, Jump Pack, Combimelta = 155p
TR:
2 x Assault Squad - 140p Power Fist = 165 x 2
1 x Assault Squad - 140p Power Weapon, Meltabombs, Rhino = 155p
1 x Tactical Squad - 115p Power Weapon, Flamer, Rhino = 175p
HS:
2 x Baal Class Predator - 100p Heavy Bolter = 125 x 2
FA:
2 x 2 Attack Bike - 50p Multimelta = 200p
EL:
1 x Death Company Jump Pack, 6 x AM = 230p
Nie będę się silił na jakieś próby porównania tych rozpisek czy wyciągania wniosków. Po prostu, niby to samo czyli dosyć duże ciągnoty do HtH ale jednak zupełnie inaczej. Fajnie się patrzy na takie rozpiski sprzed lat zwłaszcza jak je się skonfrontuje z aktualnymi kserami ups... wypracowanymi rozwiązaniami ;).
Jakby ktoś chciał więcej takich perełek z lamusa to zapraszam do tego tematu.
Etykiety:
ciekawsotka,
kodeksy
piątek, 6 lutego 2009
Skill a noże czyli dobry tekst.
Klikając sobie tu i ówdzie natrafiłem na dyskusję na Border Princes odnośnie zanikającego znaczenia skill'a gracza przy coraz mocniejszym wpływie na rozgrywkę rozpisek samych z siebie. Szczerze mówiąc jak sobie tak pomyślę o chaosie na dwóch laszach czy innym Eldradzie to mam wrażenie, że nie jest to wyłącznie kwadratowy problem.
Tu jest link do stosownego tematu (bardzo polecam posta Barbarossy - jeszcze na pierwszej stronie), bardzo krótkiego jak na standardy tamtego forum co może oznaczać, że tak naprwdę nie ma nad czym się spierać i rzeczywiście wystarczy kupić demony czy Wampiry, skserować rozpiskę i już można rzeeeezać.
Jednak ta notka nie powstała by marudzić na politykę GW ani rolę beta-testerów w procesie powstawania zasad. A raczej jej totalnego braku. Wpis ten powstał dla tego cytatu z podpisu Cyela:
"There is a pervasive attitude in Warhammer that "one shouldn't bring a knife to a gunfight." The whole reason that Rambo is a badass is because he indeed brings a knife to a gunfight, and still wins."
Przezacność.
Tu jest link do stosownego tematu (bardzo polecam posta Barbarossy - jeszcze na pierwszej stronie), bardzo krótkiego jak na standardy tamtego forum co może oznaczać, że tak naprwdę nie ma nad czym się spierać i rzeczywiście wystarczy kupić demony czy Wampiry, skserować rozpiskę i już można rzeeeezać.
Jednak ta notka nie powstała by marudzić na politykę GW ani rolę beta-testerów w procesie powstawania zasad. A raczej jej totalnego braku. Wpis ten powstał dla tego cytatu z podpisu Cyela:
"There is a pervasive attitude in Warhammer that "one shouldn't bring a knife to a gunfight." The whole reason that Rambo is a badass is because he indeed brings a knife to a gunfight, and still wins."
Przezacność.
Etykiety:
ciekawsotka,
scena turniejowa
środa, 4 lutego 2009
Kwadraty z okrągłej perspektywy
Jakiś czas temu w przypływie nastroju i magii chwili kupiłem sobie figurki skavenów. Były to moje pierwsze figurki na kwadratowych podstawkach od 12 lat - kiedy ostatni raz grałem w tą grę to w fazie magii używało się jeszcze specjalnej tali kart nazywanej Winds of Magic. Oczywiście przed zakupem zajrzałem na stosowne fora by wybadać co jest na topie w rozpiskach tej armii by to co przyniosę ze sklepu miał jakiś zalążek grywalności. Oczywiście jak minęła magia chwili to potem te figury przez wiele miesięcy leżały na półce i za każdym razem gdy do nich się zbliżałem to na widok liczby zawodników do sklejenia myślałem - eee następnym razem. Aż w końcu się zebrałem i poskładałem szczurki w miarę do kupy by zagrać sobie dwie bitwy. Potem się okazało, że żadna z nich za wiele nie miała wspólnego z zasadami i to w obie strony. No ale w sumie jest to naturalne i nie powinno dziwić jeśli jest się wyznawca teorii, że podręczniki najlepiej sprawdzają się w roli rekwizytu w trakcie "dyskusji" o zasadach, a czytać ich nie należy bo i tak nic tam nie ma, a poza tym faqi wystarczą by grać.

Wczoraj miałem okazję zagrać po raz trzeci z osobą która zasady zna bardzo dobrze i wytłumaczyła mi zarówno przed bitwą jak i w jej trakcie sporo spraw które dla mnie były mocno niejasne. Dzięki temu mogę powiedzieć w końcu, że zagrałem w Battla. I nie żałuję.
W tej grze uchowały się pewne rzeczy które kiedyś również były w 40stce ale odeszły w mrok niepamięci wraz z 3cią edycją. Są to np. różne wartości movementa dla różnych ras czy minusy do sejwa uzależnione od siły. Spotkanie z tymi zasadami było dla mnie takim odświeżającym powiewem old-skulu. Jednak wiele rzeczy mnie zaskoczyło bo już zdążyłem zapomnieć jak to działa np. wystawienie. W 40sce jak coś "krzywo" postawimy to dany oddział traci turę na nadrobienie braków swojego generała. W battlu uratowanie sytuacji to parę tur albo w ogóle się nie da. Po prostu wystawiając armię na stół trzeba mieć już jakiś pomysł na bitwę bo wymyślanie go w okolicach 3ciej tury ma wszelkie predyspozycje by się nie sprawdzić. Nawet jeśli pomysł jest taki prosty jak wystrzelać przeciwnika zanim się zbliży to w trakcie jego realizacji może pojawić się wiele komplikacji. Poza tym trzeba mieć jakiś plan na kupienie sobie czasu bo dwie tury mogą niestyknąć na zabicie przeciwnika w całości.
W ogóle miałem wrażenie, że te szczury które wystawiłem są takim safhem jakim nawet w 40ksce jeszcze nie grałem. Może to wynikało z faktu, że lizaki na przeciwko były dosyć ofensywnie usposobione a może z braku jakiegoś punktu odniesienia. Ale strzelały a zwłaszcza czarowały całkiem-całkiem więc jeśli kogoś od battla odstrasza perspektywa odkładnia się halabardami po szyszakach i brak możliwościu uczciwego odstrzelenia sporej części wrogów zanim do tych karczemnych scen dojdzie to niesłusznie. Bo da się tam całkiem skutecznie grać na pograniczu własnego deploymentu.
Kolejna rzecz która mi się podoba to, że przed walką ze sporym prawdopodobieństwem można ustalić jej wynik. W 40sce niby też ale tylko gdy się spotykają dwa bieguny combatowe np. herlawi i 4 scoutów. Natomiast w wfb: nieważne kto kogo i tak sporo wiadomo bez rzucania kostek a często w ogóle nie trzeba rzucać by wiedzieć, że ktoś wygrał a turla się wyłącznie by ustalić jak bardzo. To plus brak freestyle w ruszaniu jednostek, przynajmniej tych w klockach, oraz ograniczone kąty widzenia sprawia, że planowanie czegokolwiek w tej grze powinno obejmować parę tur w przód bo inaczej można się obudzić z ręką w kanałach.
Kolejna ciekawostka to Ld. Generalnie jest niski a skaveński wręcz skandalicznie. Przynajmniej goły. Na szczęście szczury w kupie czują się raźniej i w ilościach hurtowych nawet kozaczą jednak nie zmienia to faktu, że rzuciłem 3 liderki w jednej turze wszystkie oblałem i zdjąłem około 70 figurek. Było to dla mnie całkiem szokujące doświadczenie. A do tego, że mój generał miał ld uwaga, uwaga - 5 (sic) dochodzi to, że testów tego współczynnika w tej grze jest całkiem sporo zwłaszcza porównując do obecnej edycji 40ki. Tu jakiś fear, tu jakiś terror tu ktoś ucieknie w pobliżu więc turlamy panice itd... Całkiem sporo tego się uzbiera.
Następna rzecz która mi się rzuciła w oczy to ogromna losowość maszyn strzelających oraz magii. Bazowanie na tych elementach z tego co wiem sprawdza się ale nie jest to tak jak było z Iron Warriorami kiedyś, że stało się w coverze i łupało cegłami w wszystko co się nawinęło. W battlu trzeba mieć nerwy - co chwila coś próbuje wybuchnąć nieważne czy to lufa czy głowa maga. I np. skaveńscy elektrycy mają całkiem spore szanse na zabicie się sami, warp-lighting cannon może wybuchnąć z dużym plackiem a rattling (taki ichni assault cannon) we wczorajszej bitwie właściwy (w sensie do wroga) strzał oddał już (!) za 4 razem po drodze jeden wybuchł a drugi najpierw zaciął się by w kolejnej turze zabić 10 szczurów. Cóż life is cheap.

To taka moja garść odczuć na gorąco. Z tego co się orientuję to zagląda tu całkiem spora grupa osób która na battlu zna się całkiem, całkiem i niektóre moje tezy mogą im się wydać cóż no.. zaskakujące ale pewnie do tematu jeszcze będę powracał więc i obserwacje będą się dostosowywać do rosnącego (mam nadzieję) skilla. A póki co mogę szczerze powiedzieć, że WFB mi się spodobał. Nie zamierzam od razu podbijać kwadratowej ligi ale mam nadzieję, że będzie mi się udawało regularnie pograć sobie towarzysko. Gra niby w wielu miejscach podobna do 40ki jednak różnice sprawiają, że wymaga zupełnie innego sposobu myślenia. Co sprawia, że jest fajną odskocznią zanim człowiek totalnie zatraci umiejętność dostrzegania kąta prostego pod figurką.
Etykiety:
inne gry GW
niedziela, 1 lutego 2009
All ahead full

Jakiś czas temu wspominałem, że w Poznaniu zaczynamy przygodę z kampanią Ghotica i przy tej okazji odgrażałem się, że będę zdawał tu relację z jej progresu. Zacznę więc od tego że postęp jest - mamy już nawet 6 turę. Oczywiście nie idzie to w 100% zgodnie z planem ale mam wrażenie, że nikt tego nie oczekiwał. Ale również nikt się nie spodziewał (nie, nie hiszpańskiej inkwizycji), że będzie to szło aż tak sprawnie. Z tego płynie wniosek dla mnie dość budujący, że nawet w gronie ludzi nie grzeszących wolnym czasem da się zorganizować kampanie której końcem nie będzie śmierć naturalna, jeśli tylko ktoś będzie pilnował terminów. Nie jest to co prawda wielce wdzięczne zadanie ale niezbędne by cała impreza miała szanse powodzenia.
Kolejną refleksją po tych kilku turach jest, że w kampaniach najlepsze są nie bitwy lecz to co pomiędzy nimi. Co prawda na gołych przepisach z podręcznika BFG nie ma zbyt wiele strategi budowy galaktycznego imperium i floty go chroniącej ale i tak jest kilka możliwości i różnych ścieżek rozwoju. Jest na przykład tak, że Liderka w takich zmaganiach jest bardzo dynamicznym współczynnikiem i może ulegać zmianą praktycznie co bitwę. Przy czym oczywiście jej spadek jest o wiele łatwiejszy do osiągnięcia niż wzrost. Ten współczynnik dla lotniskowców jest ciut ważniejszy niż dla innych statków więc je należy bardziej chronić przed jej utratą bo w kolejnych bitwach mogą one być po prostu jedynie na wpół użyteczne. Ale można też grać agresywnie Ld mieć w pompie i brać kolejne statki z posiłków które przysługują kazdemu graczowi, a ich wielkość jest uzależniona od osiąganych wyników w bitwach.
Myślę, że przy kolejnej kampanii bo mam nadzieję, że uda się po stosownej 3 miesięcznej przerwie na odsapnięcie, takową zorganizować, postaram się o ciut więcej kombinatoryki pomiędzy bitwami. Oczywiście to jest bardzo triki by nie przegiąć bo to w końcu chodzi o to by sobie polatać statkami ale jeśli dojdzie parę (i to dosłownie) smaczków zabawa może na tym jedynie zyskać. Bo nie warto ruszać za bardzo tych przepisów bo pomimo wspomnianej już prostoty są dobre. Najlepsze w nich jest to że wygrywa ten nie z największą ilością planet, lecz tzw. renown'a. Natomiast ciała niebieskie dają jedynie lub aż możliwości naprawcze statków. Co istotne renown można w calkiem konkretnych liczbach zdobywać również w przegranych bitwach jeśli tylko dojdzie do ogólno sektorowej kosmicznej rzeźni.
Ostaniom już refleksją jest to, że nawet przy małej grupie graczy nawet najprostsza strona www bardzo pomaga. Zwłaszcza jeśli bazuje się na mapie. Możliwość by dowolnym momencie rzucić okiem na położenie flag i planet, sprawdzić flotę przeciwnika czy swój stan posiadania sprawia, że gracze nie muszą się gdzieś spotykać by wydać swoje rozkazy. No i w miare na bierząco wprowadzane wyniki budują napięcie które bardzo się przydaje by ludzie się wciągnęli w zabawę i kampania miała szanse dotrzeć do końca.
Etykiety:
BFG
sobota, 31 stycznia 2009
Secondary target. Completed.
Podejrzewam, że nie wszyscy zapoznali się z regulaminem ostatniego turnieju który się odbył w poznańskim Bardzie. Powiem więcej - myślę, że zdecydowana mniejszość go nawet nie zauważyła. Ze mną pomimo, że wybierałem się na ten turniej było podobnie i pewne dodatkowe smaczki odkrywałem dopiero przy liczeniu punktów, co było średnio fortunnym momentem, ale taka jest cena lenistwa. I właśnie o tych naprawdę ciekawych źródłach dodatkowych punktów chciałem napisać. Nasz organizator w osobie Nisza przyznał się bez bicia , że mocno supportował się regulaminami amerykańskich Grand Tournamentów.
Poza normalnymi punktami za cele misji które dawały wynik maksymalnie 19-1 można było zdobyć bonusowe VP za spełnienie dodatkowych celi misji. Ta extra punktacja przedstawiała się w następujący sposób:
Dodatkowe cele:
Pierwszy - 3pkt
Drugi - 2 pkt
Trzeci - 1 pkt
Natomiast same cele w kolejnych misjach wyglądały tak:
I
Pierwszy - Zabicie HQ przeciwnika
Drugi - Brak jednostek przeciwnika we własnej strefie rozstawienia
Trzeci - Najtańsza jednostka w armii jest wciąż na stole
II
Pierwszy - Zniszczyć najdroższą jednostkę przeciwnika
Drugi - Kontrolować więcej ćwiartek od przeciwnika
Trzeci - Własne HQ zostaje przy życiu na końcu bitwy
III
Pierwszy - Zniszczyć więcej jednostek typu Troops przeciwnikowi niż on nam
Drugi - Kontrolować więcej ćwiartek niż przeciwnik
Trzeci - Najdroższa jednostka własna jest wciąż na stole
W moim odczuciu to rozwiązanie sprawdziło się wyśmienicie niwelując trochę monotonię która pomału zaczęła się wkradać do regulaminów turniejowych od czasu zmiany edycji. Myślę, że warto je częściej stosować i po prostu dać mu sznasę. Zresztą te dodatkowe celi misji można mnożyć/losować i pewnie parę innych rzecz z nimi zrobić.
Natomiast jeśli dla kogoś nadal było by mało udziwnień to w poszukiwaniu inspiracji powinien zajrzeć do Projektu 40k Armour Sejw'ów prowadzonego na Glorii Victis przez Yakubu. W jednym z ostatnich wpisów zostało omówione co można zrobić z regulaminem i na co zwrócić uwagę. Polecam.
Poza normalnymi punktami za cele misji które dawały wynik maksymalnie 19-1 można było zdobyć bonusowe VP za spełnienie dodatkowych celi misji. Ta extra punktacja przedstawiała się w następujący sposób:
Dodatkowe cele:
Pierwszy - 3pkt
Drugi - 2 pkt
Trzeci - 1 pkt
Natomiast same cele w kolejnych misjach wyglądały tak:
I
Pierwszy - Zabicie HQ przeciwnika
Drugi - Brak jednostek przeciwnika we własnej strefie rozstawienia
Trzeci - Najtańsza jednostka w armii jest wciąż na stole
II
Pierwszy - Zniszczyć najdroższą jednostkę przeciwnika
Drugi - Kontrolować więcej ćwiartek od przeciwnika
Trzeci - Własne HQ zostaje przy życiu na końcu bitwy
III
Pierwszy - Zniszczyć więcej jednostek typu Troops przeciwnikowi niż on nam
Drugi - Kontrolować więcej ćwiartek niż przeciwnik
Trzeci - Najdroższa jednostka własna jest wciąż na stole
W moim odczuciu to rozwiązanie sprawdziło się wyśmienicie niwelując trochę monotonię która pomału zaczęła się wkradać do regulaminów turniejowych od czasu zmiany edycji. Myślę, że warto je częściej stosować i po prostu dać mu sznasę. Zresztą te dodatkowe celi misji można mnożyć/losować i pewnie parę innych rzecz z nimi zrobić.
Natomiast jeśli dla kogoś nadal było by mało udziwnień to w poszukiwaniu inspiracji powinien zajrzeć do Projektu 40k Armour Sejw'ów prowadzonego na Glorii Victis przez Yakubu. W jednym z ostatnich wpisów zostało omówione co można zrobić z regulaminem i na co zwrócić uwagę. Polecam.
Etykiety:
scena turniejowa
środa, 28 stycznia 2009
Demoniczna Horda
No i udało mi się w miniony weekend zagrać swoje debiutanckie bitwy demonami. Co prawda na małe punkty i na stołach 48” na 48” ale zawsze na początek to wystarczy by mieć w ogóle jakiekolwiek odczucia z autopsji na temat armii. Zresztą mam wrażenie, że format 2k nie jest już tak popularnym standardem jak choćby w czasach głębokiej 4 edycji, przynajmniej w Poznaniu. Nie przypominam sobie kiedy ostatni raz grałem na takie punkty – na pewno nie przez ostatnie 3 miesiące. Co nie ukrywam, że mnie cieszy ale nie o tym miało być.
Wziąłem na ten turniej dużego demona Tzeentcha, dwa odziały flamerów, soulgrindera oraz dwa oddziały horrorów: mniejszy i większy z changellingiem. A do tego magicznego tałatajstwa dorzuciłem jeszcze „vulgar display of power” pod postacią letterów oraz Bloodcrusherów. I ta kontra w przekroju całego turniej najbardziej mnie zauroczyła. Może dlatego, że wbrew pozorom jest najprostsza w użyciu: spadasz - zamykasz oczy – szarżujesz. Oczywiście sporo upraszczam i po drodze przeciwnik może np. strzelić z rapida co może być salwą ostatecznej zagłady ale na prawdę trudno przeszacować potencjał destrukcyjny stojący za psychopatami spod znaku Khorna. Jest powalający, żadne tam pitu pitu z rendingiem – po prostu czysta moc. Co prawda popularny wśród marinsów (z którymi przyszło mi grać wszystkie 3 bitwy) inv na 3+ trochę człowieka ogranicza ale nie należy go przeceniać.
Przynajmniej na dużym Tzeentchowym jest co najmniej przereklamowany. Dwa razy zginął praktycznie od jednej salwy a pociski stenguardów, zawsze raniące na 2+ sprawiły, że nawet tafem szóstką nie mogłem się polansować. No ale jak się ląduje pierwszemu napotkanemu marinsowi na głowie to trudno oczekiwać czegoś dobrego. No właśnie - wybór miejsca do lądowania. Kluczowy moment w którym człowiekowi towarzyszy poczucie, że i tak to jest bez sensu bo się wyląduje np. 9” w lewo. A dla takich flamerów Tzeentcha z ich najgroźniejszym strzelaniem o zasięgu palnika może to być dramatem zwłaszcza, że w ich przypadku trudno się spodziewać drugiego podejścia do fazy szotingu.
Zresztą z horrorami nie jest wiele lepiej choć one może i będą miały okazję kilka razy strzelić to efekty nie będą rzucały na kolana a zaszarżowane dostaną łomot od każdego łącznie z takimi wytwórcami świec. BS3 i siła 4 pomimo dużej ilości strzałów nie dają większych szans na sukces. A Bolt of Change w ich przypadku już w ogóle jest dla hardkorowych optymistów. No ale są troopsem z inv,em na 4+ i pewnie też na coś bez power armoura lepiej by zadziałały tymi swoimi pseudo pestkami.
Nie da się natomiast ukryć, że soulgrinder jest całkiem, całkiem aktualnie zwłaszcza na coś w najpopularniejszym pancerzu galaktyki - w miarę tani, 13 AV, duży placek z AP3 i 4 ataki – naprawdę działa. Jedynie jego gabaryty sprawiają, że czasem człowiek nie wie gdzie go postawić na tym stole by się zmieścił. A ja wystawiłem tylko jednego.
Kiedyś w Magii i Mieczu – tym piśmie o rpgach od którego wielu zaczynało swoją karierę z „fantastyką aktywną” był scenariusz do Kryształów Czasu pt. Demoniczna Horda. Był skomplikowany jak budowa cepa a nawet chyba mniej - szło się bowiem od lokacji do lokacji i tłukło ze wszystkimi aż się dochodziło do Bossa. Dosyć szybko stwierdzenie „Demoniczna Horda” stało się synonimem prymitywizmu i jedno czy wręcz pół wymiarowej zabawy. Po tym turnieju moje podejrzenia się potwierdziły i stwierdzam, że Demoniczna Horda w wykonaniu GW jest dokładnym przeciwieństwem tej z przed lat - ilość opcji zlożenia tej armii i czerpania z funu z gry nią stawia dla mnie ten kodeks w czołówce Best of Games Workshop.
A że rydwanami się jeździ w 40 millenium? Póki nie mają impactów i nie giną od siły 7 to mi to nie przeszkadza. Choć w sumie te impacty chyba by nikomu nie zaszkodziły…. ;)
Wziąłem na ten turniej dużego demona Tzeentcha, dwa odziały flamerów, soulgrindera oraz dwa oddziały horrorów: mniejszy i większy z changellingiem. A do tego magicznego tałatajstwa dorzuciłem jeszcze „vulgar display of power” pod postacią letterów oraz Bloodcrusherów. I ta kontra w przekroju całego turniej najbardziej mnie zauroczyła. Może dlatego, że wbrew pozorom jest najprostsza w użyciu: spadasz - zamykasz oczy – szarżujesz. Oczywiście sporo upraszczam i po drodze przeciwnik może np. strzelić z rapida co może być salwą ostatecznej zagłady ale na prawdę trudno przeszacować potencjał destrukcyjny stojący za psychopatami spod znaku Khorna. Jest powalający, żadne tam pitu pitu z rendingiem – po prostu czysta moc. Co prawda popularny wśród marinsów (z którymi przyszło mi grać wszystkie 3 bitwy) inv na 3+ trochę człowieka ogranicza ale nie należy go przeceniać.
Przynajmniej na dużym Tzeentchowym jest co najmniej przereklamowany. Dwa razy zginął praktycznie od jednej salwy a pociski stenguardów, zawsze raniące na 2+ sprawiły, że nawet tafem szóstką nie mogłem się polansować. No ale jak się ląduje pierwszemu napotkanemu marinsowi na głowie to trudno oczekiwać czegoś dobrego. No właśnie - wybór miejsca do lądowania. Kluczowy moment w którym człowiekowi towarzyszy poczucie, że i tak to jest bez sensu bo się wyląduje np. 9” w lewo. A dla takich flamerów Tzeentcha z ich najgroźniejszym strzelaniem o zasięgu palnika może to być dramatem zwłaszcza, że w ich przypadku trudno się spodziewać drugiego podejścia do fazy szotingu.
Zresztą z horrorami nie jest wiele lepiej choć one może i będą miały okazję kilka razy strzelić to efekty nie będą rzucały na kolana a zaszarżowane dostaną łomot od każdego łącznie z takimi wytwórcami świec. BS3 i siła 4 pomimo dużej ilości strzałów nie dają większych szans na sukces. A Bolt of Change w ich przypadku już w ogóle jest dla hardkorowych optymistów. No ale są troopsem z inv,em na 4+ i pewnie też na coś bez power armoura lepiej by zadziałały tymi swoimi pseudo pestkami.
Nie da się natomiast ukryć, że soulgrinder jest całkiem, całkiem aktualnie zwłaszcza na coś w najpopularniejszym pancerzu galaktyki - w miarę tani, 13 AV, duży placek z AP3 i 4 ataki – naprawdę działa. Jedynie jego gabaryty sprawiają, że czasem człowiek nie wie gdzie go postawić na tym stole by się zmieścił. A ja wystawiłem tylko jednego.
Kiedyś w Magii i Mieczu – tym piśmie o rpgach od którego wielu zaczynało swoją karierę z „fantastyką aktywną” był scenariusz do Kryształów Czasu pt. Demoniczna Horda. Był skomplikowany jak budowa cepa a nawet chyba mniej - szło się bowiem od lokacji do lokacji i tłukło ze wszystkimi aż się dochodziło do Bossa. Dosyć szybko stwierdzenie „Demoniczna Horda” stało się synonimem prymitywizmu i jedno czy wręcz pół wymiarowej zabawy. Po tym turnieju moje podejrzenia się potwierdziły i stwierdzam, że Demoniczna Horda w wykonaniu GW jest dokładnym przeciwieństwem tej z przed lat - ilość opcji zlożenia tej armii i czerpania z funu z gry nią stawia dla mnie ten kodeks w czołówce Best of Games Workshop.
A że rydwanami się jeździ w 40 millenium? Póki nie mają impactów i nie giną od siły 7 to mi to nie przeszkadza. Choć w sumie te impacty chyba by nikomu nie zaszkodziły…. ;)
Etykiety:
kodeksy
piątek, 23 stycznia 2009
Mroczny Rytuał - The Beginning
Miałem wielką chęć czy wręcz wolę by pojechać do Wrocławia na tamtejszego chelka który odbył się w zeszły weekend. Niestety zła aura na dworze wygrała z moim organizmem i przez jakieś podłe choróbsko z Warpa rodem zostałem uziemiony już od piątku. I tyle było latania Saim Hainem który planowałem wziąć z sobą do stolicy Dolnego Śląska. A miało być tak pięknie i błyszcząco, w końcu w ramach dbania o swój imidż klimaciarza ;) nawet Shining Spearów na pełnym wypasie (no prawie) wepchnąłem w to 1450 punktów na które tam się grało. No ale mówi się trudno i kombinuje się dalej.
Nadchodzi kolejny weekend a w raz z nim kolejna okazja by pograć - tym razem na lokalu w Poznaniu z limitem 1300 punktów. Wymyśliłem sobie, że Eldary są tainted i przynoszą pecha (tak miałem temperaturę formułując tą tezę) więc wezmę demony. W końcu za każdym razem gdy zbliżam się do chaosu Byty które aktualnie określa się jako Lesser Deamon'y nieśmiało przebąkują coś o tym ile krucjat potrzeba by otworzyć człowiekowi klapki na oczach ale dopiero teraz po raz pierwszy dam im szanse. Będą mogły pokazać, że o ile Demony tak to niekoniecznie Lesser. W końcu czy może być lepszy turniej dla armii uzależnionej od rzutów na rezerwy i wchodzącej w całości z Deep Strika niż taki na małe punkty na jeszcze mniejszym stole?
No właśnie :D
Początkowo chciałem iść na całość i zrobić rozpiskę bazującą wyłącznie na Tzeentchu ale po chwili refleksji stwierdziłem, że to już by było zbyt wiele i dołożyłem trochę morderców spod znaku Khorna. Ma to też plusy estetyczne ponieważ nowe Bloodlettery to IMO rewelacyjne figurki. Jedne z tych nielicznych które inspirują do zbierania całych armii na nich bazujących. Nie miałem zatem szczególnych oporów przed dołożeniem ich do rozpiski.
Oczywiście planuje po całej zabawie zdać relację z moich zmagań z kostkami i przeciwnikami na tym blogu a póki co idę złożyć ofiarę bogom chaosu w ramach jakiegoś mrocznego rytuału...
Nadchodzi kolejny weekend a w raz z nim kolejna okazja by pograć - tym razem na lokalu w Poznaniu z limitem 1300 punktów. Wymyśliłem sobie, że Eldary są tainted i przynoszą pecha (tak miałem temperaturę formułując tą tezę) więc wezmę demony. W końcu za każdym razem gdy zbliżam się do chaosu Byty które aktualnie określa się jako Lesser Deamon'y nieśmiało przebąkują coś o tym ile krucjat potrzeba by otworzyć człowiekowi klapki na oczach ale dopiero teraz po raz pierwszy dam im szanse. Będą mogły pokazać, że o ile Demony tak to niekoniecznie Lesser. W końcu czy może być lepszy turniej dla armii uzależnionej od rzutów na rezerwy i wchodzącej w całości z Deep Strika niż taki na małe punkty na jeszcze mniejszym stole?
No właśnie :D
Początkowo chciałem iść na całość i zrobić rozpiskę bazującą wyłącznie na Tzeentchu ale po chwili refleksji stwierdziłem, że to już by było zbyt wiele i dołożyłem trochę morderców spod znaku Khorna. Ma to też plusy estetyczne ponieważ nowe Bloodlettery to IMO rewelacyjne figurki. Jedne z tych nielicznych które inspirują do zbierania całych armii na nich bazujących. Nie miałem zatem szczególnych oporów przed dołożeniem ich do rozpiski.
Oczywiście planuje po całej zabawie zdać relację z moich zmagań z kostkami i przeciwnikami na tym blogu a póki co idę złożyć ofiarę bogom chaosu w ramach jakiegoś mrocznego rytuału...
Etykiety:
varia
środa, 21 stycznia 2009
Czarna biblioteka na białym tle.

Już jakiś czas temu strona Black Library przeszła całkiem spory face-lifting, zresztą podobnie jak i główna strona Gamesa. Oprócz oczywistych zmian w warstwie wizualnej dostosowaną ją do jakże modnych ostatnio standardów Web 2.0 (cokolwiek to oznacza) poprzez dodanie bloga. Wydaje mi się, że motywem przewodnim stojącym za tym działaniem jest "zmniejszenie dystansu" pomiędzy autorami książek a ich czytelnikami. Zresztą już wcześniej było widać rosnącą świadomość zachodzących zmian w sieci wśród ludzi z BL choćby poprzez fakt, że "weszli" na facebook'a.
Sam blog jest regularnie i co ważne często aktualizowany jednak większość wpisów spełnia funkcje informacyjne i mówiąc wprost reklamowe. Jednak zdażają się też czasem ciekawsze notki i myślę, że dla nich warto dodać kanał RSS'ów w końcu jeden w tą czy w tą różnicy nie robi.
Przy tej okazji powstaje oczywiste pytanie czy kiedyś takiego bloga dorobi się główna strona GW by zacieśnić kontakt pomiędzy twórcami zasad a graczami - nawet jeśli to osobiście mam poważne wątpliwości czy komentarze pod wpisami będą włączone. W końcu ile można czytać a jak działa cyklon u wilków? ;)
PS Wy też lądujecie na różnych stronach wpipsując blacklibrary.com a www.blacklibrary.com ? :)
Etykiety:
black library,
nowości GW
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Przecieki kontrolowane

Niedługo czeka nas wszystkich - graczy ligowych - za sprawą Misia i jego aliantów (?) miła niespodzianka. Esencja ligi czyli ranking przechodzi aktualnie przez fazę testów po face liftingu. I to takim który powinien zaspokoić nawet tych co bardziej wybrednych zarówno w warstwie estetyki jak i funkcjonalności.
Jednak póki co trzeba chwilę poczekać, ale do tego się zdążyliśmy przyzwyczaić, zwłaszcza w kontekście tej tabelki z"kilkoma" ;) nazwiskami więc nie powinno być z tym problemu. Zwłaszcza, że jak historia uczy na dobre rzeczy warto poczekać...
Etykiety:
scena turniejowa
czwartek, 15 stycznia 2009
Festung Breslau na celowniku
Już w ten weekend we Wrocławiu odbędzie się kolejny w tym sezonie ligowym turniej klasy chellenger o wdzięcznej i skromnej nazwie Mini Wars. Niestety musiał on zastąpić master który do tej pory odbywał się w stolicy Dolnego Śląska i który był przez długie lata żelaznym punktem w kalendarzu ligowym. Jednak dwie z rzędu, nie udane imprezy sprawiły, że prawo do organizacji mastera zyskał inny ośrodek a środowisko z Wrocławia musi się zadowolić trochę niższą rangą turnieju by odbudować swoją reputację na scenie.
Właśnie środowisko jest jednym z bardzie enigmatycznych w naszym kraju przynajmniej patrząc z zewnątrz. W przypadku Krakowa, Trójmiasta czy Poznania zawsze wiadomo kto stoi za każdą inicjatywą 40kową i to zarówno indywidualnie jak i klubowo. Nawet w Warszawie gdzie nie ma sformalizowanej organizacji wszystko jest jasne i już teraz np. wiadomo kto się podjął organizacji DMP i kto mu będzie pomagał. Natomiast w Wrocławiu to wszystko jest spowijane Fog of War. Wnioskuje zatem, że brak tam klubu czy po prostu jakiejś większej grupy graczy nadających na tych samych falach a w zamian jest zbiór jednostek mających wspólne hobby i tyle. Dobrze to nie wróży turniejowi bo poza napisaniem regulaminu czy sprawdzeniem rozpisek trzeba na miejsce przewieźć a następnie ustawić stoły a to już się trudniej robi w pojedynkę czy w trójkę.
A skoro już jesteśmy przy regulaminie to dopiero ostatnio zostało mi uświadomione na jakich stołach będzie rozgrywany ten turniej - 54" - z czego wynika ta wielkość - nie mam pojęcia ale jest mocno niestandardowa i w mojej opinii zbyt mała jak na 1450 punktów. Ale pewnie moje spojrzenie jest wypaczone przez armię która planuje wziąć.
Sędzią głównym będzie Damian Radziewicz osoba bardzo zasłużona na polskiej scenie 40kowej i powszechnie lubiana. Jednak w ostatnim czasie mająca ,nie ukrywajmy, mało z tą sceną wspólnego (a należy pamiętać o zmianie edycji "po drodze") i pomimo, że na pewno nie można Damianowi odmówić doświadczenia w prowadzeniu tego rodzaju imprez jest to wybór co najmniej odważny.
Podobnie jak dopuszczenie speciali na takie punkty bo nie da się ukryć, że Eldrad czy inne koksy w power armour'ach przy mało licznych (przynajmniej punktowo) armiach i tej wielkości stołach mogą dać "ciekawe efekty". Czyli najzwyczajniej w świecie wypaczyć sens zabawy znacznie ją psując jednej ze stron. O ile ostatnio jest zdecydowanie za dopuszczaniem speciali to jednak nie koniecznie na każde (czytaj - małe) punkty.
Kolejnymi kwestiami które nie pomagają wizerunkowi Mini Wars jest sama organizacja i koszty czyli 35 złotych za wejście plus 5 złotych za prawo rozłożenia karimaty na podłodze. Do tego brak prysznica chyba że się uda kogoś z kluczami przekupić - kolejny hajs. Sala też została załatwiona na ostatni chwilę i losy lokalizacji jak i możliwości noclegu na miejscu, co jest dosyć istotną kwestią dla wszystkich przyjezdnych, długo były nie pewne.
Mogło by się wydawać, że jeśli orgowie zapewnili swojemu turniejowi taki PR to gracze podejdą do niego w najlepszym razie ze sporą rezerwą a w najgorszym "zagłosują nogami" i po prostu imprezę zignorują. A jednak na liście zgłoszeń jest 40 nazwisk. Pomimo tych wszystkich kontrowersji oraz wpadek. Jedyne co pozwala mi pozwala sensownie tłumaczyć tak liczne zainteresowanie pomimo okoliczności towarzyszących to termin. Następny turniej wyjazdowy - Toruń jest dopiero na przełomie lutego i marca natomiast poprzedni już sie skrył w morkach przeszłości wraz z kalendarzami na zeszły rok. Jak widać dla frekwencji turnieju od mitycznego już trademarka lepiej robi atrakcyjny termin. Tyle, że aktualnie o takowy zdecydowanie trudniej niż o szalony regulamin który się wszystkim spodoba. Co doskonale będzie widać już wkrótcę bo chelek w Mieście Najświętszego Masztu jest dopiero początkiem szalonej wiosny turniejowej z Wojną Światów, GTEE i DMP, Wielkanocą i majówką.
Ale to jeszcze przyszłość a póki co można pomału pakować armię i skupić się na Wrocławiu bo przy takiej frekwencji turniej pomimo mniejszych czy większych niedociągnięć jest atrakcyjny a już na pewno jako wydarzenie towarzyskie. A tak naprawdę that's all it's about.
Właśnie środowisko jest jednym z bardzie enigmatycznych w naszym kraju przynajmniej patrząc z zewnątrz. W przypadku Krakowa, Trójmiasta czy Poznania zawsze wiadomo kto stoi za każdą inicjatywą 40kową i to zarówno indywidualnie jak i klubowo. Nawet w Warszawie gdzie nie ma sformalizowanej organizacji wszystko jest jasne i już teraz np. wiadomo kto się podjął organizacji DMP i kto mu będzie pomagał. Natomiast w Wrocławiu to wszystko jest spowijane Fog of War. Wnioskuje zatem, że brak tam klubu czy po prostu jakiejś większej grupy graczy nadających na tych samych falach a w zamian jest zbiór jednostek mających wspólne hobby i tyle. Dobrze to nie wróży turniejowi bo poza napisaniem regulaminu czy sprawdzeniem rozpisek trzeba na miejsce przewieźć a następnie ustawić stoły a to już się trudniej robi w pojedynkę czy w trójkę.
A skoro już jesteśmy przy regulaminie to dopiero ostatnio zostało mi uświadomione na jakich stołach będzie rozgrywany ten turniej - 54" - z czego wynika ta wielkość - nie mam pojęcia ale jest mocno niestandardowa i w mojej opinii zbyt mała jak na 1450 punktów. Ale pewnie moje spojrzenie jest wypaczone przez armię która planuje wziąć.
Sędzią głównym będzie Damian Radziewicz osoba bardzo zasłużona na polskiej scenie 40kowej i powszechnie lubiana. Jednak w ostatnim czasie mająca ,nie ukrywajmy, mało z tą sceną wspólnego (a należy pamiętać o zmianie edycji "po drodze") i pomimo, że na pewno nie można Damianowi odmówić doświadczenia w prowadzeniu tego rodzaju imprez jest to wybór co najmniej odważny.
Podobnie jak dopuszczenie speciali na takie punkty bo nie da się ukryć, że Eldrad czy inne koksy w power armour'ach przy mało licznych (przynajmniej punktowo) armiach i tej wielkości stołach mogą dać "ciekawe efekty". Czyli najzwyczajniej w świecie wypaczyć sens zabawy znacznie ją psując jednej ze stron. O ile ostatnio jest zdecydowanie za dopuszczaniem speciali to jednak nie koniecznie na każde (czytaj - małe) punkty.
Kolejnymi kwestiami które nie pomagają wizerunkowi Mini Wars jest sama organizacja i koszty czyli 35 złotych za wejście plus 5 złotych za prawo rozłożenia karimaty na podłodze. Do tego brak prysznica chyba że się uda kogoś z kluczami przekupić - kolejny hajs. Sala też została załatwiona na ostatni chwilę i losy lokalizacji jak i możliwości noclegu na miejscu, co jest dosyć istotną kwestią dla wszystkich przyjezdnych, długo były nie pewne.
Mogło by się wydawać, że jeśli orgowie zapewnili swojemu turniejowi taki PR to gracze podejdą do niego w najlepszym razie ze sporą rezerwą a w najgorszym "zagłosują nogami" i po prostu imprezę zignorują. A jednak na liście zgłoszeń jest 40 nazwisk. Pomimo tych wszystkich kontrowersji oraz wpadek. Jedyne co pozwala mi pozwala sensownie tłumaczyć tak liczne zainteresowanie pomimo okoliczności towarzyszących to termin. Następny turniej wyjazdowy - Toruń jest dopiero na przełomie lutego i marca natomiast poprzedni już sie skrył w morkach przeszłości wraz z kalendarzami na zeszły rok. Jak widać dla frekwencji turnieju od mitycznego już trademarka lepiej robi atrakcyjny termin. Tyle, że aktualnie o takowy zdecydowanie trudniej niż o szalony regulamin który się wszystkim spodoba. Co doskonale będzie widać już wkrótcę bo chelek w Mieście Najświętszego Masztu jest dopiero początkiem szalonej wiosny turniejowej z Wojną Światów, GTEE i DMP, Wielkanocą i majówką.
Ale to jeszcze przyszłość a póki co można pomału pakować armię i skupić się na Wrocławiu bo przy takiej frekwencji turniej pomimo mniejszych czy większych niedociągnięć jest atrakcyjny a już na pewno jako wydarzenie towarzyskie. A tak naprawdę that's all it's about.
Etykiety:
scena turniejowa
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Konkurs ligowy czyli weź sprawy w swoje ręce
Kiedy zobaczyłem, że Misiu na wszystkich największych forach 40kowych w tym kraju wrzuca info na temat konkursu na nowe logo naszej ligi to szczerze mówiąc nie miałem wiary w sobie, że to się uda. Uda czyli zostanie nadesłane tyle zgłoszeń by rzeczywiście została dokonana jakaś selekcja wśród przynajmniej kilku równie jeśli nawet nie powalających to po prostu dobrych propozycji. Ten brak wiary wynikał z wrażenia, że ludzie w zdecydowanej większości traktują ligę jako coś co robią osoby 3cie i to nie ich bajka. Widać to zresztą nawet na forum ligowym gdzie tylko część koordynatorów się aktywnie udziela i szuka rozwiązań. A reszta się ogranicza do klikania vote. A mówimy o koordynatorach...
4.1. Koordynatorzy Ogólnopolskiej Ligi WH40k to grupa osób decydująca o kształcie ligi, regulaminu, wymogów turniejów etc.
...czego więc oczekiwać od reszty graczy.
Zostałem jednak zaskoczony i to całkiem przyjemnie ponieważ gdy ostatnio wszedłem na forum ligowe odkryłem ten temat i ku mojej radości w kolumnie odpowiedzi nie znajdowało się "0". Nie była to też zmasowana krytyka pod adresem jednej jedynej propozycji tylko kilka rożnych projektów na całkiem, całkiem poziomie. Oczywiście ich ocena może zależeć od punktu odniesienia czy indywidualnych gustów ale na pewno będzie progres względem tego co było. A do tego się to sprowadza.
To co mi się rzuciło w przedstawionych propozycjach w oczy to dosyć mocno położony nacisk na element narodowy w logotypie. Szczerze mówiąc (pisząc?) osobiście nie mam przekonania, że to w przypadku zabawy żołnierzykami jest takie super istotne i nie wiem czy nie lepiej eksponować jakiś akcent bardziej związany z naszym hobby pokroju kostki czy... no... cokolwiek ;). Ponieważ do terminu ustalonego na 31 stycznia zostało jeszcze trochę czasu postanowiłem, z waszą pomocą czytelnicy, wspomóc trochę wszystkich chętnych grafików wiedzą czy warto trzymać się orłów i szachownic czy lepiej pójść tropem kostek, miarek i figurek (na walizki się nikt skusi. Chyba).
A jakby ktoś chciał podpórkę przed odpowiedzią to tu może zobaczyć jak to wygląda w ligach piłkarskich z naszego kontynentu.
4.1. Koordynatorzy Ogólnopolskiej Ligi WH40k to grupa osób decydująca o kształcie ligi, regulaminu, wymogów turniejów etc.
...czego więc oczekiwać od reszty graczy.
Zostałem jednak zaskoczony i to całkiem przyjemnie ponieważ gdy ostatnio wszedłem na forum ligowe odkryłem ten temat i ku mojej radości w kolumnie odpowiedzi nie znajdowało się "0". Nie była to też zmasowana krytyka pod adresem jednej jedynej propozycji tylko kilka rożnych projektów na całkiem, całkiem poziomie. Oczywiście ich ocena może zależeć od punktu odniesienia czy indywidualnych gustów ale na pewno będzie progres względem tego co było. A do tego się to sprowadza.
To co mi się rzuciło w przedstawionych propozycjach w oczy to dosyć mocno położony nacisk na element narodowy w logotypie. Szczerze mówiąc (pisząc?) osobiście nie mam przekonania, że to w przypadku zabawy żołnierzykami jest takie super istotne i nie wiem czy nie lepiej eksponować jakiś akcent bardziej związany z naszym hobby pokroju kostki czy... no... cokolwiek ;). Ponieważ do terminu ustalonego na 31 stycznia zostało jeszcze trochę czasu postanowiłem, z waszą pomocą czytelnicy, wspomóc trochę wszystkich chętnych grafików wiedzą czy warto trzymać się orłów i szachownic czy lepiej pójść tropem kostek, miarek i figurek (na walizki się nikt skusi. Chyba).
A jakby ktoś chciał podpórkę przed odpowiedzią to tu może zobaczyć jak to wygląda w ligach piłkarskich z naszego kontynentu.
Etykiety:
scena turniejowa
czwartek, 8 stycznia 2009
Zadyma w Browarze
W Poznaniu w gronie sztabowców ostatnio zapanowały planszówki i inne karcianki (jednak te nie kolekcjonerskie -na szczęście nasze i naszych portfeli). Testujemy sporo różnych gier w najróżniejszych konwencjach i na fali tych eksperymentów ostatnio przyniosłem do klubu małą gierkę pod tytułem Brewhouse Bash co się tłumaczy na tytuł tej notki. Gra jest do pobrania ze strony gamesa i jakimś cudem uchowała się gdzieś na przepasnych serwerach pomimo wymiany stron i związanej z tym czystki. Tu jest link.
Po paru rozgrywkach stwierdziłem, że się podziele swoimi wrażeniami i odczuciami. Gra przedstawia zadymę w orkowym browarze przedstawionym na planszy którą trzeba wydrukować z pdf'a. Każdy z graczy dostaje pod kontrolę jednego orasa który może w każdej turze wykonać dwie akcje. Akcje poza oczywistymi jak ruch to np. rzut krzesłem, czy podniesienie butelki w wiadomym celu. Jednak zanim zaczniemy grać musimy "stworzyć postać" czyli wylosować ilość woundów naszego zielonoskórego oraz jego specjalny skill - jeden z sześciu. Jak widać nie jest to szczególnie skomplikowana procedura. Zasady deplymentu też nie są szczególnie wymyślne - na planszy. Zaraz po tych wszystkich "niepotrzebnych przeszkadzajkach" ;) możemy zacząć właściwą grę czyli naparzanie się po pyskach czym wpadnie w łapy lub po prostu pięściami. Mechanika bazuje na d6 i dwóch tabelkach - do lutowania stojących i do kopania leżących. Wygrywa ten kto jak jedyny utrzyma się na nogach.
Pomimo, że gra nie tylko sprawia wrażenie ale po prostu jest bardzo prosta to GW by nie było sobą gdyby nie podarowało nam gratis paru dziur w zasadach - nie obędzie się więc bez jakiś, jakkolwiek to kretyńsko nie zabrzmi, uściśleń.
Jaka jest ta gierka? Bardzo fajna, a jej zerowe prawie skomplikowanie tylko jej służy. Czas rozgrywki to około 30 minut ale może wzrosnąć wraz z liczbą graczy. I właśnie ta może być największym problemem bo im więcej tym lepiej przy czym 4 wydaje się być absolutnym minimum by rozgrywka miała sens. Ale dzięki tematyce i zasadom gra jest stworzona na takie okazje jak np after-party gdzieś w knajpie a tam może być łatwiej o chętnych do zabawy. Choćby ze względu na punkty wspólne we fluff'ie ;)
Po paru rozgrywkach stwierdziłem, że się podziele swoimi wrażeniami i odczuciami. Gra przedstawia zadymę w orkowym browarze przedstawionym na planszy którą trzeba wydrukować z pdf'a. Każdy z graczy dostaje pod kontrolę jednego orasa który może w każdej turze wykonać dwie akcje. Akcje poza oczywistymi jak ruch to np. rzut krzesłem, czy podniesienie butelki w wiadomym celu. Jednak zanim zaczniemy grać musimy "stworzyć postać" czyli wylosować ilość woundów naszego zielonoskórego oraz jego specjalny skill - jeden z sześciu. Jak widać nie jest to szczególnie skomplikowana procedura. Zasady deplymentu też nie są szczególnie wymyślne - na planszy. Zaraz po tych wszystkich "niepotrzebnych przeszkadzajkach" ;) możemy zacząć właściwą grę czyli naparzanie się po pyskach czym wpadnie w łapy lub po prostu pięściami. Mechanika bazuje na d6 i dwóch tabelkach - do lutowania stojących i do kopania leżących. Wygrywa ten kto jak jedyny utrzyma się na nogach.
Pomimo, że gra nie tylko sprawia wrażenie ale po prostu jest bardzo prosta to GW by nie było sobą gdyby nie podarowało nam gratis paru dziur w zasadach - nie obędzie się więc bez jakiś, jakkolwiek to kretyńsko nie zabrzmi, uściśleń.
Jaka jest ta gierka? Bardzo fajna, a jej zerowe prawie skomplikowanie tylko jej służy. Czas rozgrywki to około 30 minut ale może wzrosnąć wraz z liczbą graczy. I właśnie ta może być największym problemem bo im więcej tym lepiej przy czym 4 wydaje się być absolutnym minimum by rozgrywka miała sens. Ale dzięki tematyce i zasadom gra jest stworzona na takie okazje jak np after-party gdzieś w knajpie a tam może być łatwiej o chętnych do zabawy. Choćby ze względu na punkty wspólne we fluff'ie ;)
Etykiety:
inne gry GW
środa, 7 stycznia 2009
Eye candy
Zdaję sobie sprawę, że jest spora grupa ludzi którzy regularnie tu zaglądają a wręcz przeciwnie postępują z gildią. Mając tą świadomość jeśli pojawia się coś wartego uwagi na było nie było najbardziej ogólnopolskim z ogólnopolskich for 40kowych to wspominam o tym na tym blogu. Nie dzieje się tak zbyt często ale jak już dochodzi do takiej sytuacji to zazwyczaj nie mam wątpliwości, że powinienem. Tak jest i tym razem.
Taka grafika się pojawiła ostatnio. Chciałem ją dać tutaj ale blogger zaczął do mnie pisać coś o błędach wewnętrznych i po 45 minutach walki z tymi enigmatycznymi tworami odpuściłem. Mam tylko nadzieję (tak wiem - własnie odtwarzacie moje drzewo genealogiczne ;)), że z czasem mu przejdzie . Natomiast sam obrazek jest jak dla mnie całkiem zacny zwłaszcza jeśli go porównać do okładki kodeksu eldarów ups tzn. innej twórczości fanowskiej. A słowa amatorskiej w tym przypadku na pewno bym nie użył.
Jakby ktoś chciał więcej to podaję stosowny link. Fajne prace też są w jego ulubionych np. ta. Od razu mi się przypomniała wizja Tau chaosu które już mają na sobie ślady działania 4 bóstw.
Taka grafika się pojawiła ostatnio. Chciałem ją dać tutaj ale blogger zaczął do mnie pisać coś o błędach wewnętrznych i po 45 minutach walki z tymi enigmatycznymi tworami odpuściłem. Mam tylko nadzieję (tak wiem - własnie odtwarzacie moje drzewo genealogiczne ;)), że z czasem mu przejdzie . Natomiast sam obrazek jest jak dla mnie całkiem zacny zwłaszcza jeśli go porównać do okładki kodeksu eldarów ups tzn. innej twórczości fanowskiej. A słowa amatorskiej w tym przypadku na pewno bym nie użył.
Jakby ktoś chciał więcej to podaję stosowny link. Fajne prace też są w jego ulubionych np. ta. Od razu mi się przypomniała wizja Tau chaosu które już mają na sobie ślady działania 4 bóstw.
Etykiety:
twórczość fanowska
sobota, 3 stycznia 2009
Damnatus - recenzja
No i po długim czasie pełnym przepychanek, petycji i artykułów czy notek na wielu serwisach z różnych dziedzin, niemiecki film fanowski osadzony w świecie 40ki pt. The Damnatus ujrzał światło dzienne. Niestety jego twórcy nie będą mieli okazji stąpać po czerwonym dywanie na pierwszy seans swojego dzieła gdyż jego premiera odbyła się na tzw. nie legalu. Szczerze mówiąc dziwi mnie, że tak późno wyciekł ten film na serwisy wymiany plików bo od początku miałem przekonanie, że tak to się skończy. W końcu nie takie rzeczy wyciekały do Internetu przed premierą. Pomijając prawny aspekt całej sprawy cieszę się, że wreszcie tzw. szeroka publiczność (w tym i ja :))może się zapoznać z tym filmem i samemu ocenić tą sławną od długiego czasu produkcję. Jaki więc jest ten film?
Na pewno mocno 40kowy. Jest mrocznie i gotycko. Sama historia też jest można powiedzieć typowa dla 40ki choć nie brak jej swoistego uroku i napięcia. Oczywiście to co opowiadając ją niemieccy filmowcy mogli pokazać w dużej mierze wynikało z możliwości technicznych które były mocno ograniczone jak przystało na amatorski projekt. Jednak dosyć szybko można zauważyć, że nie próbowali unikać efektów specjalnych i jest trochę scen zrobionych w całości w 3d, bądź zdjęcia z blue box’a są łączone z jakimiś generowanymi tłami. Jednak po tych ujęciach bardzo często widać, że już minęło trochę czasu od momentu kiedy powstały i o ile posuwają akcję do przodu to widza nie oczarują. Nie jest to jednak większym problemem ponieważ nikt się chyba tu nie spodziewał jakiś porażających fajerwerków wizualnych rodem z Hollywood.
To co mnie najbardziej zaskoczyło w tym filmie to jego długość czyli prawie godzina i 50 minut. Niestety nie da się ukryć, że gdyby tą samą historię by opowiedzieć w czasie o 30-40 minut krótszym to byłoby to z korzyścią dla tego dzieła. Po prostu często oglądamy dłużyzny które pewnie miały służyć budowaniu jakiegoś nastroju, ale ich jedyny efekt to poczucie nudy które praktycznie w różnym natężeniu towarzyszy nam przez cały seans. I o ile o poziom efektów specjalnych trudno mieć pretensje do twórców o tyle o takie mocno średnie zmontowanie tego filmu można już jak najbardziej. Sama historia jest ciekawa ale brakuje jej jakiś szczególnie zaskakujących zwrotów akcji i smaczków. Scenarzyści chyba nawet nie próbowali nas zwodzić za nos i zaskoczyć czymś. Albo im to po prostu nie wyszło. To plus wspomniane dłużyzny nie służy filmowi.
Zdjęcia podobnie jak stroje czy lokalizacje to jak na projekt czysto fanowski są jak najbardziej poprawne a miejscami nawet dobre. Większość akcji dzieje się gdzieś w jakiś tunelach i innych kanałach i czasami trudno się ogarnąć w tym co się dzieje, po prostu brakuje jakiegoś odejścia czy oddechu. Jednak nie przeszkadza to, jeśli widz pozostanie skupiony, w podążaniu za akcją. Gra aktorska jest całkiem przyzwoita, żadnych popisów tu nie obejrzymy ale odtwórcy poszczególnych ról mają pomysł na zachowanie się przed kamerą w ramach swoich postaci i się go konsekwentnie trzymają. Oczywiście warsztat czy naturalność nie stoją na szczególnie wysokim poziomie jednak chyba nie o to w tym filmie chodzi.
Czytając dotychczas tą recenzję można odnieść wrażenie, że oglądanie Damnatus’a to raczej strata czasu jednak byłoby to złe odczucie. Bo nadal jest to film w świecie 40ki który opowiada przyzwoitą historię, a że czasami dłuuugo to zupełnie inna sprawa. Trudno mi jednoznacznie ocenić to dzieło bo jak pewnie każdy fascynat 40 millenium z utęsknieniem czekam na dzieło filmowe godne tego świata. Damnatus jest całkiem przyzwoitym filmem amatorskim lecz nawet w tej kategorii są produkcje o klasę od niego lepsze jak np. już kultowe star warsowe Troopers. Jednak zwłaszcza po odrzuceniu demek do gier to w dziedzinie filmowej fani warhammer nie są szczególnie rozpieszczeni więc nawet jeśli Damnatus nie jest oscarowy to jest tym rakiem na bezrybiu. I choćby z tego względu warto mu poświęcić tą godzinę pięćdziesiąt.
Na pewno mocno 40kowy. Jest mrocznie i gotycko. Sama historia też jest można powiedzieć typowa dla 40ki choć nie brak jej swoistego uroku i napięcia. Oczywiście to co opowiadając ją niemieccy filmowcy mogli pokazać w dużej mierze wynikało z możliwości technicznych które były mocno ograniczone jak przystało na amatorski projekt. Jednak dosyć szybko można zauważyć, że nie próbowali unikać efektów specjalnych i jest trochę scen zrobionych w całości w 3d, bądź zdjęcia z blue box’a są łączone z jakimiś generowanymi tłami. Jednak po tych ujęciach bardzo często widać, że już minęło trochę czasu od momentu kiedy powstały i o ile posuwają akcję do przodu to widza nie oczarują. Nie jest to jednak większym problemem ponieważ nikt się chyba tu nie spodziewał jakiś porażających fajerwerków wizualnych rodem z Hollywood.
To co mnie najbardziej zaskoczyło w tym filmie to jego długość czyli prawie godzina i 50 minut. Niestety nie da się ukryć, że gdyby tą samą historię by opowiedzieć w czasie o 30-40 minut krótszym to byłoby to z korzyścią dla tego dzieła. Po prostu często oglądamy dłużyzny które pewnie miały służyć budowaniu jakiegoś nastroju, ale ich jedyny efekt to poczucie nudy które praktycznie w różnym natężeniu towarzyszy nam przez cały seans. I o ile o poziom efektów specjalnych trudno mieć pretensje do twórców o tyle o takie mocno średnie zmontowanie tego filmu można już jak najbardziej. Sama historia jest ciekawa ale brakuje jej jakiś szczególnie zaskakujących zwrotów akcji i smaczków. Scenarzyści chyba nawet nie próbowali nas zwodzić za nos i zaskoczyć czymś. Albo im to po prostu nie wyszło. To plus wspomniane dłużyzny nie służy filmowi.
Zdjęcia podobnie jak stroje czy lokalizacje to jak na projekt czysto fanowski są jak najbardziej poprawne a miejscami nawet dobre. Większość akcji dzieje się gdzieś w jakiś tunelach i innych kanałach i czasami trudno się ogarnąć w tym co się dzieje, po prostu brakuje jakiegoś odejścia czy oddechu. Jednak nie przeszkadza to, jeśli widz pozostanie skupiony, w podążaniu za akcją. Gra aktorska jest całkiem przyzwoita, żadnych popisów tu nie obejrzymy ale odtwórcy poszczególnych ról mają pomysł na zachowanie się przed kamerą w ramach swoich postaci i się go konsekwentnie trzymają. Oczywiście warsztat czy naturalność nie stoją na szczególnie wysokim poziomie jednak chyba nie o to w tym filmie chodzi.
Czytając dotychczas tą recenzję można odnieść wrażenie, że oglądanie Damnatus’a to raczej strata czasu jednak byłoby to złe odczucie. Bo nadal jest to film w świecie 40ki który opowiada przyzwoitą historię, a że czasami dłuuugo to zupełnie inna sprawa. Trudno mi jednoznacznie ocenić to dzieło bo jak pewnie każdy fascynat 40 millenium z utęsknieniem czekam na dzieło filmowe godne tego świata. Damnatus jest całkiem przyzwoitym filmem amatorskim lecz nawet w tej kategorii są produkcje o klasę od niego lepsze jak np. już kultowe star warsowe Troopers. Jednak zwłaszcza po odrzuceniu demek do gier to w dziedzinie filmowej fani warhammer nie są szczególnie rozpieszczeni więc nawet jeśli Damnatus nie jest oscarowy to jest tym rakiem na bezrybiu. I choćby z tego względu warto mu poświęcić tą godzinę pięćdziesiąt.
Etykiety:
twórczość fanowska
środa, 31 grudnia 2008
Progress czyli życzenia z dykteryjką.
Na początek małą anegdotka czy jak kto woli dykteryjka a w rzeczywistości auto-cytat.
Kiedyś na jakimś masterze gdy zaczynałem swoją przygodę z 9 speederami (tornado by uniknąć nie dopowiedzeń co do mojej wizji klimatu ;)) w zacnym gronie składającym się z ziomów w czarnych koszulkach z czerwoną czaszką na piersi opowiadałem swoją bitwę z lokala w Poznaniu przeciw witch-hunterom. I w tej bitwie na drodze 9 jeźdźców z Minas Morgul stanęły 3 czy 4 chimery na jednej flance. Po mojej pierwszej salwie osiągnąłem dokładnie nic, a po ripoście Inkwizycji spadły 2 spidery. W kolejnej turze dokopałem się do dwóch no shootów. I wtedy w swojej opowieści użyłem sformułowania, że "dostrzegłem progress lecz on mnie nie satysfakcjonował". To stwierdzenie szybko stało się kultowe w tzw. pewnych kręgach.
Życzę więc Wam drodzy czytelnicy przy okazji zmiany ostatniej cyferki w dacie progressu który Was bedzie satysfakcjonował. Niezależnie od dziedziny życia.
Kiedyś na jakimś masterze gdy zaczynałem swoją przygodę z 9 speederami (tornado by uniknąć nie dopowiedzeń co do mojej wizji klimatu ;)) w zacnym gronie składającym się z ziomów w czarnych koszulkach z czerwoną czaszką na piersi opowiadałem swoją bitwę z lokala w Poznaniu przeciw witch-hunterom. I w tej bitwie na drodze 9 jeźdźców z Minas Morgul stanęły 3 czy 4 chimery na jednej flance. Po mojej pierwszej salwie osiągnąłem dokładnie nic, a po ripoście Inkwizycji spadły 2 spidery. W kolejnej turze dokopałem się do dwóch no shootów. I wtedy w swojej opowieści użyłem sformułowania, że "dostrzegłem progress lecz on mnie nie satysfakcjonował". To stwierdzenie szybko stało się kultowe w tzw. pewnych kręgach.
Życzę więc Wam drodzy czytelnicy przy okazji zmiany ostatniej cyferki w dacie progressu który Was bedzie satysfakcjonował. Niezależnie od dziedziny życia.
Etykiety:
ciekawsotka
Subskrybuj:
Posty (Atom)

