Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 maja 2014
piątek, 11 kwietnia 2014
Marudzenie o Wojnie czyli podcast nr 42
Nie mogę powiedzieć bym nagrywając ten odcinek podcastu był w wybitnej formie lirycznej. Na szczęście nie byłem sam i z małą pomocą przyjaciół czyli Micha, eMa i Areckiego udało się nagrać coś czego odsłuch powinien nieść wartość i poznawczą i rozrywkową.
Przynajmniej na to liczę.
środa, 26 lutego 2014
sobota, 23 listopada 2013
Guziec czyli ... podcast nr 37
Michu odwiedził dalekie południe a ja nie.
No i składając te dwie informacje do kupy wyszedł nam pretekst do nagrania podcasta tym razem o turnieju Fire Frenzy który odbył się w Kozłowie koło Gliwic. Do zagadnienia podeszliśmy dosyć kompleksowo więc porozmawialiśmy i diecie i o bitwach i o paru innych rzeczach. Zresztą przekonajcie się sami.
środa, 4 września 2013
Cry "Daemons" and Let Slip the Dogs of War cz.3
Nadaje Michu. Przed Wami
trzecia i ostatnia część sprawozdania z bitew na ETC. Przypominam,
że relacje pozostałych reprezentantów, w tym moje przeklejone
przez Cylindryka, można znaleźć tutaj – Raporty z ETC na Glorii Victis. Z samego ETC obiecaliśmy Wam
jeszcze podcast ale jest tego ponad 2 godziny materiału, który
jeszcze trzeba obrobić. A póki co, jedziemy o bitwach a ostatnio rozstaliśmy się przy wiadomości, że będziemy grać z Germanami.
Trzeci dzień to dzień
zarówno naszego zwycięstwa jak i niestety porażki. Poranek
pachniał golonką po bawarsku. Niemcy to chyba od zawsze
uber-przeciwnik dla Repry, a ja miałem z germańskim najeźdźcą
stanąć po raz pierwszy twarzą w twarz. Nerwy mnie trochę dopadły
ale byłem dobrej myśli po zwycięstwie nad GK Jona, a Łysy dbał abym się zbyt wcześnie nie hiperwentylował do czego
zabierałem się już poprzedniego wieczora. Dodatkowo mieliśmy
łobuzów ogranych i Skark wrócił jeszcze później w nocy co
znaczyło, że będzie zabijał – innymi słowy, kęsim!
Jak zwykle nie ingerowałem
w parowania i spokojnie wentylowałem się w bezpiecznej odległości
od stołów.
Długo tym razem trwało moje czekanie i skończyłem jako któraś
wystawka. W odpowiedzi Niemcy coś dostawili i pokrzyczeli chwilę z
radości. Po chwili dowiedziałem się, że dostałem latający cyrk
smoków z necronami i mam sobie wybrać stół. Nie jest to dla mnie
przeciwnik idealny ale żeby tak się cieszyć? Podejrzane.
Poprosiłem Racę o pomoc w wyborze stołu i poszedłszy za jego
radą wziąłem tak miejski jak tylko się dało bo smoki smokami ale
przed scytami wypada się schować mimo wszystko. I poszedłem
ścisnąwszy pierwej mocno poślady aż poszedł swąd palonych
włosów.
BITWA 5 vs Niemieckie Smoki CSM+Nec
CSM DP bez macki, 1 lvl Tzeentcha
2 x Kultyści
3 x Smok
Necron Lord w barce
2 x Warriory w Night Scycie
1 x Deathmarki z Cryptekiem w Night Scycie
1 x Doom Scyta
Po dojściu do stołu
okazało się, że moim przeciwnikiem jest blond młodzieniec o
ksywie „Schnuffi”. Od razu trochę mi spadło napięcie bo czyż
ktoś o takiej ksywie może być z grunty zły? I faktycznie, grało
nam się całkiem sympatycznie. Nie było szczególnych wybuchów
radości i nawet nie dopuszczałem myśli o kontakcie fizycznym jak z
rosjaninem ale też i bez spin szczególnych, podręcznik główny
wystarczył nam w zupełności. Doszło nawet do tego, że jak w 4
turze zapomniałem rzucić grimoijrę w movemencie i zacząłem
strzelać i nie zgodził się już na rzut (wyszedłem z założenia,
że zawsze warto spróbować) to zaczął mnie przepraszać, że to
ważny mecz etc.
Zaczęliśmy od tzw. istotnych rzutów. Wygrałem stronę, dzięki czemu herald miał swój
wymarzony impas. Z mocy niestety inva nie było ale za to puppet
master i precognition na fateweaverze i co najważniejsze Scrier's
Gaze. Dodatkowo jeden z heraldów wylosował na greaterze lancę,
którą oczywiście zatrzymał z nadzieją na skyfire z mysterious
objectives. Same objectivy rozstawiliśmy tajnie, tak jak było w
scenariuszu (każdy 3,2,1 VP) ale po odkryciu niespodzianek nie było.
Trójki w przeciwległych rogach. Schnuffi zaczął wystawiać Aegis
i zrobiło się zabawnie bo w jednej ręce trzymał komórkę.
Myślałem, że może czyta smsa od dziewczyny czy ki diabeł ale z
głupia frant zapytałem, czy ma tam plany budowy. A On na to, że
tak... Może miał tam plany na każdą okazję, w tym pewnie
opracowana przez Łysego „zagrodę dla psów” ale ze mną
fortyfikacja skończyła jako linia w jego strefie. Rzut na
rozpoczęcie oczywiście przegrałem. I tu czekała mnie mega
niespodzianka – mój przeciwnik wybrał zaczynanie. Cały mój
talent aktorski zużyłem, żeby schować banana z twarzy ale się
nie udało. Na całe szczęście Schnuffi nie patrzył w moją
stronę...
Plan miałem już
opracowany z bitwy z Ukraińcem. Rozstawiłem się podobnie tylko
znacznie lepiej. Miałem dużo covera i trzy objectivy z potencjałem
na skyfire, działo, 1 horrory i 2x demonice schowałem w rezerwie z
tym, że tylko horrory z beamem w DS. Była to misja o tyle dla mnie
dobra, że miałem trzy fasty scorujące.
Minus był taki, że on też a moje były tak czy siak pierwszym celem dla jego
strzelania. Po scoucie zamiast do przodu poszedłem w bok i
rozstawiłem się równo po ćwiartce.
W swojej pierwszej turze
Niemiec wykonał ruchy pozorowane DP, Lordem na barce pozostając
niedaleko commsów. Ja rzucam w pierwszej SG i to pozwala mi rzucać
3 kości na mysterious objectives. Losuje tylko 1 skyfire ale to
zawsze coś. Ruchy pozorowane należy też czasem przemyśleć, bo DP
nie wyleciał poza zasięg FT, co skrzętnie wykorzystałem, rzucając
na niego grimojrę i lecąc na maksa do przodu. Resztą ruszyłem się
do przodu tak żeby zająć jak najwięcej stołu i żeby smoki nie
mogły przelecieć za moja armię a troopsy pozostawały poza 24”
od scyt, blokowane przez psy. FT wypala 4d6 strzałów i DP zostaje na 1 ranie. Nie
zdaje grounda ale zdaje inva. Schnuffi traci nieco spokoju, a ja
żałuje możliwości zdobycia FB.
W turze drugiej zaczynamy
grać na serio. DP ucieka, wychodzą wszystkie lataczki na stół.
Pierwsze psy dostają wszystko co się da i ściągam je garściami.
Niemiec celuje wyraźnie w Heralda, żeby zdobyć FB. Nie udaje się
ale zostaje mi herald i z 6 psów po Go to Ground. Drugi oddział ma
straty minimalne ale jak tak dalej pójdzie to mi psów nie starczy.
W mojej turze grimoijra leci na zdrowe psy. Cofam się, żeby nie
można było przelecieć nade mną, FT skręca i jest za lataczkami.
Tabelka daje mi +1 do inva dla demonów. Nie narzekam, choć właśnie
miałem strzelać do smoków... Rzucam Puppet Mastera na scytę i
strzelam nią w tyłek smokowi a 3d6 idzie w samą scytę. Są dwie
peny na smoku ale obie odbite i tylko 1 HP na scycie...nie najlepiej.
Łysy przechodzi a ja wymownie pokazuje mu kupkę psów. Robię
smutną minę.
W turze trzeciej cały
misterny plan się spłaca. Lataczki wylatują za stół oprócz
jednej Night scyty i Doom Scyty. I mam turę względnego spokoju,
chociaż Herald pada i jest FB dla niemca. Mi niestety nie wychodzi
grimoijra na psach mimo przerzutu. Chowają się bardziej w cover
chociaż i tak priorytetem jest kontrola stołu. Strzelam do lataczek
ale nic nie robię. Łysy otrzymuje informacje o totalnej wtopie.
W czwartej turze powtórka
z drugiej ale Niemiec nie wykorzystuje minusa do sejva na psach.
Skupia się na dopaleniu resztki psów a vectory idą w FT, który
chcąc powetować wtopę z ostatniej tury i dzięki precognicji olewa
wszystko. Niestety spada na ziemię w strzelaniu. Ginie parę psów.
Wychodzą kultyści na stół. Niemiec ma przebłysk i próbuje
zaszarżować dwoma Deathmarkami na FT. Dobrze, że jest 8 cali po
trudnym i nie dochodzą bo bym tam ugrzązł. W mojej turze FT za
stół. Herald wreszcie czyta manual i strąca z lancy Kosę z
troopsem. Dotychczas była jedna odbita pena i dwa wyniki 1 i 2 na
przebicie. Ale nie narzekałem bo to jakby nie jego specjalizacja...
Spadają i wchodzą moje tropsy. Demonice zajmuja znacznik po
przeciwnej stronie stołu za 2 punkty a horrory zaliczają mishapa i
wracają do rezerw. Dostaję wsparcie z Francji – przychodzi Pierre
i mówi, że piąta to będzie ostatnia tura albo karniaki. Zaczynam
się spieszyć i zapominam rzucić grimoijrę... Łysy dostaje info,
że powinienem kopać rowy zamiast grać w figsy.
Piąta tura a ja sobie
powtarzam w myślach - „teraz tego nie sp..., teraz tego nie sp.”
Bo tak naprawdę to Niemiec jest w kłopotach. Mówię do niego
„Słuchaj stary, nie ważne jak się skończy, grało się fajnie”,
bo przewiduję różne wersje w końcówce. Lataczki już niewiele
robią. Ma objectivy za 3, 2 i 1, tak jak ja. Ma FB i zabitego fasta
ale nie będzie miał warlorda i linebrekera. Ja na pewno to drugie i
jeśli nie odbije mocy DP to i warlorda. I kończę. Niemiec strzela
do demonic i ustawia się Necron lordem pod szarże. Robi to fatalnie
i zabija mi tyle, że nie ma szans dojść. Jeden smok próbuje zająć
objectiv za 3 bo w tej chwili mają go kultyści, co jest dość
niepewnym wyborem. Ja odpowiadam ostrożnie bo cały czas w myślach
- „teraz tego nie sp..., teraz tego nie sp.” Nie słyszę co
się dzieje i dobrze bo jakbym widział, że wszyscy wokół nas
stoją... Blokuję znaczniki za 1 i 2 punkty. Horrory mają okazję
na bycie MVP, wystarczy hit na DS i blokują znacznik za 3. Robią to
wielkim stylu – 11 calowy mishap i giną... Tyle radość u Niemca
wcześniej nie widziałem przez całą grę. 5 demonic ma podobna
szansę, wystarczy pokonać 5 warriorów i znacznik za 2 jest
ich...niestety zabijają jednego....FT wypala do DP – ten
oczywiście odbija moc. Ech. Kończy się 11-9 dla mnie.
Odwracam się do Łysego i mówię wynik. Łysy na to, że akurat
starczyło. Pytam - „Jest remis?”, „Nie, wygraliśmy!”.
Wygraliśmy o 2 punkty. Tak dobrze nie czułem się po grze w
czterdziestce chyba nigdy! Mam poczucie, że nic nas teraz nie
powstrzyma! I niestety tutaj się pomyliłem.
BITWA 6 vs Hiszpańskie TAU
Etheral z marker droną
Commander Shadowsun
40 Krootow (1x20)
6 Fire Warriorow w Devilfishu
Riptide
3 Crisisy z 6 marker dronami
4 Piranie
Sky Ray
Brodki
Sniper Drony (3 marksmenów, 8 sniper dron)
Etheral z marker droną
Commander Shadowsun
40 Krootow (1x20)
6 Fire Warriorow w Devilfishu
Riptide
3 Crisisy z 6 marker dronami
4 Piranie
Sky Ray
Brodki
Sniper Drony (3 marksmenów, 8 sniper dron)
Trafiliśmy na bardzo ostro grającą Hiszpanię. Nie mieliśmy jej za bardzo rozkminionej a w dodatku po komentarzach innych drużyn było jasne, że żółto-czerwoni nie przyjechali do Serbii zdobywać przyjaciół. Podczas parowania zostałem zawołany przez Vladda z pytaniem, czy dam radę rozwalić ich Tau. Ja spytałem ile mają Riptidów. Okazało się, że jednego, to powiedziałem, że wstydu nie będzie ale zaznaczyłem, że z nowymi Tau grałem raz w życiu. I przyszło mi zagrać drugi raz.
Moim przeciwnikiem okazał się Arch, całkiem spory koleś (co okazało się zaletą później) i w dodatku całkiem sympatyczny jak na Hiszpana. Typhus grający na stole obok uprzedził mnie, ze koleś będzie stalował. Okazało się to troszkę prawdą bo zagraliśmy 4 tury ale nic nie mogłem zrobić bo przestalowana była faza deploymentu a Pierre przyniósł kartki przed 1 turą. Generalnie z perspektywy czasy wydaje mi się, że było też w tym długim graniu trochę mojej winy - naprawdę musiałem się o wszystko dwa razy pytać nie znając zupełnie kodeksu.
Już na początku zrobiło się dobrze. Wylosowałem inva na heraldzie i precognicję na FT. Ale kluczem był rzut ostatni - udało mi się wygrać i wybrałem zaczynanie. Pierwszy raz na ETC! Strategię, z braku znajomości zasad, oparłem w całości na fluffie. Wystawiłem wszystko, co do jednego demona, na stole. Horrory i FT lekko z tyłu w razie przejęcia inicjatywy, reszta na linii strefy z wywieszonymi jęzorami. On ustawia się z tyłu i infiltruje krootkich i Brodki z Shadowsunem. Infiltruje ich co najmniej dziwnie, bo 2 dziesiątki na jednej flance, a brodki i screen 20 krootow na drugiej flance na skraju krawędzi stołu w neutralnej ćwiartce. Ja scoutem na maksa do przodu w kierunku Brodek. Nie przejął inicjatywy i jedziemy.
Inv na płaszczki, Grimojra na FT. Psy stają tak, że nawet wewnątrz suitów musi być gorąco. Szukam trochę covera ale bez przekonania. Wiem, że cokolwiek się stanie, jeden oddział psów idzie do piachu - liczę, że zostanie herald i może ze dwa psy na overwatcha. Otwieram ogień. Działo i płaszczki wywalają wielką dziurę w screenie Krootów. FT poleciał z boku stołu i wali czym popadnie w broodki. Beam z siła 8 i 4d6 budzą zastanowienie w Hiszpanie i decyduje się na Go to ground na Brodkach. Mimo to leci drona i spada jedna brodka. Krootcy są za daleko etherala i opuszczają stół. Brodki rzucają 10 i każe sobie pokazać że Shadowsun ma 10 - niestety ma :) W jego turze świat robi się bardzo jasny dla jednego oddziały psów i zostaję 3 z heraldem. Drugie też dostają a Riptide podchodzi i zabija 1 płaszczkę i szarżuje. W combacie pada kolejna a ja zadaję 2 rany. Ja się cieszę, bo połknął przynętę i w następnej turze dostanie multiple charge i złoży się z rezultatu. Łysy przynosi mi piwo i energetyka bo widzę, że nei mogę ani na chwilę odejść od stołu.
W swojej turze szarżuje wszystkim co się da - psy mają 3+ inva z grimojry, FT za stół. Gubię się w tym deczko i nie udaje mi się połączyć szarży na brodki z Riptide, Szarżuje na pobliskie Piranie a demonice dołączają do Riptide. Padają brodki, Ripek i 1 pirania. Niestety zapominam o drugich demonicach i zamiast szarży stoje jak głupek przed dronami z piranii. W międzyczasie działo Khorna miętosi krootkich. Hiszpan
oddaje. Zabija 9 demonic z jednego oddziału i cały drugi. Lekko
napoczyna psy ale 3+ sejva to skutecznie utrudnia. Zaczyna się cofać. Ja
staram się go przytulić. Łysy mówi mi że każdy punkt ważny bo mamy problemy. No to idę na tejbla.
Widzę, że zostało bardzo mało czasu więc cisnę na znaczniki horrorami. Udaje mi się szarża niedobitką psów z heraldem na devilfisha i go niszczę. Eteryk się pinnuje co stawia go nie najlepszym położeniu. Płaszczki zabijaja 2 piranie a psy nie dochodzą do dron przez overwatcha. FT się trochę błażni w strzelaniu zabijając 3 krooty i 3 sniper drony. Hiszpan zabija do końca jedne psy z heraldem i wypala z wszystkich rakiet w FT ale zadaje tylko 1 ranę i nie ma grounda dzięki przerzutowi. Crisisy są już w rogu stołu i dalej się nie da. Pirania nie ma szans skontestować znacznika. Przychodzi Pierre i mówi, że 4 to nasza ostatnia tura.
W czwartej turze staram się zabić wszystko w zasięgu. Robię szarże wszystkim na wszystko. Combat ciągnię się przez pół stołu a poza pozostają moje horrory i demonetka i jego crisisy, drony i sky ray. Kończy się przewidywalnie - ryba w menu. W turze Hiszpana liczymy ale jakby nie liczyć, nie jest już w stanie urwać mi ani jednego punktu. Ja nie mam jednego znacznika, reszta moja. Ostateczny wynik to 18-2 dla mnie. W następnej byłby tejbl. Niestety, okazuje się, że wszystko na darmo - przegrywamy i wielki dół. Po grze łapi mnie Arch i zamieniamy się koszulkami. Ta przynajmniej pasuje...
I tak niestety kończy się moja przygoda z ETC. Za rok postaram się wybrać na singlowe ESC do czego zachęcam wszystkich. Pogranie w klimacie ETC to naprawdę dobra zabawa.
Etykiety:
euro,
Michu,
relacje,
scena turniejowa
piątek, 30 sierpnia 2013
Boje o stosy
Po ETC gdzie widziałem jakiś miliard bitew a mój jedyny wkład w nie to było rzucanie nie po naszej myśli na kolejną turę miałem spory niedosyt grania. Zatem na trójmiejski master czyli Herezję ostrzyłem sobie zęby i rozpiski od powrotu do kraju.
Grałem 'oczywiście' czystym Ravenwingiem. Rozpy miałem dwie, figurki miałem nawet do obu, ale jak się przed turniejem spodziewałem, przez wszystkie 5 bitew, wystawiłem tylko jeden wariant czyli same motory, Darkshrouda i Dakka-szmata. W skrócie grało mi się tym wyśmienicie. A w rozwinięciu?
Pierwsza bitwa to Szwagier i po drugiej stronie właściwie to samo czyli dakka szmata, motory i shroud. Wygrał rzut na rozpoczęcie, wystawił się na pełnej agresji więc skitrałem się w rogu a na środku zostawiłem 2 trójki motorów i atak bajka do po blokowania jego ruchów na scoucie. Udało się i wtedy zrobiłem coś co mi w dużej mierze przegrało mi bitwę. Przejąłem inicjatywę.
Cała bitwa to były szachy co było pochodną wystawienia. Nikt nie chciał się wychylić więc macaliśmy się raz z jednej, raz z drugiej strony. Zatem kończenie było kluczowe a tego sam się pozbawiłem podobnie jak command squadu (bez dakka szmaty) który zamiast schować wjechał z rezerw porezać. Efekt tej wycieczki nie był trudny do przewidzenia. Te dwa błędy dały mi całe 3 punkty.
Druga bitwa to Nathaniel i dwa landki z berkami, oblity lord kultyści i gwóźdź programu czyli dwa smoki. Na anichilacji. W tej bitwie najpoważniej zastanawiałem się nad moją drugą rozpą która było tworzona z myślą o przetrwaniu takich paringów ale w końcu stwierdziłem, że wariant A może trochę gorzej, ale też wytrzyma a w razie czego będzie mi łatwiej coś zabić. Gdyby były trzy smoki to na pewno bym wziął tą bardziej wyporną wersję.
Niestety zabijania w tej bitwie wiele nie bylo a już zwłaszcza z mojej strony. Cała bitwa to była rzeźba jak to zrobić by smoki mnie nie zdemolowały a jednocześnie nie zbliżyć się za bardzo do reszty chaosu. Udało się. Straciłem 4 KP z czego jeden w kretyński sposób. Mianowicie - smok strzela do bajków z palnika - pierwszy ginie drugi też bo w wyniku mojego nieskończonego poprawiania libry z generatorem pola wyszedł z jego zasigu na jakieś 3mm. Dwa trupy czyli liderka i oczywiście za stół. A potem się dowiedziałem, że mieli przerzut za Banner of Devastation.
Całe życie przez pinezki.
Ja zabiłem dwa smoki - jednego z melty drugiego z Locked velocity - w ostatniej turze musiał wylecieć za stół. Głównie sprawnym posługiwaniem się miarką ugrałem 8 punktów
Trzecia bitwa to Bartuul i 3 monole. A poza nim lord na śmietniku z wrajtami i 4 kosy z warriorami. Ja miałem w armii więcej melt niż średnia tego turnieju a że zaczynałem to scout potem boost i pomimo wystawienia wzdłuż stołu byłem przy nich. Z melt trafiałem więc monole szybko się skończyły. Podobnie jak wrjajty za sprawą command squadów i granatników. Natomiast z kosami miałem zdecydowanie więcej problemów. W sensie były dla mnie nie do sięgnięcia. 5 tura i wszystkie necrońskie troopsy wysiadają na znaczniki by je poblokować rzucamy kostką i niestety dla Bartuula jest kolejna tura. 20 dla mnie.
Czwarta bitwa to Raca i Eldarzy z Tau. Zaczynam, wystawiam się więc agresywnie i scoutuje na maksa choć de facto niewiele bo krooty mnie odpychają. Po czym tracę inicjatywę.
Rzeczywistość szara jak tytan.
W pierwszej turze ściągam z stołu jedenaście motorów i siłą rzeczy oraz luf przeciwnika mój plan ulega znacznej rewizji. Skupiam się na przetrwaniu i znacznikach. Górka na środku stołu i kończenie pomagają w realizacji obu elementów nowej strategii. Drugi raz na tym turnieju ratuje mnie (pierwszy raz to bitwa z Nathem) Power Field Generator który utrzymuje Shrouda przy życiu - 8 invów po zdjęciu covera zdanych z rzędu. A on z kolei utrzymuje resztę cyklistów apokalipsy przy życiu. Raca dobrze wyczuł mój plan z skoczeniem Sammaelem na jego znacznik i wysłał go krótką wiadomością tekstową że jest akcja nie znosząca zwłoki na resztkach Calibanu. Jednocześnie mi udało się zabezpieczyć swój i cała bitwa rozstrzygnęła się na środkowym objectivie który rzutem taśme udało mi się zblokować. Raca miał First blood'a, ja linebreakera wyszedł zatem remis.
Piąta bitwa to Żaba i gwardia na dwóch plutonach 3 wendkach mantysi i dwóch runkach. Zaczynałem i miałem misfortunę więc plutony się nie blobowały. Stały zatem te składy przez całą szerokość stołu. Manticora schowała się do rezerw. Tym razem nie było 6tki na przejęcie pojechałem więc i zacząłem strzelać. Kiedy rezerwy wchodziły na stół to już jakieś 60 gwardzistów go zdążyło opuścić. Jednak najpierw wjazd manticory a potem wendek zaczął sprawy komplikować. Podobnie jak górka za która chowały się wilki z niedobitkami gwardzistów.
Bitwa przebiegała w na tyle fajnej i miłej atmosferze pogawędek o batlu i drugiej edycji, że zanim się obejrzeliśy byliśmy ostatnią parą na placu boju. Skończyliśmy po 4 turach udało mi się jeden (z czterech) znacznik zabezpieczyć przed kontestem z wendki i finalny wynik to 13-7.
Ostatecznie zająłem 15 miejsce co może nie jest imponującym wynikiem ale jakbym chciał punkty to bym poszedł na BP. A, że chciałem miłego weekendu i zacnych bitewek to wyszedłem w niedzielne po południe w 100% kontent. No i aktualnym RW gra się wyśmienicie co dodatkowo mnie uszczęśliwiło. No i za sprawą miodności tej armii cały czas brak mi motywacji do ogarnięcia demonów. No ale to chyba temat na inny raz.
Grałem 'oczywiście' czystym Ravenwingiem. Rozpy miałem dwie, figurki miałem nawet do obu, ale jak się przed turniejem spodziewałem, przez wszystkie 5 bitew, wystawiłem tylko jeden wariant czyli same motory, Darkshrouda i Dakka-szmata. W skrócie grało mi się tym wyśmienicie. A w rozwinięciu?
Pierwsza bitwa to Szwagier i po drugiej stronie właściwie to samo czyli dakka szmata, motory i shroud. Wygrał rzut na rozpoczęcie, wystawił się na pełnej agresji więc skitrałem się w rogu a na środku zostawiłem 2 trójki motorów i atak bajka do po blokowania jego ruchów na scoucie. Udało się i wtedy zrobiłem coś co mi w dużej mierze przegrało mi bitwę. Przejąłem inicjatywę.
Cała bitwa to były szachy co było pochodną wystawienia. Nikt nie chciał się wychylić więc macaliśmy się raz z jednej, raz z drugiej strony. Zatem kończenie było kluczowe a tego sam się pozbawiłem podobnie jak command squadu (bez dakka szmaty) który zamiast schować wjechał z rezerw porezać. Efekt tej wycieczki nie był trudny do przewidzenia. Te dwa błędy dały mi całe 3 punkty.
Druga bitwa to Nathaniel i dwa landki z berkami, oblity lord kultyści i gwóźdź programu czyli dwa smoki. Na anichilacji. W tej bitwie najpoważniej zastanawiałem się nad moją drugą rozpą która było tworzona z myślą o przetrwaniu takich paringów ale w końcu stwierdziłem, że wariant A może trochę gorzej, ale też wytrzyma a w razie czego będzie mi łatwiej coś zabić. Gdyby były trzy smoki to na pewno bym wziął tą bardziej wyporną wersję.
Niestety zabijania w tej bitwie wiele nie bylo a już zwłaszcza z mojej strony. Cała bitwa to była rzeźba jak to zrobić by smoki mnie nie zdemolowały a jednocześnie nie zbliżyć się za bardzo do reszty chaosu. Udało się. Straciłem 4 KP z czego jeden w kretyński sposób. Mianowicie - smok strzela do bajków z palnika - pierwszy ginie drugi też bo w wyniku mojego nieskończonego poprawiania libry z generatorem pola wyszedł z jego zasigu na jakieś 3mm. Dwa trupy czyli liderka i oczywiście za stół. A potem się dowiedziałem, że mieli przerzut za Banner of Devastation.
Całe życie przez pinezki.
Ja zabiłem dwa smoki - jednego z melty drugiego z Locked velocity - w ostatniej turze musiał wylecieć za stół. Głównie sprawnym posługiwaniem się miarką ugrałem 8 punktów
Trzecia bitwa to Bartuul i 3 monole. A poza nim lord na śmietniku z wrajtami i 4 kosy z warriorami. Ja miałem w armii więcej melt niż średnia tego turnieju a że zaczynałem to scout potem boost i pomimo wystawienia wzdłuż stołu byłem przy nich. Z melt trafiałem więc monole szybko się skończyły. Podobnie jak wrjajty za sprawą command squadów i granatników. Natomiast z kosami miałem zdecydowanie więcej problemów. W sensie były dla mnie nie do sięgnięcia. 5 tura i wszystkie necrońskie troopsy wysiadają na znaczniki by je poblokować rzucamy kostką i niestety dla Bartuula jest kolejna tura. 20 dla mnie.
Czwarta bitwa to Raca i Eldarzy z Tau. Zaczynam, wystawiam się więc agresywnie i scoutuje na maksa choć de facto niewiele bo krooty mnie odpychają. Po czym tracę inicjatywę.
Rzeczywistość szara jak tytan.
W pierwszej turze ściągam z stołu jedenaście motorów i siłą rzeczy oraz luf przeciwnika mój plan ulega znacznej rewizji. Skupiam się na przetrwaniu i znacznikach. Górka na środku stołu i kończenie pomagają w realizacji obu elementów nowej strategii. Drugi raz na tym turnieju ratuje mnie (pierwszy raz to bitwa z Nathem) Power Field Generator który utrzymuje Shrouda przy życiu - 8 invów po zdjęciu covera zdanych z rzędu. A on z kolei utrzymuje resztę cyklistów apokalipsy przy życiu. Raca dobrze wyczuł mój plan z skoczeniem Sammaelem na jego znacznik i wysłał go krótką wiadomością tekstową że jest akcja nie znosząca zwłoki na resztkach Calibanu. Jednocześnie mi udało się zabezpieczyć swój i cała bitwa rozstrzygnęła się na środkowym objectivie który rzutem taśme udało mi się zblokować. Raca miał First blood'a, ja linebreakera wyszedł zatem remis.
Piąta bitwa to Żaba i gwardia na dwóch plutonach 3 wendkach mantysi i dwóch runkach. Zaczynałem i miałem misfortunę więc plutony się nie blobowały. Stały zatem te składy przez całą szerokość stołu. Manticora schowała się do rezerw. Tym razem nie było 6tki na przejęcie pojechałem więc i zacząłem strzelać. Kiedy rezerwy wchodziły na stół to już jakieś 60 gwardzistów go zdążyło opuścić. Jednak najpierw wjazd manticory a potem wendek zaczął sprawy komplikować. Podobnie jak górka za która chowały się wilki z niedobitkami gwardzistów.
Bitwa przebiegała w na tyle fajnej i miłej atmosferze pogawędek o batlu i drugiej edycji, że zanim się obejrzeliśy byliśmy ostatnią parą na placu boju. Skończyliśmy po 4 turach udało mi się jeden (z czterech) znacznik zabezpieczyć przed kontestem z wendki i finalny wynik to 13-7.
Ostatecznie zająłem 15 miejsce co może nie jest imponującym wynikiem ale jakbym chciał punkty to bym poszedł na BP. A, że chciałem miłego weekendu i zacnych bitewek to wyszedłem w niedzielne po południe w 100% kontent. No i aktualnym RW gra się wyśmienicie co dodatkowo mnie uszczęśliwiło. No i za sprawą miodności tej armii cały czas brak mi motywacji do ogarnięcia demonów. No ale to chyba temat na inny raz.
Etykiety:
relacje
sobota, 17 sierpnia 2013
E jak ETC
Nadaje Michu. Po bardzo długiej przerwie powracam na łamy bloga nie tylko jako czytelnik ale ponownie jako autor. Przerwa ta wymuszona była zarówno zmianą liczebności "podstawowej komórki" jak i przede wszystkim przygotowaniami do ETC. Jako nowy członek reprezentacji poczytywałem sobie za obowiązek przeprowadzenie tak dużej liczby treningów jak tylko się dało, co okazało się patrząc z perspektywy czasu bardzo dobrym pomysłem ale spowodowało, że gro pomysłów na teksty uleciało w międzyczasie zapomnienie, podobnie jak epizodyczne popisy wokalne w postaci podcastów. Teraz jednakże jest już po wszystkim. Było minęło, trzeba zacząć spełniać miły obowiązek sprawozdawczości - w moim odczuciu jestem to wielu osobom dłużny. Zatem planowo będą trzy odsłony. Dwie tekstowe (słownik ETC oraz bitwy) i jedna podcastowa (ETC ogólnie). Tekstową zajawkę numer jeden w postaci słownikowej macie przed soba - zapraszam!
A jak ASSAULT - ludzie narzekają, że faza assaultu odeszła w zapomnienie ale ja tam nie narzekam. Dzięki urokom drużynówki po niektórych bitwach musiałem zdrapywać z siebie zaschniętą krew.
National Team Warhammer - from Google with love
A jak ASSAULT - ludzie narzekają, że faza assaultu odeszła w zapomnienie ale ja tam nie narzekam. Dzięki urokom drużynówki po niektórych bitwach musiałem zdrapywać z siebie zaschniętą krew.
B jak BRĄZ - z perspektywy czasu to fajnie być na podium i wogóle ale
zdaje się, że to był nasz plan minimum. Bezpośrednio po wynikach po
prostu bolało.
C jak COACH - nie jest to łatwa fucha ale Trej zdaje się spisał się na na medal (literalnie). Trzeba przyznać, że taki gość jak jak nie ułatwia sprawy ogarniania wyniku meczu. Po prostu nie potrafię powiedzieć - "wygrywam z gościem 14 lub więcej", więc zawsze mówię, że albo dostaję albo nie jest najlepiej albo nie wiadomo. Łysy już w połowie turnieju zakumał, że z moimi ocenami jest coś nie teges...:) Ale na moje usprawiedliwienie dodam, że oceny meczu u moich przeciwników działają na mnie jak Frenzon. Jak słyszę "wygram 16-17" to mnie coś strzela...usłyszałem tak z Niemcem i Amerykańcem i obaj musieli się potem tłumaczyć.
D jak DEMONY - naprawdę pasują do drużynówki. Cieszę się, że doszliśmy z Vladdim (i kto zna jak składam rozpy będzie wiedział gdzie główna zasługa) to takiej a nie innej rozpiski bo planowany na początku cyrk grubych tak jak mnie nie przekonywał tak mnie nadal nie przekonuje a moim Dogpilem (tak to się ponoć nazywa - amerykanie w termino-twórstwie nie maja sobie równych) można było jak się okazuje zagrać skutecznie z wszystkim. Granie na dwóch oddziałach psów z heraldami jako żywo przypomina mi czasy LatD by GW i mutantów z fistami.
E jak ETC - Naprawdę się cieszę, że mogłem pojechać. Bardzo ważne dla mnie jest, że mogłem reprezentować Polskę. Dodatkowo poziom niespotykany na żadnym innym turnieju (parz "P"). Zobaczyć i uczestniczyć to jednak dwie różne sprawy i jeśli kiedyś jeszcze zdarzy mi się okazja ponownego wzięcia udziału (znaczy jak wyjdzie kolejny suplement w WD :) ) to się nie będę zastanawiał.
F jak RELACJA NA FEJSIE - super pomysł, że relacją zajmowali się Jasiu i Wołek - niektórzy są do tego po prostu stworzeni - dzięki!
C jak COACH - nie jest to łatwa fucha ale Trej zdaje się spisał się na na medal (literalnie). Trzeba przyznać, że taki gość jak jak nie ułatwia sprawy ogarniania wyniku meczu. Po prostu nie potrafię powiedzieć - "wygrywam z gościem 14 lub więcej", więc zawsze mówię, że albo dostaję albo nie jest najlepiej albo nie wiadomo. Łysy już w połowie turnieju zakumał, że z moimi ocenami jest coś nie teges...:) Ale na moje usprawiedliwienie dodam, że oceny meczu u moich przeciwników działają na mnie jak Frenzon. Jak słyszę "wygram 16-17" to mnie coś strzela...usłyszałem tak z Niemcem i Amerykańcem i obaj musieli się potem tłumaczyć.
D jak DEMONY - naprawdę pasują do drużynówki. Cieszę się, że doszliśmy z Vladdim (i kto zna jak składam rozpy będzie wiedział gdzie główna zasługa) to takiej a nie innej rozpiski bo planowany na początku cyrk grubych tak jak mnie nie przekonywał tak mnie nadal nie przekonuje a moim Dogpilem (tak to się ponoć nazywa - amerykanie w termino-twórstwie nie maja sobie równych) można było jak się okazuje zagrać skutecznie z wszystkim. Granie na dwóch oddziałach psów z heraldami jako żywo przypomina mi czasy LatD by GW i mutantów z fistami.
E jak ETC - Naprawdę się cieszę, że mogłem pojechać. Bardzo ważne dla mnie jest, że mogłem reprezentować Polskę. Dodatkowo poziom niespotykany na żadnym innym turnieju (parz "P"). Zobaczyć i uczestniczyć to jednak dwie różne sprawy i jeśli kiedyś jeszcze zdarzy mi się okazja ponownego wzięcia udziału (znaczy jak wyjdzie kolejny suplement w WD :) ) to się nie będę zastanawiał.
F jak RELACJA NA FEJSIE - super pomysł, że relacją zajmowali się Jasiu i Wołek - niektórzy są do tego po prostu stworzeni - dzięki!
G
jak GUARANA - napój energetyzujący produkcji miejscowej dostarczał
niezbędnej dawki składników odżywczych, a jego skuteczność rosła
niepomiernie w połączeniu z piwem grejpfrutowym (nie zalecane). Po 6 turze gdyby mi
kazali grać dogrywkę to grałbym z przyjemnością...CHARGEEEE!!!!
H jak HISZPANIA - nasuwa się zupełnie inne słowo w tym kontekście ale po pierwsze jest niecenzuralne, więc nadaje się tylko do podcastu, a po drugie inaczej się pisze. Wielkie, przynajmniej z naszej strony zaskoczenie - stąd nikła ilość testów z ich rozpiskami. Chłopaki grali lepiej niż się wszyscy spodziewali i w dodatku uznawali nieco inne zasady fair play, w czym dobitnie pomagała zerowa niekiedy znajomość angielskiego. Lepiej grało się z Niemcami a to już chyba coś mówi...
K jak KIBICE - nasi są najlepsi! Wielkie dzięki za wiarę w nas i gratulacje jakie dostaliśmy po wszystkim. Nie miałem czasu nawet na chwilę zerknąć na relację na fejsa ale jak coś napisaliście to Jasiu przychodził i nam mówił. Wielkie dzięki, to było +5 do wyniku jak dla mnie!
M jak "MOC, ENERGIA, AMFETAMINA" - proste i szczere hasło, które towarzyszyło nam dzięki Wołkowi i Dropsowi oraz szczecińskiemu poddziemiu elektronicznemu w osobie DJ Trakmajstera. Jak będziecie na YT to wersją kanoniczna utworu jest według Dropsa ta z cyckami.
N jak NIEMCY - Mój przeciwnik miał grzywkę model lata trzydzieste zeszłego stulecia i równoważącą to ksywę "Schnufi". Grał sympatycznie i na poziomie, nawet się parę razy uśmiechnął i zażartował. Chociaż musiał mi później mówić, że to żart był. To też jest żart jakby co :)
K jak KIBICE - nasi są najlepsi! Wielkie dzięki za wiarę w nas i gratulacje jakie dostaliśmy po wszystkim. Nie miałem czasu nawet na chwilę zerknąć na relację na fejsa ale jak coś napisaliście to Jasiu przychodził i nam mówił. Wielkie dzięki, to było +5 do wyniku jak dla mnie!
M jak "MOC, ENERGIA, AMFETAMINA" - proste i szczere hasło, które towarzyszyło nam dzięki Wołkowi i Dropsowi oraz szczecińskiemu poddziemiu elektronicznemu w osobie DJ Trakmajstera. Jak będziecie na YT to wersją kanoniczna utworu jest według Dropsa ta z cyckami.
N jak NIEMCY - Mój przeciwnik miał grzywkę model lata trzydzieste zeszłego stulecia i równoważącą to ksywę "Schnufi". Grał sympatycznie i na poziomie, nawet się parę razy uśmiechnął i zażartował. Chociaż musiał mi później mówić, że to żart był. To też jest żart jakby co :)
P jak POZIOM GRY - ETC to najbardziej wymagający turniej na jakim byłem. Przegrywa z wszystkimi rodzimymi pod względem około-bitewnego klimatu natomiast co do samych gier to łeb urywa. Wyłączając Walijczyka, każdy z moich przeciwników walczył do końca. Jednak mam wrażenie, że mimo wszystko w Polsce jest naprawdę wysoki poziom gry i znam całą masę osób, które nie zrobiłyby wstydu na ETC. Pierwsza dziesiątka naszego mastera to są goście, z którymi gra się naprawdę trudno a tutaj bywało różnie.
R jak REFEREES - byłem jednym z tych, którzy nie omieszkiwali ciągnąć łacha ze znajomości zasad wśród naszej eksportowej produkcji sędziowskiej w postaci niepowstrzymanego trio ETC "eM, Jasiu & Rudzik" (patrz obrazek). Jednak na miejscu okazało się, że chłopaki stanowią tam ostoję rozsądku i oczytania oraz główny cel wędrówek Head Refów - szacun. Rozstrzyganie LOSa po 11 browcach musi być wymagające :)
Bez kitu - jak się wpisze w Google "trio ETC" to to wyskakuje...
S jak STALOWANIE - jeśli ktoś z Was myśli, że nie można nie zagrać pełnej gry w 4 godziny to jesteście w błędzie...Naprawdę, da się. Organizatorzy co prawda dawali kartki, żeby zapisywać rozpoczęcie i zakończenie tury ale co z tego jak można przedłużać nawet kulanie sejwów... Myślę, że jedynym wyjściem jest po prostu danie w pysk przez Karkówę. Najlepiej prewencyjnie całej drużynie przeciwnej jako pierwsze przyjacielskie ostrzeżenie. Karkówa na każdym turnieju!
T jak TESTY i TRENINGI - prawda jest taka - im więcej testów tym lepszy wynik. Nie ma przebacz. Dziękuje moim nieocenionym testerom - eMowi, Afro, Chrobremu i Łysemu. Sorki, że kazałem Wam przesuwać po tyle razy milion gwardyjskich figurek a potem nie zabiłem nawet jednego gwardzisty. Obiecuje czelendżować bloby na turniejach :)
Z jak ZAKOŃCZENIE - no i skończyły mi się pomysły na literki :) Następnym razem będzie już bardziej konkretnie o pamperkach i bitwach o ile jeszcze coś pamietam. Howgh!
Etykiety:
Michu,
relacje,
scena turniejowa
środa, 3 lipca 2013
After BC 2013
Co bardziej wytrwali i obdarzeni dobrą pamięcią czytelnicy tego bloga oraz słuchacze podcasta mogą pamiętać jak jakiś czas temu korzystaliśmy wraz z Michem z tych łam by głosić, że Battle Cannon 2013 musi być. No i odbył się. Tym razem za organizację wzięła się całkiem nowa ekipa i muszę przyznać, że specjalnej różnicy w jakości turnieju nie zauważyłem. Znaczy się było super. Generalnie sama miejscówka która na szczęście się nie zmieniła robi z półturnieju.
Choć tu muszę wspomnieć, że jakby na stołach stało ciut więcej terenów to nikt by nie miał specjalnych zastrzeżeń. Pojechałem Ravenwingiem i mając w armii 6 spiderów i Dark shrouda nawet nie miałem nadziei by to schować, a często miałem problem z wyciągnięciem choćby covera na nich. Trochę dramat. W bitwy nie będę się szczególnie zagłębiał bo za bardzo nie ma czym się chwalić ograniczę się jedynie do najważniejszych punktów:
1 starcie - eM i Eldarzy. Mieliśmy challenga za inwektywę pod adresem eldarów na która sobie pozwoliłem na tym blogu. I eM całkiem skutecznie się za nią zrewanżował. Zaczynam, wystawiam się i tracę inicjatywę. Super. Potem dodaję od siebie jakiś super pomysł z cyklu ciekawe co jest za tą górką i Samael z Command Squadem giną w turbo kretyńskich okolicznościach. Honor armii uratował Libra który wziął siekierę dodatkowego wounda w postaci bajkera i pojechał po Wraithknighta. Rozkręcił. Gdyby gra trwała 5 lub nawet 6 tur może bym coś urwał. Ale trwała 7. 0-20
2ga runda - Żbik i Demony. Gracz niedoświadczony ale z drugiej strony był pierwszym graczem demonów jakiego spotkałem od premiery nowego deksu, który co fazę strzelania pamiętał o tabelce. I to zawsze na początku. Respekt. Zaczynam, wystawiam się i tracę inicjatywę. Żbik miał 3 grube którymi nie miał zamiaru lądować ograniczając się do vectorów i czarów. Miał też 3 troopsy z jednym heraldem ale wszystkie zginęły w drugiej turze. Poganialiśmy się trochę, spotkałem nieśmiertelnego Demon Princa (mając ostatnią ranę zdał 7 FnP z rzędu) ale na koniec ja miałem znaczniki a on nie. 17-3
3cia runda - Bosfor i Tau. Pierwsze spotkanie z Bombą. Nie zaczynałem i zdjąłem figurki z stołu. A potem się dowiedziałem, że ta banda suitów i talerzyków która robi wszystko, nie może się infiltrować, tak jak uczynił to Bosfor. Nie da się ukryć, że trochę mu to skomplikowało taktykę na niedzielne bitwy. 0-20
4ta bitwa Mysiek i IG. Zaczynam, wystawiam się i tracę inicjatywę. A na przeciwko morze luf. A ja na środku stołu w połowie drogi do covera. Straciłem jakieś spidery, i paru knightów. Mogło być gorzej. Pozostałe spidery na raty do współy z Samaelem rozkręciły bloba. W międzyczasie przeżywałem męki próbując rozkręcić manticore. Co turę póki miał rakiety posyłałem jej jakieś pozdrowienie lub po prostu szarżowałem i na koniec nadal jeździła. Tyle, że bez HB. Z lemanem miałem jedne podejście z meltą na bliskim ale dwie kostki to ciut mało na tyyyyle pancerza. Generalnie z pojazdami była turbo rzeźba. Na szczęście w tej bitwie udało się uniknąć 7 tury w której mógłbym dostać tabla i skończyło się na 10-10.
5ta Runda Jezus i IG+GK. Nie zaczynałem. Prawie udało mi się pochować spidery. To prawie to jakieś 3 które spadły. W tej bitwie po raz pierwszy wykorzystałem traita Samaela dzięki czemu schowałem go wraz z CS za jakąś górką. Mój pomysł na tą bitwę był trochę postraszyć, z jednej czy drugiej strony ale po pierwsze i najważniejsze zabezpieczyć znaczniki. Jezusa pomysł był by mnie zabić. Jego się do udał gorzej niż mój w czym pomogło to, że zagraliśmy tylko 5 tur. Udało mi się wykorzystać jego nieuwagę i zdjąć te dwa modele z bloba w pobliżu jego znacznika dzięki czemu go stracił. 17-3
Poza terenami trudno mi się do czegoś doczepić. Może nie było żadnych wodotrysków ale generalnie wszystko było jak należy. Bardzo mi się podobała czasówka, bo w żadnej bitwie szczególnie nie spieszyłem ale wszystkie z spokojem dograłem a pomiędzy nimi miałem czas pogadać i ponarzekać. Dzięki temu bardzo luźno się czułem bez presji czasu. Za rok, jak dla mnie podobne punkty mogą zostać mimo, że w pierwszej chwili uważałem, że ciut ich mało. Wolę czas z ziomami niż parę modeli więcej.
Pomimo wyników Ravenwingiem grało mi się super. Armia mi wybitnie leży pomimo dość zero-jedynkowej opcji za nią stojącej. A że można nią wygrywać udowodnił Arrr wygrywając cały turniej odnosząc po drodze zwycięstwa z trzema naszymi reprezentantami na ETC.
Gratki Szwagier!!
Etykiety:
relacje
czwartek, 30 maja 2013
Podcast r 33 Zdjęcie z Marinsem (pre-heresy)
Dziś proponujemy Wam drodzy słuchacze kolejną odsłonę cyklu 'odcinamy kupony od jednej wycieczki' tyle, że w wersji audio czyli podcast o Horus Heresy Weekender. Nie da się ukryć, że parę rzeczy o których już przeczytaliście będzie można teraz usłyszeć ale też pojawia się kilka wątków o których wcześniej nie wspominałem. Zatem warto.
A jakby komuś było nadal mało to mam dobrą wiadomość z chłopakami z Warptalka uzgadniamy termin nagrania więc niedługo pewnie wezmą mnie na spytki i będzie jeszcze więcej materiału o imprezie. I mam przeczucie, że będą oni zadawali pytania z trochę innej strony więc nawet dla tych którzy przebraną przez poniższe nagranie i tak WT będzie zawierał nowe sprawy. Zatem do usłyszenia :)
Podcast r 33 Zdjęcie z Marinsem (pre-heresy)
Parę zdjęć uzupełniających audio znajdziecie tutaj.
Etykiety:
black library,
Michu,
podcast,
relacje,
ukochana firma
poniedziałek, 20 maja 2013
Weekend z herezją jeszcze na gorąco
Szczerze mówiąc wyjazd na Horus Heresy Weekender i wizyta w Warhammer World były dla mnie wydarzeniem na tyle epickim, że nie do końca wiem jaką formę relacji wybrać. Najchętniej zdecydował się na każdą, czyli i notka, i podcast, i coś jeszcze. Póki co mam silną potrzebę by naskrobię cokolwiek na gorąco. A potem się zobaczy i pewnie rozwinę tą notkę np. w wersji audio. Oczywiście z wielką pomocą Micha.
Zatem, krótko i zwięźle - warto było. I to nie na zasadzie ee-ee no było okeeej tylko, "Wow that was awesome!". Cytując poznanego amerykanina który swój bilet lotniczy sfinansował z sprzedaży monety pamiętającej Nerona. Tak, cesarza rzymskiego, nie jakiegoś weteran sierżanta. I to daje dobry obraz na zjazd jakich geeków udało mi się trafić.
Jednak impreza była organizowana przez firmy które mają zarabiać i chęć takowego było widać od samego początku. Zanim trafiłem gdziekolwiek wylądowałem w kolejce do punktu handlowego gdzie m. in. za jedyne 30 funtów można było kupić limitowaną antologię mająco pewnie z sto i kilkanaście stron (nie wiem dokładnie ile bo swojej nie odfoliowałem jeszcze). Książka ukazała się w 1000 egzemplarzy i każdy (z tak na oko 250 uczestników) mógł kupić jeden. I dopiero drugiego dnia o 12 sprzedawali resztę. Gdy przyszedłem o 12.13 byłem spóźniony 5 minut. Przynajmniej tak ktoś z obsługi mi powiedział. Dla mnie to wyglądało jakby tej drugiej partii nigdy nie było. Cisza i spokój. Zatem nie tylko BL czy FW zarabiają na takich imprezach. Są i hobbyści którzy potrafią zgarnąć parę groszy na tej zabawie i to wyłącznie korzystając z faktu bycia o właściwym czasie we właściwym miejscu. Model Fulgrima który miał swoją premierę na imprezie również, za sprawą nikłego nakładu skończył się w 5 czy 10 minut. Co najśmieszniejsze całość się rozeszła jeszcze przed oficjalnym startem eventu. Podobno w sobotę wieczorem na eBay'u doszedł do 220 funtów a to jeszcze nie był koniec aukcji. Przy czym należy pamiętać, że on nie jest limitowany - po prostu ktoś był niecierpliwy.
Hobbyści hobbystom zgotowali ten los ;).
Nie zmienia to faktu, że ilość pokus dla kogoś chorującego na Herezję była na stoisku trudna do wytrzymania i szczerze mówiąc nie wiem czy komukolwiek tam udało się oprzeć przed jakimś zakupem. Na moje szczęście FW wystawił jedynie najnowsze figurki resztę można było zamówić co utrudniało kompulsywne zakupy oraz ratowało sytuacje.
Ale nie tylko handlem ta impreza stała bo drugim biegunem był spotkania z twórcami czyli autorami, rysownikami, rzeźbiarzami i innymi osobami odpowiedzialnymi za mityczną własność intelektualną. W jednej sali odbywały się seminaria trwające godzinę z 15 minutową przerwą do kolejnego przez praktycznie cały czas a w dwóch kolejnych salach można było porozmawiać odpowiednio z rysownikami i rzeźbiarzami. I z tych rozmów np. wiem o co chodzi z tymi dwoma pozami Fulgrima i że na tą chwilę publikacja tej drugiej wcale nie jest pewna. Niestety. Zresztą Angron też ma drugą wersje ale uznano, że nie różni się na tyle by była warta upublicznienia. Przy okazji dowiedziałem się, że każdy primarcha to około 4 miesięcy rzeźbienia. No i dyskusja z jaką bronią ma być szef 3 legionu była długa i nie łatwa.
Dużo ciekawostek można było usłyszeć, zresztą od nich się zaczęła cała impreza. Pierwsze seminarium pt "Orgins of Heresy" mogło być dla niektórych obrazoburcze - np. stwierdzenie, że cała idea herezji powstała po to by zapełnić narożnik jakiejś strony do dodatku do Rogue Tradera do końca. Tak chłopaki mają dystans do tego co robią. Ale z drugiej strony było widać pasje kiedy np. opowiadali o tym jak primarchowie są definiowani przez to którego z swoich braci spotkali pierwszego. I jak do tego doszło. I właśnie jedną z największy wartości dla mnie tej całej wycieczki było możliwość usłyszenia o co tym ludziom chodziło gdy robili to tak a nie inaczej, albo gdy opisali to w ten a nie inny sposób. I np. dlaczego robiąc swoje ilustracje nie używają 3d choć oszczędziło by to mnóstwo czasu. Bo uznają, że old-schoolowy wygląd tych schematycznych obrazów jest najważniejszy.
Dużo oglądania, dużo słuchania, dużo rozmów, dużo zajaranych tematem ludzi. Słowem dużo herezji w każdym wydaniu. Bardzo dużo. Może polecę po bandzie z patosem ale to był magiczny weekend dla mnie. Moje podejście do hobby uległo sporem odświeżeniu i rewizji. No i już sobie obiecałem, że jeśli za rok powtórzą (a takie są plany) to wrócę tam. Może nawet z własną armią ;)
Przepraszam za chaos w tej notce ale taki urok pisania na gorąco w dodatku będąc wywróconym na lewą stronę po dość męczącej podróży. Ale po prostu uznałem, że im wcześniej tym lepiej a że na jednym wpisie pewnie się nie skończy to odrobiona nieuporządkowania myśli aż tak nie będzie przeszkadzać.
I jeszcze o Warhammer World zamierzam coś wspomnieć...
Etykiety:
black library,
nowości GW,
relacje,
ukochana firma
niedziela, 5 maja 2013
Nadrabiając zaległości
Mocno spóźniona jest ta relacja ale niestety, jeśli chodzi o czas, to rzeczywistość ostatnio jest coraz bardziej dla mnie brutalna. Musiał się przytrafić długi weekend abym się ogarnął i siadł do tego małego podsumowania.
Koncepcja organizacji Drużynowych Mistrzostw Polski w Łodzi powstała w ostatniej chwili, kiedy wydawało się, że jedyną alternatywą jest odwołanie imprezy w tym roku. Dlatego jakiekolwiek dyskusje o organzizacji imprezy należałoby rozpocząć od hołdu na rzecz odwagi organizatorów tegorocznych Mistrzostw, dzięki czemumhonor ligi i sceny jako takiej, ocalał. Nie zmienia to faktu, że ta lekcja powinna przełożyć się na jakieś wnioski na przyszłość. Ale biorąc pod uwagę dotychczasowe odrabianie ligowych zadań domowych, to z super optymizmem na to nie spoglądam.
Sala, która była główną areną walk miała całkiem konkretny rozmiar dzięki czemu każdy stół był samotną wyspą na oceanie walk. Czy coś. ;) Tym, czego "trochę" brakowała przy stołach były krzesła, których było bardzo mało. Choć po turnieju się dowiedziałem, że podobno można było gdzieś pójść i je sobie pobrać. Niestety, wtedy kiedy to było dla mnie istotne to ta informacja mnie ominęła. Generalnie mam wrażenie, że komunikacja zostawiała troszkę do życznia ale najważniejsze czyli czasówka była dobrze ogarnięta, bo wielki licznik czasu był widoczny zewsząd dzięki rzutnikowi.
Fajną akcją był sobotni obiad wliczony w cenę i choć jadałem lepiej, to sam fakt, że mogłem zjeść coś ciepłego bez ogarniania tego, ustawiając się jedynie w kolejce, był bardzo miły. Natomiast już szeroko skomentowana akcja z noclegami była zdecydowanie mniej udana. Przez cały czas przygotowań do imprezy zakładałem, że mam ten temat załatwiony. I kilka dni przed imprezą okazuje się, że niekoniecznie. To był zdecydowanie najsłabszy punkt, przynajmniej z mojej perspektywy, w organizacji tej imprezy.
Wspomniane wcześniej stoły były zastawione przyzwoicie i choć mogło być więcej terenu, to makiety pozwalały się chować czy bawić się w fazie ruchu. Chociaż znalazłoby się tam conieco do poprawy, to narzekać nie zamierzam.
Już klasycznie, w sobotę wieczorem odbyła się impreza zamykająca sezon ligi - rozdano młotki oraz nagrody dla Top 10 graczy. I pomimo szumnych planów by ta ceremonia była bardziej wiekopomna niż dotychczasowe, to wyszło jak zwykle. Jednak biorąc pod uwagę całokształt okoliczności towarzyszących, traktuję ją bardziej jako sukce niż porażkę. Ale to jest kolejna kwestia, która powinna przykuć uwagę koordynatorów w tym sezonie.
Podsumowując, impreza ogólnie się udała i pomimo moich początkowych obaw oraz irytacji weekend spędzony w Łodzi uważam za całkiem udany. Jednak organizacja takiego turnieju w ośrodku bez jakiś turbo tradycji turniejów dwudniowych, jest obarczona ryzykiem. Zwłaszcza jeśli dorzuci się do tego czas. Natomiast, jeśli za rok Łódź by się zgłosiła ponownie to bym raczej był za. Miejscówka, czyli fundament imprezy jest ok. Jak będą krzesła to już będzie super. A nocleg od początku, just in case, trzeba ogarnąć samodzielnie. I gitara.
A wrażenia z gry Ravenwingiem zasługują na osobną notkę, więc możecie się spodziewać ich w najbliższej przyszłości. Jak teaser powiem -było super!
Etykiety:
relacje
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Młotki 2k13 - addendum
Nadaje Michu. DMP za nami jak i towarzyszące mu rozdanie Młotków. W tym roku na prośbę Afro i z własnej nieprzymuszonej woli uczestniczyliśmy w zaszczytnym procederze organizowania tych ostatnich. Okazało się, że zajmowało to więcej czasu niż przewidzieliśmy ale dzięki poświęceniu Łysego w nabywaniu młotków (tradycyjnie już firmy TOPEX) i przede wszystkim Biecie, która uratowała sprawę plakietek, udało się wszystko zrobić na czas.
Niestety na miejscu nie wszystek wyszło zgodnie z planem. Przyczyn jest zapewne wiele - obsuwa czasowa, noclegi w różnych miejscach, nie do końca przyjazna obsługa lokalu i zrozumiałe zmęczenie orgów. Innymi słowy - miała być nowa jakość a wyszło jak zwykle. Nie wszystko jednak stracone - poniżej macie zamieszoną prezentację, która miała lecieć w trakcie rozdania i nie poleciała z przyczyn technicznych.
Wyniki głosowanie są podane wraz z wykresami, gdzie jest pokazana ilość głosów oddanych przez poszczególne środowiska na zwycięzcę. Sumować trzeba samemu :) Postanowiłem nie zamieszczać ilości głosów oddanych na innych kandydatów - co za dużo to niezdrowo. Oto i prezentacja a poniżej jeszcze podsumowanie i zwycięzcy w krótszej formie.
Gdyby nie działało to osobny link: PREZENTACJA MŁOTKI 2k13
Głosów oddano ogółem 73. Patrząc na zeszłoroczny ranking to jest to ca. 1/3 ilości aktywnie grających osób (3+ turnieje). Mało? Chyba nie aż tak. Chociaż zadanie na przyszłość to aktywizacja paru środowisk, którym się nie chciało - tak, na Was patrzę Stolico :)
Wyniki to w losowej kolejności:
- Najsympatyczniejszy gracz: Marcin "Karkówa" Kargula
- Naprężniejsze środowisko: Trójmiasto
- Najlepszy sędzia: Marcin "Nathaniel" Sprawka
- Najlepsza strona www: z24cala
- Najlepszy turniej: Fist of Fury
- Największy wkład w Ligę: Zulus
- Najlepsza twórczość fanowska: z24cala
Dziękujemy wszystkim, którzy oddali głosy i gratulujemy zwycięzcom! Bardzo dziękujemy również wszystkim, którzy oddali głosy na nas. Nawet nie potrzebowaliśmy zbytnio oszukiwać przy liczeniu głosów :)
Jeszcze raz dzięki!
P.S. Relacja z DMP oczywiście będzie osobno. Stay in touch!
P.P.S. Nie nie wiemy jak się używa młotka spawalniczego ale wygląda srogo :)
P.P.S. Nie nie wiemy jak się używa młotka spawalniczego ale wygląda srogo :)
Etykiety:
młotki,
relacje,
scena turniejowa,
twórczość fanowska
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Trochę to trwało, ale w końcu dzięki PKP miałem trochę czasu by relacje z Wojny Światów pociągnąć dalej. Czyli wspomnieć coś o bitwach. I celowo w tym momencie unikam słowa opisać, bo stali czytelnicy dobrze wiedzą, że mam z tym problem. Zazwyczaj pamiętam zbyt mało detali, by silenie sie na jakiś raport miało sens.
Zatem: bardziej niż o bitwach będzie o nowych demonach, bo głównie ich testowanie było moim i Pająka, z którym miałem przyjemność grać w parze, celem. I powiem tak: testy się udały w stu procentach. Znamy wszystkie słabości demonów. Niestety, wiedza ta przełożyła się na końcowy wynik, ale ten i tak nam snu z powiek spędzać nie będzie. Po prostu byliśmy turbo szczęślwi, że w ogóle dotarliśmy na ten turniej - obaj prawie do końca mieliśmy przeświadczenie, że z powodu prozy życia minie nas taaaaka impra.
Nasze rozpiski wyglądały następująco:
Chaos Space Marines
HQ1 : Daemon Prince (Daemon of Tzeentch, Black Mace, Psyker lvl1, Wings, Power Armour) 290
Troop1 : 10 Cultists (Heavy Stubber) 55
Troop2 : 10 Cultists (Heavy Stubber) 55
FA1 : Heldrake (Baleflamer) 170
FA2 : 5 Raptors (2*Flamer, Meltabomb on Champion, Mark of Nurgle) 125
HS1 : 2 Obliterators (Mark of Nurgle) 152
HS2 : 2 Obliterators (Mark of Nurgle) 152
Total [999]
KP: 7
Models: 31
Chaos Daemons
HQ1 : Lord of Change (Lesser Reward, Greater Reward) 260 (Warlord)
Troop1 : 10 Plaguebearers of Nurgle 90
Troop2 : 10 Pink Horrors of Tzeentch 90
Troop3 : 10 Daemonettes of Slaanesh 90
FA1 : 10 Flesh Hounds of Khorne 160
HS1: Daemon Prince (Daemon of Tzeentch, Psyker lvl 2, Lesser Reward, Greater Reward, Daemonic Flight, Warp-forged Armour) 310
Total [1000]
KP: 6
Models: 42
W pierwszej bitwie Michu i Jasiu przypomnieli nam, że bycie w ogródku to nie to samo, co witanie się z gąską. I ile razy któryś z naszych grubasów się zbliżył do ich lini, to umierał w jakiś kuriozalny sposób. Np. Demon Prince zginął z vector strików dwóch smoków. Tak wiem - i tak prawie jak overkill - mógł go zabić jeden. Drugi Demon Prince ginący od salw ostatniego oddziału, który mógł strzelać. Miał dwa woundy, oni zrobili dwa sejwy, ja miałem 3+ sejwa i przerzut jedynek. Muszę pisać co wypadło? Ale i tak tych dwóch przebił herszt tej bandy czyli Lord of Change. Stracił 5 woundów, mając przerzuty inva, od 4 strzałów nekrońskiej kosy.
W drugiej bitwie dowiedzieliśmy się jak to wygląda, gdy grubasy wyłączą "patałach mode".
Zacnie.
Właściwie w trójkę rozkręcili orki i templarów.
W trzeciej bitwie mieliśmy powtórkę z rozrywki i wesołych przgód z groundingami ciąg dalszy. W czwartej turze nasz LoC, warty 3vp (kp, warlord, nemesis), dostał pojedyńczy strzał z boltera i spadł, a drugi i ostatni oddział naszych przeciwników, pod postacią 10 termosów z Corteazem, go zastrzelił.
Potem jeszcze to 600 punktów nienawiści do demonów ubiło oblity i coś jeszcze dzięki czemu upewniliśmy się, że bycie powyżej 24 cali od tych typów jest jednym z lepszych, a na pewno jednym z bezpieczniejszych pomysłów na nich.
W czwartej bitwie dostaliśmy dowód, że demony nadają się do gonienia wyniku. Przynajmniej jak ich chaośniczy bracia po gwieździe je wspomagają. Co prawda znowu się dowiedzieliśmy, że Vector strajki są pogromcami podniebnych DP. Ale miałem swój moment satysfakcji, gdy rzuciłem dwie jedynki na test instability.
No i najważniejsza lekcja wynikająca z tego starcia to to, że "raz na tabelce, raz pod tabelką".
W piątej bitwie, zabijając drugą parkę Dużych Szarych Rycerzyków, skończyliśmy zdobywanie sprawności pogromcy knightów rozpoczęte w 3ciej bitwie.
Poza tym, nasi przeciwnicy zadmenstrowali nam, że Soul Grinder wcale nie jest taki zły i całkiem uniwersalny. A tu placuszek, a tu smoczek strącony, a tu jakaś szarża - tak to się kręci w Oku Terroru.
I to tyle jeśli chodzi o Pająka i moje demoniczne lekcje z Wojny Światów. Podsumowując: się działo, się dużo nauczyliśmy i będziemy z tej wiedzy korzystać na DMP.
A do Demonów jeszcze z Michem i mikrofonem powrócimy.
Jak Tzeentch pozwoli.
Etykiety:
relacje
środa, 27 marca 2013
Wojna Światów 2k13 - o organizacji
Gdy za pierwszym razem zacząłem pisać tą notkę chciałem wyjść od frekwencji i oderwaniem się od Pyrkonu. Ale potem stwierdziłem, że obie te rzeczy dla mnie nie mają większego znaczenia. Ludzi nadal był wystarczająco by rozegrać 5 bitew z różnymi przeciwnikami. A co do Pyrkonu cóż przez te wszystkie lata na atrakcje z nim związane znalazłem może w sumie z 2h. Nie zdziwię więc nikogo stwierdzeniem, że ja po Pyrkonie płakać nie będę. Ale jak dojdzie do powrotu na konwentowe łona na pewno będzie miło. Przynajmniej tym którzy lepiej ogarniają swój czas na turniejach.
Graliśmy zatem w szkole w której było w sam raz miejsca natomiast wolę nie wiedzieć jakby to wyglądało w przypadku zeszłorocznej frekwencji. Kroiła by się przymusowa integracja na całego.
Oczywiście standardy masterowe został dotrzymane w 101% łącznie z tymi niepisanymi jak obsuwa na starcie turnieju. Częściowo wynikała ona z powodów od orgów niezależnych jak spóźnienia graczy na które nie mieli wpływu. Jednak na takie rzeczy jak sprawdzanie armii przed turniejem mieli i mogło być to lepiej zorganizowane. Choćby poprzez zaangażowanie większej liczby osób do tego zadania. Jednak i tak mogło być gorzej i jestem przekonany, że w tym względzie zadanie domowe zostanie odrobione. To co mnie bardziej przy kontroli wysiwygu intryguje to jej "wykonalność". Bo już po czasie dowiedziałem się, że jedni z naszych przeciwników, z którymi swoją droga zagraliśmy bardzo fajną i emocjonującą grę, używali sprzętu który mieli wykreślony. Jednak nie był to z mojej perspektywy jakiś super problem natomiast warto by orgowie mieli świadomość jak to potem działa w praniu.
Zdecydowanie większym problem dla mnie była druga, poza tradycyjną, obsuwa czasowa związana z stabilnością użytego softu do parowania. Ostatnio mam więcej wspólnego z testowaniem oprogramowania niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu i mam świadomość że samo rozegranie 50 wirtualnych turniejów to za mało by uznać produkt za zdatny do użycia. Szczególnie na imprezie klasy master. A gdyby nie ten poślizg to boje w sobotę by się zakończyły koło godziny 19 co biorąc pod uwagę opóźniony start byłoby genialnym wynikiem. I tu duże gratki dla orgów za sprawne pilnowanie czasówki.
Kolejnym problemem dla mnie było sędziowanie. Jeśli pytanie wykraczało poza LOS'a czy covery trzeba było wołać Rudzika a ten nie dość, że jest jeden to jeszcze dla kamuflażu kamizelki nie nosił.
Jednak by nie było, że jedynie krytykuję to i tak myślę, że większość graczy dobrze się bawiła bo turniej poza tymi niedogodnościami był dobrze ogarnięty. Sporo miejsca dzięki czemu każdy stół stał osobno. Wybalansowane misje bez realizacji potrzeb bycia oryginalnym. Już wspomniane pilnowanie czasu, pomimo problemów. Rzutnik na paringi. Tacki i wydrukowane rozpiski. Słowem, jak już nadszedł "ten moment" to tak naprawdę nic nie stało na przeszkodzie by grać. A jak się grało to już wkrótce opiszę (jak się uda)...
PS No i w tym roku IMO był najlepszy after w przypadku Wojny Światów. Fajny przestronny lokal i gdzie się nie spojrzało same znajome i uradowane twarze.
Etykiety:
relacje
środa, 30 stycznia 2013
Na kruczych skrzydłach
Zazwyczaj na weekend po masterze mam wiele różnych planów ale rzadko kiedy one się łączą z jakimkolwiek turniejem. Co by nie mówić następuję zmęczenie materiału oraz chęć odpoczęcia od plastikowych żołnierzyków by za jakiś czas z jeszcze większą werwą rzucić się w wir hobby. Jednak tym razem pomimo Drużynowych Mistrzostw Warszawy, tydzień wcześniej, nie odpuściłem sobie lokala w Poznaniu. Wszystko za sprawą nowego kodeksu Dark Angeli i wizji wyprowadzenia dawno nie używanych motorów na spacer. I kiedy tym pomysłem pochwaliłem się na fejsie pojawiły się prośby o jakieś wrażenia i inne relacje i spróbuję choć w znikomym stopniu na nie odpowiedzieć.
Ale zanim się rozkręcę z narzekaniem zacznę dość neutralnie czyli od rozpiski.
Samael
Libra 2 poziom, motor
3 cyklistów z dwoma plazmami
6 cyklistów melta flamer, atak bajk z meltą i spider z rakietami
6 cyklistów melta flamer, atak bajk z meltą i spider z rakietami
spider od covera
6 rycerzy z dwoma granatnikami
5 spiderów z podwójnymi bolcami.
No to jak formalności mamy za sobą zacznę od bolączek tej armii bo w dwóch pierwszych bitwach odkryłem odkryłem od razu po jednej. Czyli w sumie dwie. Pierwsza to Wall of Tesla. Ta armia nigdy nie grzeszyła ilością modeli i pomimo, że teraz relatywnie staniała to nadal w tej kwestii zbyt różowo nie jest. Więc jak dostajesz co turę wiadro kości na sejwy to dość szybko zaczynasz odkrywać, że armia ci się kończy. A siła 7 jest na tą armię optymalna - wszystko rani na 2+ a w spiderach robi dziury.
Druga bolączka to chaośnicze smoki i ich AP3 połączone z zdejmowaniem covera. Jak do tego dorzuci się możliwość rażenia dwóch celi na turę to te 3ki bajków pokitrane za kamlotami i innymi skałkami odparowują w zastraszającym tempie.
Jak już przerobiliśmy "jakże zaskakujące" słabe punkty to wspomnę jak działały poszczególne jednostki.
Po powrocie z DMW zakodowałem sobie, że Samael ma siłę 6. Nie ma. Ma jedynie 4. Gdyby nie to byłby naprawdę zacny a tak sam z siebie za wiele nie robi - jedna plazma wiosny nie czyni. Co prawda zyskał H&R, skaut, prefer na CSM i choć to są przyjemne dodatki to po bohaterze za 200 punktów byśmy się spodziewali większej mocy. Inna sprawa, że najważniejsze jest to, że robi z cyklistów drugiej kompanii troopsy.
Libra z dostępem do divinacji jest bardzo dobrym wsparciem. Zwłaszcza jeśli pod podstawową moc tej szkoły bierze się 10 cięzkich bolterów. Mobilnych. To daje dość dużą moc przerobową. Inna sprawa, że cena każe dwa razy się zastanowić czy warto ale jeśli drugą mocą jest np przerzut udanych sejwów zaczyna się robić naprawdę wesoło.
Motory z troopsów są dobre bo są tanie a, że są tanie to są dobre. Scout i Hit and Run także pomaga choćby na meltach. Takie przykładowo barki anihilacji nie odczuwają potrzeby szczególnie mocno pchać się do przodu. Generalnie przeciwnicy nabierają wtedy sporo ostrożności przy wystawianiu się. Zwłaszcza jeśli to my zaczynamy.
Cover Speeder jest jedną z dwóch nowych jednostek przetestowanych na tym turnieju i powiem tak. Fateweaver to to nie jest tzn. trochę podnosi przeżywalność jednostek zmuszonych do zdawania covera ale wyeliminować go jakoś szczególnie trudno nie jest. Jednak jak się spojrzy na koszt punktowy to człowiek dochodzi do wniosku, że może i warto. Zwłaszcza, że jak się trafi jakiś fajny stół to może naprawdę pomóc. Jedyny problem to, że zajmuje slot fastów w którym jest druga z nowości czyli Black Knighci.
I szczerze mówiąc jakbym miał oceniać ich przez pryzmat tego turnieju to w zachwyt bym nie wpadł. Ale, bo musi być jakieś "ale", odrobiłem zadanie domowe i mam nadzieję, że więcej się nimi tak nie pokaleczę. Bo narzędzie z nich ostre jak skalpel ale wymagające precyzji godnej takowego. Wiadro linkowanej plazmy w połączeniu z granatnikami plus nie takie słabe możliwości w walce muszą działać. Trzeba jedynie pamiętać, że sam taf 5 szczególnej rewelacji w dziedzinie wyporności nie czyni. No i żeby zrobić Hit and Run to najpierw to trzeba przeżyć.
Podsumowując - nawet w czystym Ravenwingu przybyło tyle nowych opcji, że nie wiadomo w którą stronę się obrócić. Jednak, żadna z nich nie jest demonicznej klasy co sprawia, że gra się tym całkiem interesująco. Nie wydaje mi się, że da się z tego złożyć samograja ale rozpiskę taką za którą nie trzeba się wstydzić jak najbardziej.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
relacje
sobota, 15 grudnia 2012
Fists of Fury 2012 cz. 2
Bitwę czwartą czyli tą która zabiera czas by odespać sobotni wieczorek przyszło mi zagrać z Bladym Krisem i jego chaosem. Z Krisem miałem rachunki do wyrównania za Szczecin gdzie mnie obił niemiłosiernie głównie za sprawą mojego hura-optymizmu. Tym razem postanowiłem zrobić to bez szaleństw i nie wdawać się w żadne wspaniałe plany mające da zwycięstwo w półtorej tury.
Zadziałało.
Kluczowym momentem było gdy Blady podjął próbę zaszarżowania Demon Princem screamerów kiedy potrzebował do tego 7". Nie wyturlał. Riposta w postaci 60 ataków z siłą 5 i AP2 okazała się być akurat i potem już było z górki. Dalej bitwa upłynęła na demonstrowaniu przez demony swojego starszeństwa w Oku Terroru. Bitwa zakończyła się po 5 turach i moje gapiostwo które sprawiło że nie zająłem dwóch znaczników pomimo że miałem przy nich specjalnie oddziały ustaliło wynik 15-5.
W finalnej rozgrywce moim przeciwnikiem był reprezentant trójmiasta w osobie Numera Raz grającego Necronami. Jego armia to 3 fruwajki, 3 barki, władca pioronów lord na śmietniku, dwie piątki warriorów, dwie piątki immortali i dwa oddziały Wraithów. I te ostatnie były dla mnie głównym źródłem traumy. Zdecydowanie ich nie doceniłem dzięki czemu bardzo szybko straciłem screamery. Okazało się że trafianie na 3+ i ranienie na 2+ jest lepsze od 4+/3+. No inv 3+ jest lepszy od przeczucnaego na 5+. Zaskakujące prawda?
Thirster w ramach ratowania sytuacji poszedł to skontrować i zakopał się w jednym oddziale na całą 7 turową bitwę. Można przyjąć zatem, że kombatu nie miałem. Jednak dość łatwo udało mi się wybić wszystkie blaszane troopsy dzięki czemu miałem ciut komfortu myśląc o wyniku. Natomiast nie udało mi się zapobiec rewanżowi z strony Numera w dużej mierze dzięki wiatrom z warpa które rozrzuciły horrory po całym stole. Większość bitwy upłynęła nam na turlaniu kostek w jakiś niezbyt sensownych walkach wręcz jak np. lord kontra horrory z krótkimi przerwami na niezbyt rozbudowane fazy strzelania. Biorąc pod uwagę ilość troopsów na koniec bitwy wynik rozstrzygnął się na celach pobocznych gdzie wygrałem jednym punktem zatem wyszło nam 11-9.
Mając już bitwy za sobą mogę wspomnieć coś o organizacji która była
fe-no-me-nal-na.
Po prostu.
Gracze byli rozpieszczani z każdej strony. Herbatki, kawki ciasto, pizza no i wigilia z śledziami, pierogami i bardzo dobrym bigosem. Wiele widziałem na turniejach ale to, to było szaleństwo. Zdecydowanie młotkowy turniej. Mam nadzieję, że tych 40 uczestników którzy zapewnili komplet na tej imprezie będzie pamiętało o tym na koniec sezonu bo naprawdę warto to docenić co zrobili organizatorzy z Koszalina. Trzymam kciuki za przyszłoroczną powtórkę z rozrywki i już sobie rezerwuję termin bo zdecydowanie warto.
A kto nie był niech żałuje - jest czego.
Etykiety:
relacje
wtorek, 11 grudnia 2012
Fists of Fury 2012 cz. 1
Fotka by Banan.
W końcu mi się udało dotrzeć do Koszalina na tamtejszego chelka zwanego Fists of Fury. I choć jechałem z jakimś tam wyobrażeniem czego się spodziewać, powstałym na bazie relacji ludzi którzy bawili się na tym turnieju w latach poprzednich to zastana rzeczywistość mnie zaskoczyła i zmiotła bo czegoś tak zacnego nawet w najśmielszych snach sobie nie wyobrażałem. Ale zanim dojdą do organizacji to jednak wspomnę parę słów o bitwach bo w tych również się sporo działo. Oczywiście wzorem poprzednich moich relacji skupię się jedynie na absolutnie kluczowych momentach bo opisywanie całych starć w moim wykonaniu nie ma większego sensu i szkoda Waszego czasu.
Pojechałem z standardowymi jak na aktualne czasy demonami czyli:
Fateweaver
Thirster
Plaszczki 8+7
Flamery 3+3+6
Horrory 5+5+5+6+9 (changeling)
Pierwsza bitwę zagraliśmy z Michem w ramach challenga. A, ze doktor przyjechał chaosem z delikatna wkładką demonów kroiły się niezłe derby Oka Terroru. Jednak Tzeentch postanowił, że zamiast wyrównanego boju woli wesprzeć swoich czyli tych co mają jego marka. No i wsparł konkretnie.
Michu postanowił wejść z rezerw i wystawił na stole jedynie Demon Princa otoczonego wianuszkiem z kultystów by mnie i moich flamerów za bardzo jakieś głupoty nie kusiły. Smoka, oblity i dwie dziesiątki rogatych chopaków zostawił w rezerwach. W pierwszej fali demonów weszły screamery i chyba horrory aczkolwiek tu się mogę mylić. Maska i flamery czekały na swoją kolej w warpie. Bitwa miała dwa momenty przełomowe z czego ten drugi był rozbity na dwie tury. Ale po kolei i pierwszy z nich to szybka zamiana Deamon Princa, który złapał w komabacie jakieś płaszczki, w spawna. A drugi to absolutnie tragiczne rzuty Micha na rezerwy - w 2 turze weszły oblity w 3 Maska która dostała obstrzał od oblitów po tym jak oblali test od changelinga a 4 tury już nie było. Wiele razy z Michem już graliśmy ale pierwszy raz bitwa była tak jednostronna i to praktycznie wyłącznie za sprawą kości. No, ale są one integralną częścią tej gry i czasami człowiek nie ma wyboru i musi taką atrakcję po prostu przyjąć na klatę.
Druga bitwa to kolejne przyjacielsko-ośmioramienne przekomarzanki czyli starcie z Chaosem Wołka. Mam wrażenie, że jego rozpiska dość dobrze pasowała do niego a było w nich dwóch DP na wypasie, dwa landki 2 składy kultystów i 3 10 marinsów. Wołek od razu poinformował mnie, że to będzie jego pierwsza przeprawa z demonicznym konceptem balansu w tej grze i mam wrażenie, że dostał większą lekcję niż by sobie życzył. Prince, na ostatniej ranie ginący od overwatcha 5 horrorów był tylko preludium do szarży drugiego, który przy okazji był warlordem, a za cel wybrał sobie dwa flamery. 3 rany które miał w momencie deklaracji szarży okazały się nie styknąć. Screamery do współy z Thirsterem rozkręciły piechotę oraz landki i po 3ciej turze Wołek uznał, że nie ma sensu tego ciągnąć, no i muszę przyznać, że miał rację.
Po takim początku turnieju musiało się coś spieprzyć i oczywiście tak się stało w 3ciej bitwie gdzie mi przyszło zagrać z Kozłem i jego demonami. Generalnie mirrory są ciekawostką w tej grze ale demoniczny to już w ogóle jest klasa sama dla siebie. Zaczęło się od tego, że zacząłem co było, po prostu, dla mnie słabe. Kolejnym problemem było to że nie ta fala mi spadła i wszystkie flamery miałem na stole za nim zobaczyłem przeciwnika. Następną komplikacją był Fateweaver który poczekał do samego końca z swoim wielkim objawieniem na stole. Oczywiście mojego przeciwnika nie dotknęły takie plagi egipskie i grał oraz turlał normalnie. Właśnie przy okazji kostek tu też nie było różowo bo cały czas coś odbiegało w dół od przyjętych standardów. Słowem pełna kumulacja. Jednak zrobiłem Brace for Impact i postanowiłem powalczyć i wyszarpać co się uda wychodząc z założenia, że 3 punkty są lepsze niż 0. I całkiem, całkiem mi to wychodziło bo wykorzystałem zasadę scenariusza, że się flagi wbija i wcale na koniec nie trzeba mieć żywych troopsów. Nawbijałem flagi gdzie się dało zabiłem plagi mego przeciwnika zanim mu się je udało odbić i na koniec mieliśmy remis w znacznikach 4:4. Niestety ten koniec przyszedł dopiero w 7 turze i gdyby jej nie było przegrałbym około 14:6. No ale była i zostałem ztejblowany. W czym miał duże Wielki Spóźniony aka. Fateweaver postanowił rzucić dwie 6 na liderkę dostając druga ranę od ostatniego oddziału który w tej turze mógł mu coś zrobić. I całą tą walkę ptak strzelił.
CDN.
Mam nadzieję, że szybciej niż później ;)
Etykiety:
relacje
piątek, 9 listopada 2012
Halo, halo...
... i po Halo Stars. Kolejną edycję szczecińskiego turnieju, który w tym roku miał rangę challengera, możemy uznać za zamkniętą. Przyznam się bez bicia, że z roku na rok coraz trudniej mi się pisze o organizacji tego turnieju bo ile można się mierzyć z próbą opisania prawie, że perfekcji. Postanowiłem, że w tym roku nie będę się nawet porywał na to i od razu poratuje się tysiącem słów znaczy się tą fotą autorstwa Fangira:
Marcin pędzi z parówkami by gracze mu przy stołach z głodu nie pomarli. Po prostu rzeźnia. Pefka, że o zasady lepiej się było pytać co bardziej ogarniętych sąsiadów a sędziówka znowu wywinęła numer czyli jakieś zastrzeżenia się znajdą. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przyznania Marcinowi oraz reszcie ludzi odpowiedzialnych za ten turniej młotka uważam za w pełni zasadny i jak najbardziej na miejscu.
Do Szczecina pojechałem z Demonami - po raz pierwszy grałem rozpiską z zauważalną liczbą Screamerów i muszę przyznać, że ta armia ma moc. Jak cholera konkretnie. I ku mojemu zaskoczeniu nawet za bardzo kości jej nie krzywdzą. Przynajmniej nie tak jak zwykły. Pewnie że nadal można zabić sobie kluczowe jednostki spadając sobie na głowę ale generalnie trzeba mieć duuużo niefarta by móc zrzucać przegraną na kości. Armia się zrobiła ciut bardziej przewidywalna no i ma dwie jednostki oderwane od rzeczywistości oraz bardzo dobre wsparcie dla nich w postaci Fateweavera. Jedyny problem, że aktualnie rozpiski demonów są równie różnorodne co miniony chaos.
Jednym z ciekawszych momentów turnieju były wyniki 3ciej rudny gier kiedy to okazało się, że wszyscy tegoroczni reprezentanci obecni na imprezie przegrali.
Skark z Bladym Krisem
Raca z b00giem
Piszczu z Michałku
i Vladdi z mną.
Chciałbym napisać, że poziom się wyrównuje i inne tego typu wymysły ale mam wrażenie, że był to raczej przypadek w którym Tzeentch maczał palce by zasiać w nas ziarno wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja była mocno nietypowa więc dlatego o tym wspominam.
Wracają z turnieju uświadomiłem sobie, że chyba to był pierwszy taki świadomy turniej na 6 edycję na którym grałem. Do tej pory ludzie oswajali się z nowymi zasadami próbowali z czym to się wogóle je. Natomiast teraz już było widać, że jest grupa graczy która już trochę na nowych zasadach powalczyła i ma już całkiem dobre wyobrażenie jak to działa i bazują na tej wiedzy składała rozpy i rozkiminiała bitwy. Słowem się dzieje jeśli chodzi o metę turniejową.
A ciąg dalszy jej rozwoju już niedługo w Koszalinie - gdzie już teraz gorąco zapraszam. Co prawda jeszcze tam nie byłem ale się wybieram sprawdzić bo zasłyszane opinię mówią, że zdecydowanie warto.
Marcin pędzi z parówkami by gracze mu przy stołach z głodu nie pomarli. Po prostu rzeźnia. Pefka, że o zasady lepiej się było pytać co bardziej ogarniętych sąsiadów a sędziówka znowu wywinęła numer czyli jakieś zastrzeżenia się znajdą. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przyznania Marcinowi oraz reszcie ludzi odpowiedzialnych za ten turniej młotka uważam za w pełni zasadny i jak najbardziej na miejscu.
Do Szczecina pojechałem z Demonami - po raz pierwszy grałem rozpiską z zauważalną liczbą Screamerów i muszę przyznać, że ta armia ma moc. Jak cholera konkretnie. I ku mojemu zaskoczeniu nawet za bardzo kości jej nie krzywdzą. Przynajmniej nie tak jak zwykły. Pewnie że nadal można zabić sobie kluczowe jednostki spadając sobie na głowę ale generalnie trzeba mieć duuużo niefarta by móc zrzucać przegraną na kości. Armia się zrobiła ciut bardziej przewidywalna no i ma dwie jednostki oderwane od rzeczywistości oraz bardzo dobre wsparcie dla nich w postaci Fateweavera. Jedyny problem, że aktualnie rozpiski demonów są równie różnorodne co miniony chaos.
Jednym z ciekawszych momentów turnieju były wyniki 3ciej rudny gier kiedy to okazało się, że wszyscy tegoroczni reprezentanci obecni na imprezie przegrali.
Skark z Bladym Krisem
Raca z b00giem
Piszczu z Michałku
i Vladdi z mną.
Chciałbym napisać, że poziom się wyrównuje i inne tego typu wymysły ale mam wrażenie, że był to raczej przypadek w którym Tzeentch maczał palce by zasiać w nas ziarno wątpliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja była mocno nietypowa więc dlatego o tym wspominam.
Wracają z turnieju uświadomiłem sobie, że chyba to był pierwszy taki świadomy turniej na 6 edycję na którym grałem. Do tej pory ludzie oswajali się z nowymi zasadami próbowali z czym to się wogóle je. Natomiast teraz już było widać, że jest grupa graczy która już trochę na nowych zasadach powalczyła i ma już całkiem dobre wyobrażenie jak to działa i bazują na tej wiedzy składała rozpy i rozkiminiała bitwy. Słowem się dzieje jeśli chodzi o metę turniejową.
A ciąg dalszy jej rozwoju już niedługo w Koszalinie - gdzie już teraz gorąco zapraszam. Co prawda jeszcze tam nie byłem ale się wybieram sprawdzić bo zasłyszane opinię mówią, że zdecydowanie warto.
Etykiety:
młotki,
relacje,
scena turniejowa
środa, 24 października 2012
First Blood czyli czy ktoś wołał doktora?
Nadaje Michu. Dzisiaj będzie o turnieju. Niestety tym razem ilość zrobionych zdjęć jest pomijalna, więc nie wykręcę się sianem jak zwykle i zamiast opowieści obrazkowej, relacja prozą. Poza tym, wypada coś napisać zważywszy na niecodzienne wydarzenia jakie miały miejsce. Ale od początku.
W ostatni weekend miałem przyjemność gościć w stolicy polskiego winiarstwa na pierwszym, trafnie nazwanym First Blood, czelendżerze w Zielonej Górze. Dotrzeć z Poznania nie było wcale tak łatwo jakby się mogło wydawać. Wraże siły rzuciły przeciw nam mgły gęste niczym 5-edycyjny night fight - na szczęście farseer eM za kółkiem zdołał przewidzieć wszystkie wyskakujące niespodzianie maszyny rolnicze i dojechaliśmy bez szwanku. Wydaje się, że w dziedzinie przewidywania ruchu ulicznego Rudzik musi się jednak podszkolić :)
Przywitała nas miejscówka wielce przyjemna. Miejscowe władze postanowiły zrewitalizować niewielki poprzemysłowy budynek, praktycznie w centrum miasta, i oddać w ręce wszelkiego typu darmozjadów i wichrzycieli pokroju stowarzyszenia winiarzy czy klubu fantastyki Ad Astra, którego byliśmy gośćmi. Sala klimatyczna, choć trochę zbyt gorąca jak na mój gust, z drewnianymi podporami dodającymi charakteru, w sam raz na 30-40 osobowy turniej. Organizatorzy zadbali o nas i po krótkiej walce z sędziówką (takie frycowe każdy org zapłacić musi) zostaliśmy wyposażenie w zgrabne książeczki oraz gadżet w postaci pendriva. Graczy było mniej niż się spodziewano ale więcej niż obawiano, więc status turnieju został utrzymany a jednocześnie było kameralnie i przyjemnie. Zza okien przebijało słońce przypominając nam, że nie jest do końca normalnym grać w plastikowe pamperki przy tak pięknej pogodzie.
Kilka słów o grach. Miałem demony, rzekłbym ostatnimi czasy standardowe, z małymi usprawnieniami: Fateweaver, Bloodthirster, 3xFlamery, 3xScreamery, 5xHorrory, w tym jedna 9 i jedna ikona plus bolty. Wszystko to wzbogacone o trening mentalny w postaci mantr - "FT po drugiej turze może odpocząć", "Wraithy to tacy marinsi tylko łatwiej ich zobaczyć", "5 boltów, BT i FT to 2 flyery na ziemi na turę". Dodatkowo miałem też przygotowaną strategię turniejową: w pierwszej bitwie bęcki od necronów i skryty atak na pudło drugiego dnia. Niestety, nie wszystko wyszło.
W pierwszej bitwie czelendż z Adrianem i jego wraitwingiem. Bez rogali więc gra uczciwa, chociaż ostatnim razem jak graliśmy Szwagrowi zabrakło 1 figurki do stejblowania mnie. Tym razem jednak FT postanowił nie ginąć w pierwszej turze w przeciwieństwie do niejakiego Oberona (biedak będzie miał do mnie uraz - patrz druga bitwa), horrory zostały w warpie do 4 tury, ja odkryłem zasadę Smash a Adrian został fetyszystą cyfry 2 na kostkach. Koniec końców 18-2 plus karniaki za przedłużanie (skoczyliśmy po piwo przed bitwą). W międzyczasie uczestniczyłem w zabawnej scenie przekonywania sędziego, że necroni nie mają zrobionych podstawek, gdyż symbolizuje to teleportację :)
No i po pierwszej bitwie plan się zepsuł. W dodatku krwawej pomsty na Szwagrze zamierzał dokonać Afro. Tutaj rogale i bilans bitew dla mnie równie niekorzystny. Na szczęście Tzeentch pomyślał za mnie i nie pozwolił wystawić w pierwszej turze tego co chciałem. W drugiej turze wylądowałem necronom na plecach i tylko zobaczyłem przelatujące nad głowami rogale. Para Oberon&Zandrek wystąpiła w komplecie, jednak znowu nie dane mi było poznać ich zasad... W rezultacie szło mi tak dobrze, że z emocji zacząłem popełniać błędy a Afro cisnął horrory nieustannie i gdyby gra się nie skończyła byłoby krucho. Ale było inaczej i 20:0 dla mnie.
Trzecia bitwa to Typhus i miliard wilków w Drop Podach. Scenariusz to anihilacja więc raczej stawiałem na wygraną ale to co się stało przeszło moej oczekiwania. To jest naprawdę fatalny matchup dla dropowych marinsów. Naprawdę. Spadają strzelają, giną. Spadają strzelają, giną. Szkoda gadać - z tego naprawdę nie szło wiele ukulać. Chociaż Typhus starał się mnie zjeść psychicznie wyzywając mnie od 4 murzynów a siebie portretując w postaci nastoletniej dziewczynki. Szczegółów oszczędzę :) 20:0 dla mnie.
Trochę odpoczynku i afterek. Jako, że spaliśmy na wspólnej
sali postanowiliśmy oszczędzić sobie higieny tym razem i od razu
uderzyliśmy do knajpy. Wszystkiego 500 metrów, a za przewodników
mieliśmy starszą część Ad Astra, którzy mimo iż niefigurkowi,
dbali abyśmy się dobrze bawili za co chwała im. Lord Malcolm,
planszówki i Karkówa jedzący pizzę jak małą kanapeczkę umiliły nam wieczór skutecznie.
Rano Krysiak i IG z Null Zone i Gate of Infinity. Znów nie ta połowa i tym razem nie do końca było to dobre. FT zginął co prawda ale uczciwie zastrzelony po tym jak zrobił swoje pozwalając wytrwać Scremerom. Tutaj największe podziękowania dla mojego ulubionego sędziego Jacka za uświadomienie, że Null Zone nie działa na covery :) Gwardziści mieli świetne morale w tej bitwie, tak świetne, że szarża z granatami na BT wydawała się dobrym pomysłem. Nie był to jednak pomysł najlepszy i 14:6 dla mnie. Różnie być mogło bo przeciwnik kminił dobrze. Pozdrowienia dla Towarzyszki Krysiaka, która umilała mi czas rozmową, kiedy on liczył tysiące kostek z lasganów:)
Ostatnia bitwa to znowu necroni. I to w osobie Karkówy więc musiałem z wałowaniem przystopować bo żartów nie ma... Chociaż tak naprawdę było wesoło raczej i śmiesznie. Scenariusz wybitnie remisowy, więc pozwoliłem sobie tak zagrać. Okazało się, że Karkówa nie rzucał sejvów, ja nie rzuciłem tej połowy co chciałem (co znowu wyszło na plus...) i koniec końców 12:8 dla mnie. Karkówa obiecał rozpocząć flejma o demonach...
Okazało się, że pierwsze miejsce. Było buczenie i gratulacje, za które wszystkim serdeczne dzięki. Jedną z najbardziej trafnych analiz jest uwaga Chrobrego, że prawdopodobnie znam zasady tak jak zwykle ale inni po prostu równie słabo. Nie do końca dobrze mimo wszystko czuję się w postaci enfant terrible czterdziestki. Obiecuję poprawę i spróbuję namówić starego Micha na powrót do czterdziestki.... A do Zielonej Góry następnym razem pojadę na pewno - było mowa o grillu i zmianie terminu więc mam nadzieję, że spotkamy się w szerszym gronie. Chłopaki z ZG zdaję się jeszcze namieszają. Czego im i nam życzę.
Etykiety:
Michu,
relacje,
scena turniejowa
sobota, 6 października 2012
Za rok markery będą większe, czyli fotorelacja z Areny 2k12
Nadaje Michu. W zeszły weekend mieliśmy przyjemność z Łysym być na krakowskiej Arenie. I tym razem była to przyjemność, gdyż nawet niezbyt szczęśliwe połączenia komunikacyjne nie zdołały popsuć ogólnego wrażenia. Mniej osób niż zazwyczaj zdaje się tylko na dobre wyszło turniejowi i może wypada się zastanowić na formułą "mniej a częściej". To jednak temat na kiedy indziej, dzisiaj relacja w postaci zdjęć, stosownym komentarzem opatrzonych. Link do galerii poniżej:
P.S. Sponsorem galerii jest Eman, którego nieobecność w czwartej bitwie pozwoliła mi na przypomnienie sobie, że zabrałem jednak ze sobą aparat...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















