A właściwie to półtorej recenzji bo pierwsza z opisywanych pozycji to nie powieść a coś co w Black Library wliczają do kategorii nowela czyli ~120 stron. I do takiej noweli można różnie podejść - można mieć pomysł na dłuższą formę odchudzić go i uzyskać napakowane dzieło. Można też od razu mieć pomysł na coś co pasuje do tej formy. Można również mieć pomysł na opowiadanie nadmuchać go i uzyskać wypełnienie. Ostatnia opcja to brak pomysłu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black library. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black library. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 listopada 2013
czwartek, 25 lipca 2013
Terapia klimatem
Ostatnio, z małymi przerwami na zachowanie higieny psychicznej na np. Kill Grill, nadrabiam zaległości w Herezji Horusa. Książką z którą aktualnie się zapoznaje jest Shadows of treachery która muszę się przyznać mocno mnie zaskoczyła. I to, co najważniejsze na plus.
Jest to zbiór opowiadań z czego premierowe są dwa (najdłuższe, dające w sumie pewnie z ponad połowę objętości tomiku), a reszta już gdzieś, w tej czy innej formie, się pojawiła. Jednak większość z nich prezentuje całkiem przyzwoity poziom jeśli chodzi o warsztat i też jest interesująca jeśli chodzi o smaczki czy fabułę. Zresztą wystarczy rzut okiem na listę autorów, na której jest i Abnett, i McNeill, no i Dembski-Bowden by wiedzieć, że źle nie będzie. W końcu to pierwsza liga Black Library.
Jednym z moich ulubionych opowiadań jest Kaban Project które powstał z tego co kojarzę jeszcze przed cyklem Herezji jako wypełniacz do albumów z grafikami z HH. Akcja dzieje się na czerwonej planecie i biorą w niej udział zawodnicy w czerwonych kieckach. Widać w nim wyraźnie styl i wizję Marsa rozwiniętą później w Mechanicum. Do tego klasyczny temat każdej SF czyli sztuczna inteligencja co prawda potraktowany dość powierzchownie ale o tym się cykle pisze a nie opowiadanka na kilka stron. Tak czy siak myślę, że dalej rekomendować nie trzeba.
Wydaje mi się, że jest to najlepsza antologia z Herezji którą miałem do tej pory okazję czytać.
I tak nią zainspirowany przypomniałem sobie, że nie czytałem jeszcze opowiadania które było umieszczone w programie HHW. No i gdyby przyjąć kryterium jakościowe - nie załapałby się. Zdecydowanie nie ten poziom. Ale w broszurce tej znalazłem co innego prezentującego równie wysoki poziom co Shadows of ... . Mianowice scenariusz do Herezji by Forgewold.
Z jednej strony mamy umierający krążownik Iron Father - dość łatwo domyślić się jakiego zakonu, a z drugiej strony wolę wysłania wiadomości w eter przez załogę. Oczywiście twórcy przewidzieli wykorzystanie zasad Zone Mortalis które są po prostu stworzone dla takiej scenerii. Fajnym motywem są wyłomy przez które wchodzą losowe jednostki zdrajców a które można próbować zamknąć. Aż chce się skonwertować jakiegoś Iron Handsa nna obśluganta palnika i obcęgów :)
Mam wrażenie, że ta notka musiała powstać jako odreagowanie trzeciego już zgrupowania reprezentacji i stężenia pg mu towarzyszącego. Po tych wszystkich potworkach rozpiskowych odrobina opowiadań jest balsamem dla umysłu.
Terapia się powiodła i można wracać do rozkminy nad ETC.
Etykiety:
black library,
recenzja
czwartek, 30 maja 2013
Podcast r 33 Zdjęcie z Marinsem (pre-heresy)
Dziś proponujemy Wam drodzy słuchacze kolejną odsłonę cyklu 'odcinamy kupony od jednej wycieczki' tyle, że w wersji audio czyli podcast o Horus Heresy Weekender. Nie da się ukryć, że parę rzeczy o których już przeczytaliście będzie można teraz usłyszeć ale też pojawia się kilka wątków o których wcześniej nie wspominałem. Zatem warto.
A jakby komuś było nadal mało to mam dobrą wiadomość z chłopakami z Warptalka uzgadniamy termin nagrania więc niedługo pewnie wezmą mnie na spytki i będzie jeszcze więcej materiału o imprezie. I mam przeczucie, że będą oni zadawali pytania z trochę innej strony więc nawet dla tych którzy przebraną przez poniższe nagranie i tak WT będzie zawierał nowe sprawy. Zatem do usłyszenia :)
Podcast r 33 Zdjęcie z Marinsem (pre-heresy)
Parę zdjęć uzupełniających audio znajdziecie tutaj.
Etykiety:
black library,
Michu,
podcast,
relacje,
ukochana firma
poniedziałek, 20 maja 2013
Weekend z herezją jeszcze na gorąco
Szczerze mówiąc wyjazd na Horus Heresy Weekender i wizyta w Warhammer World były dla mnie wydarzeniem na tyle epickim, że nie do końca wiem jaką formę relacji wybrać. Najchętniej zdecydował się na każdą, czyli i notka, i podcast, i coś jeszcze. Póki co mam silną potrzebę by naskrobię cokolwiek na gorąco. A potem się zobaczy i pewnie rozwinę tą notkę np. w wersji audio. Oczywiście z wielką pomocą Micha.
Zatem, krótko i zwięźle - warto było. I to nie na zasadzie ee-ee no było okeeej tylko, "Wow that was awesome!". Cytując poznanego amerykanina który swój bilet lotniczy sfinansował z sprzedaży monety pamiętającej Nerona. Tak, cesarza rzymskiego, nie jakiegoś weteran sierżanta. I to daje dobry obraz na zjazd jakich geeków udało mi się trafić.
Jednak impreza była organizowana przez firmy które mają zarabiać i chęć takowego było widać od samego początku. Zanim trafiłem gdziekolwiek wylądowałem w kolejce do punktu handlowego gdzie m. in. za jedyne 30 funtów można było kupić limitowaną antologię mająco pewnie z sto i kilkanaście stron (nie wiem dokładnie ile bo swojej nie odfoliowałem jeszcze). Książka ukazała się w 1000 egzemplarzy i każdy (z tak na oko 250 uczestników) mógł kupić jeden. I dopiero drugiego dnia o 12 sprzedawali resztę. Gdy przyszedłem o 12.13 byłem spóźniony 5 minut. Przynajmniej tak ktoś z obsługi mi powiedział. Dla mnie to wyglądało jakby tej drugiej partii nigdy nie było. Cisza i spokój. Zatem nie tylko BL czy FW zarabiają na takich imprezach. Są i hobbyści którzy potrafią zgarnąć parę groszy na tej zabawie i to wyłącznie korzystając z faktu bycia o właściwym czasie we właściwym miejscu. Model Fulgrima który miał swoją premierę na imprezie również, za sprawą nikłego nakładu skończył się w 5 czy 10 minut. Co najśmieszniejsze całość się rozeszła jeszcze przed oficjalnym startem eventu. Podobno w sobotę wieczorem na eBay'u doszedł do 220 funtów a to jeszcze nie był koniec aukcji. Przy czym należy pamiętać, że on nie jest limitowany - po prostu ktoś był niecierpliwy.
Hobbyści hobbystom zgotowali ten los ;).
Nie zmienia to faktu, że ilość pokus dla kogoś chorującego na Herezję była na stoisku trudna do wytrzymania i szczerze mówiąc nie wiem czy komukolwiek tam udało się oprzeć przed jakimś zakupem. Na moje szczęście FW wystawił jedynie najnowsze figurki resztę można było zamówić co utrudniało kompulsywne zakupy oraz ratowało sytuacje.
Ale nie tylko handlem ta impreza stała bo drugim biegunem był spotkania z twórcami czyli autorami, rysownikami, rzeźbiarzami i innymi osobami odpowiedzialnymi za mityczną własność intelektualną. W jednej sali odbywały się seminaria trwające godzinę z 15 minutową przerwą do kolejnego przez praktycznie cały czas a w dwóch kolejnych salach można było porozmawiać odpowiednio z rysownikami i rzeźbiarzami. I z tych rozmów np. wiem o co chodzi z tymi dwoma pozami Fulgrima i że na tą chwilę publikacja tej drugiej wcale nie jest pewna. Niestety. Zresztą Angron też ma drugą wersje ale uznano, że nie różni się na tyle by była warta upublicznienia. Przy okazji dowiedziałem się, że każdy primarcha to około 4 miesięcy rzeźbienia. No i dyskusja z jaką bronią ma być szef 3 legionu była długa i nie łatwa.
Dużo ciekawostek można było usłyszeć, zresztą od nich się zaczęła cała impreza. Pierwsze seminarium pt "Orgins of Heresy" mogło być dla niektórych obrazoburcze - np. stwierdzenie, że cała idea herezji powstała po to by zapełnić narożnik jakiejś strony do dodatku do Rogue Tradera do końca. Tak chłopaki mają dystans do tego co robią. Ale z drugiej strony było widać pasje kiedy np. opowiadali o tym jak primarchowie są definiowani przez to którego z swoich braci spotkali pierwszego. I jak do tego doszło. I właśnie jedną z największy wartości dla mnie tej całej wycieczki było możliwość usłyszenia o co tym ludziom chodziło gdy robili to tak a nie inaczej, albo gdy opisali to w ten a nie inny sposób. I np. dlaczego robiąc swoje ilustracje nie używają 3d choć oszczędziło by to mnóstwo czasu. Bo uznają, że old-schoolowy wygląd tych schematycznych obrazów jest najważniejszy.
Dużo oglądania, dużo słuchania, dużo rozmów, dużo zajaranych tematem ludzi. Słowem dużo herezji w każdym wydaniu. Bardzo dużo. Może polecę po bandzie z patosem ale to był magiczny weekend dla mnie. Moje podejście do hobby uległo sporem odświeżeniu i rewizji. No i już sobie obiecałem, że jeśli za rok powtórzą (a takie są plany) to wrócę tam. Może nawet z własną armią ;)
Przepraszam za chaos w tej notce ale taki urok pisania na gorąco w dodatku będąc wywróconym na lewą stronę po dość męczącej podróży. Ale po prostu uznałem, że im wcześniej tym lepiej a że na jednym wpisie pewnie się nie skończy to odrobiona nieuporządkowania myśli aż tak nie będzie przeszkadzać.
I jeszcze o Warhammer World zamierzam coś wspomnieć...
Etykiety:
black library,
nowości GW,
relacje,
ukochana firma
środa, 15 maja 2013
Pochwalę się...
.. a co.
Jak już można się domyślić po obrazku w połączeniu z tytułem, będę tam. W końcu nie samymi turniejami człowiek żyje i czasami nawet hobbystycznie warto się "odchamić". Zatem spotkam autorów i rzeźbiarzy pogadam z bandą psychopatów i innych nerdów i wystawię się na masę pokus jeśli chodzi o zakupy. Taki Fulgrim już mi chodzi po głowie.
Kroją mi się w tym roku dwa wyjazdy związane z 40stką które mogą stać się dla mnie kultowe. Ale nie uprzedzając faktów i bez dywagacji przyznam się, że na myśl o najbliższym weekendzie ciesze się jak dziecko które napisało swój pierwszy list do Mikołaja. Nie do końca wiem czego się spodziewać i jak to w rzeczywistości będzie wyglądać ale mam nadzieję, że będzie czad i ogień w szopie.
Oczywiście planuje jakąś obszerną relacje po powrocie. Natomiast jeśli wifi i inne wiatry warpu pozwolą to na bieżąco raz po raz jakieś 'tysiąc słów' na fejsa wrzucę. Zatem, jak to się mówi, stay-tuned.
Etykiety:
black library,
ładne,
ukochana firma,
zagranica
środa, 13 marca 2013
Tytany tu, tytany tam
Doskonale zdaję sobie sprawę że aktualnie tematem nr 1 w pogawędkach o naszym hobby są nowe demony . I trudno się temu dziwić, bo najnowszy kodeks autorstwa GW może nie jest na poziomie "Starego Kodeksu Chaosu" (nie mylić z "poprzednim kodeksem chaosu") ale od dawna żaden podręcznik nie był tak blisko tego levelu. Przynajmniej taki optymistyczny obrazek klaruję się po tych kilku dniach które minęły od premiery. Ale jak to się skończy i ile różnych rozpisek będziemy oglądali to się jeszcze okaże.
Choćby po DMP (Drużynowych Mistrzostwach Polski) będziemy mądrzejsi.
Jednak ja dziś nie o tym.
Ostatnio podczas wizyty na stronie Black Library rzuciło mi się w oczy, że chopaki odświeżyli kolejny komiks z zamierzchłej przeszłości i tym razem padła na "Titan". Pozycja fajna acz niczym szczególnym się nie wyróżniająca spośród pozostałych komiksów z stajni BL. Kreska i grafika ok, scenariusz ok ale szczególnego szału nie ma a cztery liter po lekturze są na miejscu. Ale ten temat...
Zawsze byłem wielkim fanem tytanów czego upust nie raz i nie dwa dałem na tym blogu. Zatem mając świadomość ogólnie przyjętych norm oraz standardów i tak komiks ten zajmuje szczególne miejsce w mojej hierarchii czytadeł (oglądadeł) 40stkowych. I nie trudno się domyślić, że jego ponowne pojawienie się wzbudziło mój entuzjazm.
Ale jeszcze większą radość, dał mi kolejny news z wielkimi maszynami kroczącymi apokalipsy w tle.
Zattikka, the digital games entertainment group, is pleased to announce it has signed a license agreement with Games Workshop®, the UK quoted specialist of fantasy tabletop miniatures, games and novels, to develop tactical, 3D isometric, free to play games based on the gigantic city leveling Titans from their world renowned Warhammer® 40,000® universe.
Tutaj macie pełen komunikat prasowy.
Gra z tytanami w roli głównej na wiele platform - jest czad. A przynajmniej mam nadzieję, że tak będzie. Boję się jedynie by najlepszym źródłem void shieldów nie było spamowanie znajomych na facebooku. Ale na tą chwilę jestem optymistą i wyobrażam sobie dowodzenie całym zgrupowaniem zawierającym tytany różnej klasy i atakowanie wytwórni stomp i innych gargantów.
Od razu się raźniej na wiosnę czeka.
Etykiety:
binarnie,
black library,
nowości GW
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Warp mówi ludzkim głosem
Nadaje Michu. Święta niedawno były, a jak wiadomo wtenczas wszystko co żywe ludzkim głosem przemawia - karpie, figurki albo i teściowa. Na nas na szczęście Imperator łaskawszym okiem spojrzał i zyskaliśmy kolejny podcast - i to po polsku. Dzisiaj przed Wami krótka recenzja Warptalk.
Nagrywanie podcastu to taka rozmowa przy herbatce - wtedy obrazek pasuje, prawda?
Parę dni odezwał się do mnie znany powszechnie fluffowy króliczek Emeryt z informacją, że kroi się nowy, fluffowy właśnie, podcast. Niestety wybrał nie najlepszy sposób komunikacji ze mną czyli PM na stronie ligowej, zatem zamiast równo z premierą otrzymujecie notkę dopiero teraz. W zamian za to jest recenzja a nie zajawka, więc summa summarum wyszło na zero. Muszę przyznać, że bardzo chętnie śledzę wszystkie polskie ruchy podcastowe, choć nie zawsze udaje mi się coś o nich skrobnąć.Tym razem jednak potraktowałem to osobiście i nawet zbyt długo nie leżało.
Podcast został pierwotnie opublikowany na blogu per mortis ad gloria. Linki do samego nagrania jak i tematu na Glorii Victis znajdziecie na końcu tekstu. Jednak do rzeczy. Chłopaków jest czterech i nazywają się Kwadrą - chociaż nazywanie "chłopakiem" Emeryta jakoś mi nie pasuje muszę przyznać... Tematyka w założeniu dotyczy przede wszystkim aspektów fluffowych, czyli jest raczej odmienna niż naszego blogowego podcastu. Punktem wyjścia nie jest bowiem czterdziestka czy WFB jako gra bitewna ale jako RPG. To było dla mnie mimo wszystko sporym zaskoczniem. Przyzwyczojny byłem myśleć o czterdziestkowych rpgach raczej jako o pewnej ciekawostce, która czasem u kogoś pojawia się na półce i zbiera kurz. A tu niespodzianka - ludzie grają i to całkiem na serio. Byłem jak widać w ciężkim błędzie ale to jest akurat ten typ błędu, który cieszy.
Audycji słuchałem przeto z zaciekawieniem i dowiedziałem się sporo nowych rzeczy. Polecam zatem zatwardziałym "turniejowcom" w formie lekkiego odprężenia od dyskusji o zasadach. W pewnym momencie trochę się zaniepokoiłem bo rozmowa zeszła na rekwizyty ale na szczęście obyło się bez zbytniego fetyszyzmu. Dodatkowo, co naturalne w tym momencie, spora część dyskusji toczyła się wokół wydawnictw Black Library. I takie tematy z mojej perspektywy mają szansę zainteresować już wszystkich. Nie mam za bardzo czasu śledzić nowości i z chęcią i nich usłyszę, bo Autorzy zdają się być na bieżąco tak z czytadłami jak i ze słuchadłami.
Do merytorycznej strony mam dwie uwagi. Po pierwsze, czasem raził mnie nadmierny i troszkę bezkrytyczny entuzjazm. Więcej humoru i narzekania dodałoby realizmu audycji. Zdaje sobie przy tym sprawę, że być może to przychodzi z czasem i to zapewne starcze zgorzknienie. Przykładowo, nie zgadzam się za bardzo ze stwierdzeniem, że książki BL radziłyby sobie równie dobrze bez gier etc. Druga sprawa to już raczej komentarz - część z Autorów używa nazw polskich np. zakonów SM a cześć nazw angielskich, Czasem ciężko stwierdzić czy interlokutorzy na pewno rozmawiają na ten sam temat. Więcej uwag nie przychodzi mi na myśl i wierzę, że będzie tylko lepiej, zważywszy, że jest i redaktor w osobie Emeryta.
Techniczna strona jest właściwie okej. Mimo nagrywania przez Skypa nie czuć, że Autorzy są zupełnie gdzie indziej i poza paroma zbyt długimi monologami jest git. Jedynie można by trochę głośność zwiększyć - w tej chwili w autobusie da się słychać ale już tramwaj odpada.
Na koniec dwie uwagi pozamerytoryczne - fraza "to się wytnie" jest zastrzeżonym znakiem towarowym podcastu z24cala i za mało było o starym codexie chaosu. A bardziej na serio macie linki i zachęcam do rzucenia uchem:
Etykiety:
black library,
twórczość fanowska
piątek, 16 listopada 2012
Galaktyka w Ogniu
W każdej trylogii, nieodmiennie, w pewnym momencie pojawia się 3ci tom. A wraz z nim zamknięcie wątków wszelakich i czas wielkich zakończeń. Jednak należy pamiętać by zamykając te intrygi się za bardzo nie zagalopować, bo w końcu trzeba mieć jakieś punkty zaczepienia na wypadek gdyby "się jednak sprzedało". A tak trochę głupio zostać możliwości odcinania kuponów i żeby jakiś wagon albo dwa hajsu przejechały nam koło nosa.
Galaktyka w Ogniujest właśnie takim trzecim tomem trylogii otwierającej większy cykl opisujący Herezję Horusa. I z jednej strony daje punkty wyjścia do kolejnych opowieści, jak choćby "Ucieczka Eisensteina" (wersja PL jest niestety przesunięta na 2013 rok) ale z drugiej zamyka wątki rozpoczęte w Czasie Horusa i rozwinięte w Fałszywych bogach. Oczywiście w myśl koncepcji Black Library napisał ją kolejny autor i został nim Ben Counter.
To tyle tytułem wstępu.
Już sam tytuł tej książki daje dobry przedsmak tego co nas czeka. Horus coraz mniej się kryje z swoimi planami i coraz jawniej i głośniej o nich mówi. Legiony stają się coraz bardziej podzielone. Z jednej strony mamy marinsów idących za swoimi Prymarchami którzy to czują się zdradzeni/porzuceni przez Imperatora a z drugiej strony ich braci którzy pozostali lojalni dla Władcy Ludzkości. Następuje czas kiedy kompromisy przestają być możliwe i trzeba się zadeklarować po jednej bądź drugiej strony barykady i ponieść konsekwencje takiego wyboru. A wraz z nimi przychodzi oczywiście już otwarty konflikt i tytułowy ogień. Mam wrażenie, że autor przeniósł trochę środek ciężkości z Horusa który był dotąd głównym bohaterem na zwykłych legionistów na czele z Lokenem i innymi kapitanami wiernymi tradycyjnym wartościom.
O ile już w poprzednich tomach Marinsi dali się poznać jako wyprane z emocji narzędzia wojny to tu jeszcze poznajemy ich mroczniejsze oblicze - egzekutorów co jak się nad tym chwile zastanowić robi duże wrażenie. I drugo wojenne skojarzenia robią się jak najbardziej na miejscu. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami narodzin mentalności złych i rogatych marinsów z kosmosu.
Nie wiem na ile bogata jest wiedza czytelników tego bloga o wydarzeniach na Isstvanie III a nie chciałbym nikomu zepsuć zabawy ograniczę się zatem do ogólników. Horus w tym tomie upewnia się, że pod jego rozkazami zostają same maszynki zagłady gotowe na każdy jego rozkaz. A wobec tych którzy potencjalnie mogą się okazać mniej karni ma naprawdę okrutne plany które dzięki co niektórym jego sojusznikom poważnie się komplikują.
A w praktyce miałem wrażenie że pół książki się strzelają, bombardują, walczą i nadziewają. I choć opisy tych zmagań są całkiem sprawnie napisane to jednak momentami mogą nużyć z racji na ich częstotliwość. Ale to chyba taki urok grand finale w tym świecie - krew musi się lać. I wojną szpiegów tego nazwać się nie da. A co poza tym? Poznajemy lepiej Lucjusza dla którego inspiracją musiał być typowy szczur korporacyjny. Jest to bowiem postać równie dobrze pasując do Dilberta jak i do trzydziestego millenium - przynajmniej w zaproponowanej odsłonie. Generalnie kapitanowie różnych kompanii i różnych legionów ciągną tą opowieść do przodu więc siłą rzeczy poznajemy ale nie jakoś za bardzo bo oczywiści musi być czas na "pociski rozrywające pancerze wspomagane".
Jeśli chodzi o tłumaczenie to dla osób które przeczytały dwa poprzednie tomy w wydaniu Fabryki Słów zaskoczeń nie będzie. Mi bardzo odpowiada praca tłumacza i ja żadnych zastrzeżeń do jego decyzji nie mam. Choć pewnie znajdą się osoby które będą z mniejszym entuzjazmem na te kwestie spoglądać.
Nie da się ukryć, że książka jest najsłabszym tomem tej trylogii i momentami miałem wrażenie, ze ją ta epickość opisywanych wydarzeń ratuje. Po prostu autorowi zabrakło w paru momentach wyobraźni jak z tego potencjału który dostał w prezencie wyciągnąć coś mniej sztampowego i banalnego. A dodatkowo miał tego pecha, że jego poprzednicy naprawdę wysoko powiesili poprzeczkę i z historii o pozbawionych emocji mordercach w pancerzach wyciągnęli taki wątki które frapowały - przynajmniej momentami. On natomiast dostał moment gdy ci mordercy stają naprzeciw siebie i zrobił z tego festiwal fruwających łusek. Trochę szkoda nie wykorzystanego potencjału. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę dobrze się czyta bo dynamiki nie można jej odmówić a warsztat jest poprawny więc nie psuje odbioru.
Pomimo moich zarzutów książka dobrze wieńczy trylogię o początkach zdrady Horusa i uważam że ta jako całość jest pozycją obowiązkową dla wszystkich którzy choć trochę zauważają fluff w tej grze. Może teraz podpadnę wszystkim fanom xensów wszelkiej maści ale to właśnie Herezja i konflikt miedzy Horusem a Imperatorem są fundamentem tego świata a cała reszta to dodatki oczywiście często wręcz niezbędne ale dodatki. Zatem nawet jeśli człowiek aż tak się nie jara wydarzeniami z 30 millenium i nie zamierza czytać o wszystkich tych drobnych wydarzeniach o których z taką lubością rozpisują się aktualnie autorzy BL, to ta podstawowa trylogia nadal jest must-have.
A dodatkowo wydanie Fabryki tak ładnie wygląda...
Etykiety:
black library,
recenzja
czwartek, 1 listopada 2012
Sami powergamerzy ...
... i dobrze zaopatrzeni klimacierze odwiedzają ten blog. Przynajmniej tak można wywnioskować z odzewu na ten konkurs. W sensie, że był nikły. A książka czekała.
Oczywiście alternatywą jest jakieś facebookowe rozdawnictwo za polubienie statusu czy inny kretynizm tego rodzaju no ale proszę, ... szanujmy się. Książkę zatem postanowiłem wziąć do Szczecina i tam ją komuś przekazać drogą mniej lub bardziej losową na zakończenie tamtejszego turnieju klasy challenger czyli Halo Stars.
Szkoda, że nie udało się zebrać żadnych scenariuszy z wielkiej krucjaty - pokazalibyśmy Forgeworldowi jak to sę powinno robić ;). Ale może jeszcze, kiedyś. A póki co uciekam do lektury świeżo nadesłannej przez Fabrykę Słów "Galaktyki w ogniu" byście na jej recenzje nie musieli czekać tyle co na zamknięcie tego konkursu.
Oczywiście alternatywą jest jakieś facebookowe rozdawnictwo za polubienie statusu czy inny kretynizm tego rodzaju no ale proszę, ... szanujmy się. Książkę zatem postanowiłem wziąć do Szczecina i tam ją komuś przekazać drogą mniej lub bardziej losową na zakończenie tamtejszego turnieju klasy challenger czyli Halo Stars.
Szkoda, że nie udało się zebrać żadnych scenariuszy z wielkiej krucjaty - pokazalibyśmy Forgeworldowi jak to sę powinno robić ;). Ale może jeszcze, kiedyś. A póki co uciekam do lektury świeżo nadesłannej przez Fabrykę Słów "Galaktyki w ogniu" byście na jej recenzje nie musieli czekać tyle co na zamknięcie tego konkursu.
Etykiety:
black library,
konkurs
poniedziałek, 15 października 2012
Podcast nr 27 Herald Zapomnienia
Zdaję sobie doskonale sprawę, że aktualnie tematem nr jeden w wszystkich pogaduchach 40kowych jest nowy chaos. I nie da się ukryć, że jest o czym gaworzyć bo kodeks pomimo braku cudownych oddziałów - przynajmniej na pierwszy rzut oka, ma sporo grywalnych opcji. Albo po prostu całkiem skutecznie robi takie wrażenie.
Jednak zanim uda się nam z Michem nagrać coś sensownego na ten temat i przygotować jakiś podcast to chcieliśmy zaproponować inne nagranie, mianowicie o drugim gamebooku od Black Library czyli o dziełku pt. "Herald of Oblivion"
Podcast nr 27 Herald Zapomnienia
Zapraszamy do odsłuchu.
Etykiety:
black library,
podcast
piątek, 21 września 2012
Wielka Krucjata czyli konkurs
Fabryka Słów była na tyle uprzejma, że postanowiła naszego bloga znowu obdarować kolejnym, czyli drugim, tomem Herezji Horusa byśmy mogli się na nim wyżyć i popełnić jego recenzję. Tym razem ta przyjemność przypadła mojej osobie więc i mi trafiło się odkryć, że zamiast jednej książki przyszły dwie. Po szybkiej wymianie mail ustaliliśmy z wydawnictwem, że dzięki temu, mamy nagrodę na konkurs.
Nie da się ukryć, że jakiejś super wprawy nie mamy jeśli chodzi o konkursy bo przez ten cały czas, było ich chyba mniej niż lat istnieje ten blog. Zatem chwilę trwało zanim wymyśliłem zadanie konkursowe ale jak już dopiąłem swego poczułem dumę ;).
Zatem jedziemy z tematem. A jest nim Wielka Krucjata (nie mylić z późniejszą twórczością Abbadona) a konkretnie wymyślenie scenariusza nawiązującego do niej. To czy temat weźmiecie z pierwszego tomu Herezji Horus czy z innego źródła, np. Lexicanum to już wasza wolna wola. Byle nawiązanie było czytelne, a scenariusz miał coś wspólnego z byciem grywalnym. I to z grubsza są dwa podstawowe kryteria oceny wyboru najlepszej naszym zdaniem pracy, której autor otrzyma świeżutki egzemplarz Fałszywych Bogów. Z względu na Arenę termin będzie ciut dłuższy niż tydzień, który mi się naturalnie nasunął na myśl więc zrobimy dwa. I weekend w bonusie czyli czekamy do niedzieli 7-10 do godziny 23.59.
Prace poprosimy albo w komentarzach albo jak ktoś woli na maila z24cala {małpeczka} gmail.com.
Powodzenia!
PS Najciekawsze prace oczywiście opublikujemy.
Nie da się ukryć, że jakiejś super wprawy nie mamy jeśli chodzi o konkursy bo przez ten cały czas, było ich chyba mniej niż lat istnieje ten blog. Zatem chwilę trwało zanim wymyśliłem zadanie konkursowe ale jak już dopiąłem swego poczułem dumę ;).
Zatem jedziemy z tematem. A jest nim Wielka Krucjata (nie mylić z późniejszą twórczością Abbadona) a konkretnie wymyślenie scenariusza nawiązującego do niej. To czy temat weźmiecie z pierwszego tomu Herezji Horus czy z innego źródła, np. Lexicanum to już wasza wolna wola. Byle nawiązanie było czytelne, a scenariusz miał coś wspólnego z byciem grywalnym. I to z grubsza są dwa podstawowe kryteria oceny wyboru najlepszej naszym zdaniem pracy, której autor otrzyma świeżutki egzemplarz Fałszywych Bogów. Z względu na Arenę termin będzie ciut dłuższy niż tydzień, który mi się naturalnie nasunął na myśl więc zrobimy dwa. I weekend w bonusie czyli czekamy do niedzieli 7-10 do godziny 23.59.
Prace poprosimy albo w komentarzach albo jak ktoś woli na maila z24cala {małpeczka} gmail.com.
Powodzenia!
PS Najciekawsze prace oczywiście opublikujemy.
Etykiety:
black library,
konkurs,
twórczość fanowska
czwartek, 26 lipca 2012
Lotna brygada
Już przeszło miesiąc temu kupiłem sobie Dwarfa z zasadami nowych fruwajek czyli kolejnej wariacji na temat latającego kontenera na śmieci, oraz szczytu orczej myśli technicznej. Nie ukrywam, że zakup był głównie powodowany chęcią posiadania tych zasad które okazały się być bez większego szału ale nie o tym miała być ta notka, zwłaszcza, że temat tych lataczy już był wałkowany zarówno w kontekście 5 jak i 6 edycji na forach wszelakich więc powtarzać się nie ma za bardzo po co. I oczywiście przy opisie podniebnych wymysłów zielonoskórych nie mogło zabraknąć reklamy dopiero co odświeżonego komiksu z Black Library pt. Deff Skwadron. Przy czym reklama ta okazał się na tyle skuteczna, że gdy odkryłem jakąś promocję na wysyłkę - w sensie za darmo również do naszego kraju - kliknąłem wiele się nie zastanawiając.
Przesyłka dotarła z niemałymi przygodami, których opisu Wam zaoszczędzę ograniczając się do stwierdzenia, że nie zawsze warto słuchać swojego wewnętrznego lenia. A już szczególnie jak przybierze maskę optymizatora wydatków energetycznych. No ale w końcu paczka była w moich rękach które od razu, pod samymi drzwiami poczty, bez większego udziału mózgu rozerwały karton.
Komiks jest w formacie większym niż A4 co mnie bardzo zaskoczyło ale oczywiście również uradowało. Większe strony -> większe obrazki -> większa zabawa. Prawda, że łatwo wejść w orczą mentalność? Niestety jest czarno-biały, co jednak nie zaskakuje bo to praktycznie standard dla BL. A szkoda bo jak się patrzy na okładkę która jest pokolorowanym jednym z kadrów z komiksu to łatwo sobie wyobrazić jak bardzo całość w kolorze by zyskała. Ale to nie jest dla mnie największy problem estetyczny, z tą było nie było, graphic novel bo pierwszoplanowy jest taki, że rysunki są po prostu brzydkie. Oczywiście to moja subiektywna opinia ale jak się patrzy na takie Lone Wolves, które uważam za najśliczniejszy komiks z BL a potem na ten dramat to człowiek może się nabawić poważnych urazów nerwowych. Choć nie ukrywam, że z kolejnymi stronami moja opinia na temat tej kreski złagodniała i stwierdzam, że poniekąd pasuje ona do estetyki rasy przedstawionej. A że rasa ma takie poczucie piękna jak ma to i tak komiks tak wygląda a nie inaczej. Trudno mi wyobrazić sobie zastosowanie tej estetyki do zilustrowania losów dywizjonu Wytwórców Świec aka Eldarów.
Zawsze wydawało mi się, że GW tworząc wizerunek orków w świecie 40ki potraktowało ich jako swój wentyl bezpieczeństwa dla całego tego patosu 40 millenium. Wielka zdrada oraz wielkie dramaty rodzinne, opowieści o wielkiej odwadze jak i podłości itp itd. A na to pojawiają się orki z swoim "red uns go fasta" i podobnymi mądrościami, z swoimi Shook Atak Gunami i walutą noszoną w gębach. Ich radosny i losowy charakter średnio przystaje do całej reszty wizji mrocznej przyszłości. A jednak są niezbędnym składnikiem tego koktajlu który, co ważniejsze, ma całe rzesze wiernych fanów.
I ten komiks jest kwintesencją zielonego klimatu, zaczynając od tej nieszczęsnej kreski a kończąc na gagach których w nim nie brakuje. A po drodze mamy piękny rys o historii rozwoju orczej myśli taktycznej oraz technicznej. Tak, dzieje się. Dużo i głośno - strzelanie gdzie popadnie, poruszanie się czym popadnie oraz okładanie kogo popadnie. Słowem zielono mi. A o czym on konkretnie opowiada poza tym że o orkach?
Konkretnie to jest zbiór opowieść o tytułowym Deff Skwadronie koncentrująca się na jego dowódcy oraz nawigatorze. Który jest zdecydowanie inteligentniejszy od swojego przełożonego ale również zauważalnie mniejszy co głównie determinuje jego miejsce w hierarchii. Poznajemy ich losy przy okazji różnych kampanii i misji oraz ich relacje z wrogami oraz teoretycznymi sojusznikami które są zaskakująco zbieżne. Generalnie dostajemy całkiem niezły wgląd w relacje między zielonoskórymi oraz sposób ich działania. Sposób w którym na myślenie w nie ma zbyt wiele czasu.
Czy warto? Jak ktoś jest fanem orków to pozycja ta jest absolutnym must have.
A jeśli ktoś grzyby po prostu je a nie obserwuje za wypadającymi zielonoskórymi? To i tak warto przeczytać, zwłaszcza, że jest spora szansa, że się człowiek uśmiechnie raz czy drugi a może nawet serdecznie roześmieje. A na pewno nie zaśnie jak mój kot:
A jeśli ktoś grzyby po prostu je a nie obserwuje za wypadającymi zielonoskórymi? To i tak warto przeczytać, zwłaszcza, że jest spora szansa, że się człowiek uśmiechnie raz czy drugi a może nawet serdecznie roześmieje. A na pewno nie zaśnie jak mój kot:
Etykiety:
black library,
recenzja
niedziela, 24 czerwca 2012
Czas jest dobry
Jak już się chwaliłem na fejsie dostaliśmy od Fabryki Słów nowe tłumaczenie Czasu Horusa do recenzji. Udało mi się namówić Micha do przeczytania go a następnie zrecenzowania go. I efekty tej działalności możecie przeczytać poniżej.
Nadaje Michu. Dzisiaj sprawozdanie z przyjemności. Jakkolwiek dwuznacznie mogło to zabrzmieć, chodzi tu o czysto platoniczną, intelektualną przyjemność. Mianowicie dostalismy z Łysym, dzięki uprzejmości kolegi Emeryta oraz wydawnictwa Fabryka Słów, książkę do recenzji. I to nie byle jaką książkę ale „Czas Horusa”, pierwszy tom cyklu Herezji Horusa, świeżo przetłumaczony na nasz ojczysty język – w oryginale „Horus Rising”.
Co kilkanaście stron jest przydatne przypomnienie, żeby się z tym czytaniem zbyt nie rozpędzać i coś pomyśleć.
Wracając do tematu. Wspomniałem na wstępie, że „Czas Horusa” jest książką na swój sposób wyjątkową. Wyjątkowość jej polega na tym, że rozpoczyna, cały czas powstający, cykl opisujący wydarzenia Herezji Horusa, czyli fluffowego „szkieletu” budującego od zarania narracyjne tło Warhammera 40k. I dla mnie osobiście wydanie tej książki jest ważnym wydarzeniem. Święto byłoby wogóle pełniejsze gdyby nie fakt, że to już druga próba. Poprzednia zakończyła się bodajże na dwóch tomach. Jest nadzieja, że Fabryka Słowa podejdzie poważniej do tematu – zapowiedziano wydanie póki co pięciu pierwszych tomów (oprócz tego mają zostać wydane trzy tomy Duchów Gaunta). Trzymam więc kciuki. Czas jest dobry (gra słów niezamierzona) – wychodzi szósta edycja, pewnie trochę ludzi się zainteresuje książkami mając kontakt z figurkami albo i odwrotnie. Szczerze liczę na to drugie. Język ojczysty w znaczny sposób rozszerza grupę odbiorców, a FS ma dobrze rozwiniętą sieć dystrybucji, promocji itd. Dodatkowo, moim zdaniem właśnie Herezja Horusa ma potencjał i siłę przebicia aby zainteresować osoby spoza tzw. „środowiska”.
„Czas Horusa” jest bowiem dobrą książką. Dobrą nie tylko jak na standardy Black Library. W żadnym razie nie wybitną ale solidną. Dan Abnett jest dobrym rzemieślnikiem i wywiązał się ze swojego zadania, tworząc kawałek przyzwoitego SF. Jest trochę akcji ze szkaradnymi obcymi, jest tajemnicza intryga i prawdziwy twardziel z zasadami w roli bohatera. W tym aspekcie książki nie ma nic szczególnego, jest takiej makulatury sporo na półkach. To co dodaje dodatkowego smaczku to czające się gdzieś w zakamarkach poczucie epickości. Poznajemy Imperium w czasie jego rozkwitu, śledzimy i w końcu kibicujemy Horusowi. Tempo narasta z rozdziału na rozdział i na końcu zostajemy z poczuciem niedosytu – tego pozytywnego, gdzie chcemy sięgnąć po następny tom. Niestety, to nierówne tempo było jednym z zarzutów, który często pojawiał się w recenzjach po pierwszym, anglojęzycznym wydaniu książki. Innymi słowy – pierwsza połowa historii może wydać się po prostu nudna. Przy czym trzeba sobie zdawać sprawę z jakim zadaniem mierzą się autorzy Herezji Horusa. Znane są początek, zakończenie i kluczowe wydarzenia. Oni mają za zadanie napisać kawałek opowieści tak aby zaciekawić czytelnika, a jednocześnie wpisać się w linię wydarzeń. Dodatkowo mam wrażenie, że Dan Abnett i pozostali autorzy pierwszej trylogii HH dostali za ponadto misję wprowadzenia „zwykłego” czytelnika w świat 40-tego milenium. Stąd pewnie nadmiernie rozbudowane opisy w paru paragrafach, które dla większości czytelników tego bloga są po prostu zbędne i tracą w tłumaczeniu. Na pochwałę natomiast zasługuje przedstawienie Astartes. Autor wprowadził kilka postaci „ludzkich” i ich oczami ukazana jest wspaniałość ale i groteskowa odmienność, tak fizyczności jak i mentalności Adeptus Astartes. To są zresztą bodajże moje ulubione fragmenty tej książki i brakowało ich wersji audio moim zdaniem. Swoją drogą, czytając po raz kolejny ta historię pod kątem recenzji, starałem się widzieć ją oczami „nie-czterdziestkowca”. Trudne i nie do końca możliwe oczywiście ale ciekawe. Wydawać by się mogło, że będąc „zanurzonym we fluffie” powinno podobać mi się daleko bardziej. Ale chyba jest właśnie odwrotnie. Gdyby nie lata czytania kolejnych codexów Chaosu byłbym na pewno bardziej zaskoczony rozwojem akcji i nie wiedziałby tych rzeczy, które autor specjalnie zostawił jako niedopowiedziane. Ciekawym Waszego zdania na ten temat, więc piszcie w komentarzach jeśli jakieś macie.
Trej: Myślę, że to całkiem dobra książka by podsunąć ją osobą które nie mają problemu z SF a jeszcze się nie otarły o 40 millenium. Wydaję mi się, że czytelnik jest całkiem dobrze wprowadzany w świat przedstawiony i nawet początkowo nie wiele wiedząc szybko się wdraża. Jednak, siłą rzeczy, powoduje to momenty przestoju dla czytelników z większą wiedzą, jednak na szczęście są to tylko momenty.
Trochę należy powiedzieć o tłumaczeniu. Jak zawsze, kiedy historię znamy w oryginale, pojawia się automatyczny odruch sprzeciwu gdy napotykamy znaną nam rzecz określoną innymi słowy. Dzięki jednak sprawnemu pióru Pana Michała Kubiaka okres ten u mnie trwał zaskakująco krótko. Nie ma tu spolszczeń na siłę i Astartes wyruszają na bitwę w Stormbirdach, a nie Szturmowych Ptakach czy innych Laserowych Drapieżcach. I właśnie – Astartes! Nie ma tu słowa o żadnych Kosmicznych Marynarzach, dzięki o Imperatorze! W paru miejscach w zamian nazw własnych dostajemy naprawdę dobre i kreatywne zamienniki. Moim ulubionym jest Kwadra – w oryginale Mournival. Doskonale oddaje naturę rzeczy, lepiej chyba niż oryginalne słowo. Mournival pochodzi z gier karcianych i trochę się na początku obawiałem, że skończy się na Karecie. A Kareta z Abbadonem brzmi co najmniej wesoło...
Trej: Czytałem poprzednie tłumaczenie i szczerze mówiąc pamiętam je jak przez mgłę ale to co mi kołacze - jest lepiej. Naprawdę przyzwoicie i sprawnie się to czyta, bez spowolnień sponsorowanych przez trzy literki WTF? co pamiętam przy poprzedniej wersji się potrafiło przydarzyć.
Na koniec trochę marudzenia i dywagacje na temat wydania. Pomarudzić mam zamiar o jakości wydania. Łysemu się podoba i twierdzi, że jest lepsze niż oryginał. Ja mam wrażenia wprost przeciwne. Biały papier i przede wszystkim ogromne litery jakoś do mnie nie przemawiają. To ostatnie jest zresztą znakiem szczególnym Fabryki Słów, więc nie dotyczy tylko tej książki ale korzystam z okazji aby wylać publicznie żale.
Trej: Michu, po prostu, jest już rozpieszczonym mężczyzną w średnim wieku i rzadko czyta po kilka godzin w telepiącym się TLK.
Naprawdę, nie uważam, że książka im grubsza tym lepsza i że należy móc ją czytać z dwóch metrów bez problemu. To wydanie mój stary mógłby czytać bez okularów, a to już coś. Papier bije po oczach i również przeszkadza ale tu akurat mam podejrzenia, że może być to specyfika wydania dla recenzentów – reszta wydań FS ma już ładny żółty kolor.
Podsumowując, mam nadzieję, że FS nie odpuści i wyda cały cykl Herezji Horusa. Mam zamiar też się do tego przyczynić i nabywać będę z pewnością kolejne tomy, dla siebie i na półkę dla potencjalnej progenitury. I tym optymistycznym akcentem kończymy.
Etykiety:
black library,
fabryka słów,
recenzja
wtorek, 5 czerwca 2012
Story Miecha
Swego czasu, zadeklarowałem się Emerytowi, że ten skromny blog będzie patronował cyklicznemu konkursowi o wdzięcznej nazwie Story of the Month, którego przedmiotem jest opowiadanie w świecie 40stki. Główne miejsce akcji zabawy konkursowej to forum Gloria Victis które pomału staje się mekką naszych klimaciarzy co patrząc na jego rodowód i kontekst lokalny może zostać określone jako chichot historii.
Ale nie o tym, nie o tym ....
Do końca mięsiąca można głosować na najlepsze historie z 4 odsłony rywalizacji której tematem było "Znalezisko". Opowiadanie konkursowe można pobrać z tej strony, natomiast głosować można albo na GV albo na tym blogu poprzez komentarze - koniecznie podpisane. Serdecznie zapraszam do przeczytania a potem głosowania. A może ktoś się skusi i w kolejnej, piątej, edycji sam weźmie udział zwłaszcza, że temat gorący bo "Ogień"? Zainteresowanych odsyłam tu.
Niezależnie od swoich zapędów literackich/grafomańskich (niepotrzebne skreślić) warto się inicjatywie przyglądać bo jest nieźle a będzie jeszcze lepiej. Jestem po prostu przekonany, że z każdą kolejną edycją poziom się będzie podnosił. No i ciekawie przeczytać coś co ma w sobie słowa bolter i chaos a nie jest rozpiską.
Etykiety:
black library,
konkurs
niedziela, 27 maja 2012
Polska herezja - preview
Etykiety:
black library,
nowości GW
wtorek, 10 kwietnia 2012
Wojmistrz Emeryt
Myślę, że już większość z Was doskonale wie, że Fabryka Słów postanowiła powiększyć swoją ofertę książek obcojęzycznych o dziełka z stajni Black Library. A konkretnie o 5 pierwszych tomów Herezji Horusa. Zatem wszyscy ci, dla których język angielski był barierą nie pozwalającą do tej pory się cieszyć tym cyklem mają powody do radości. I jeśli ktoś by chciał się dowiedzieć jak im idzie w temacie tłumaczenia to dziś pojawiło się dość zaskakujące info:
Do naszego nieustraszonego legionu dołączył, wierny sługa Imperatora i oddany sprawie weteran, Piotr Jaworski. W warhammerowym światku szerzej znany jako "Emeryt", zapalony gracz, członek Reprezentacji Polski na Drużynowych Mistrzostwach Europy 2011 i aktywista forum "Gloria Victis...", jeden z nielicznych, którzy dostąpili zaszczytu posiadania... figurki growej z własną podobizną.
Piotr będzie naszym kontaktem ze środowiskiem fanów. Wyraźnym i mocnym znakiem powagi z jaką traktujemy publikacje powieści sygnowanych znakiem "Black Library". To nie tylko funkcja tytularna - bazując na doświadczeniu Piotra chcemy, by był także kolejnym ogniwem odpowiedzialnym za wierność polskiego przekładu w kwestii nazewnictwa i terminologii ze świata W40k.
Tak więc: mamy znakomitych tłumaczy z wieloletnim doświadczeniem w pracach nad tekstami ze świata Warhammera, mamy utalentowanego redaktora literackiego, mamy wreszcie Piotra, który będzie swego rodzaju redaktorem merytorycznym. Wszystkie te działania służą jednemu - jakości polskiej edycji "Black Library". Chwała Imperatorowi!
To tyle marketingowo-pr'owej nawijki. Gratki oczywiście przy tej okazji dla Emeryta.
Widać, że Fabryka zabrała się do tematu poważnie bo nie tylko nawiązali współpracę z Emerytem ale również szukali kontaktu z blogami i innymi stronami celem nawiązania współpracy. Zresztą powyższy tekst dostaliśmy na maila właśnie od nich. Także mają całkiem konkretny pomysł na promocję i kontakt z odbiorca końcowym. Pytanie jak będzie z samym tłumaczeniem bo jeśli podobnie możemy być optymistami.
Etykiety:
black library
poniedziałek, 27 lutego 2012
Zagrajmy narracyjnie....
Ta notka powstała na wyraźną prośbę Emeryta, który jak się okazuje, w dość krótkim czasie, totalnie zmienił swoje podejście do naszego hobby. Z turniejowego wyjadacza oraz reprezentanta na ETC (Mistrzostwa Świata w Warhammery) przemienił się w "hobbystę entuzjastę" (tak za Bałtroczykiem) i poświęcił się fan fiction w świecie 40 millenium. I co ważniejsze postanowił nie chować swojej pisaniny do szuflady a wychodzić z nią do ludzi w postaci cyfrowej głównie via Gloria Victis.
Okazuje się bowiem, że na forum tym, przez lata praktycznie martwy dział Czarna Biblioteka, przez ostatnie miesiące nabrał rumieńców i coraz więcej tam się dzieje. I to właśnie w dużej mierze dzięki Emerytowi. A jego ostatnim pomysłem który tam się pojawił jest konkurs na opowiadanko - tutaj znajdziecie więcej informacji. Nawet jeśli nie planujecie samemu pisać to zawsze można zajrzeć i poczytać co inni wymyślili. Po tytule zabawy domyślam się, że rzecz będzie cykliczna i tak sobie pomyślałem, że skoro nie ma, przynajmniej póki co, żadnych sponsorów to nagrodą poza krótką chwałą i lajkiem na fejsie może być publikacja zwycięskich opowiadań w zbiorczym, jakoś zgrabnie "opakowanym", ebooku na koniec roku. Przy okazji ci którzy z dystansem podchodzą do cudzej pisaniny mieli by mniej wyboistą drogę by sobie coś poczytać "w klimacie". Jakby co deklaruje się z pomocą przy jego ogarnięciu (ofkoz w miarę możliwości czasowych) i publikacją najlepiej via jakiś serwis do self publishingu. Mam nadzieję że GW nie będzie miało z tym problemu, zresztą ostatnio pozwolili na publikację jakiegoś filmu fanowskiego więc szanse są.
Zatem chętni i zmotywowani do piór, zaciekawieni do lektury a na koniec wszyscy do głosowania. A ja się oddalam do knucia nad swoim pomysłem na opowiadanko o pewnym warsztacie. Bo stwierdziłem, że spróbuję swoich sił zwłaszcza, że temat przewodni konkursu wyjątkowo rozpala moją wyobraźnię.
Etykiety:
black library,
konkurs,
twórczość fanowska
niedziela, 7 sierpnia 2011
Czarne pargrafy
Dawno, dawno temu, zanim jeszcze dowiedziałem się o istnieniu bitewniaków fascynowały mnie RPGi i ich pochodne w najróżniejszych postaciach. Wśród tych były między innymi gry paragrafowe i dla tych co nie wiedzą co to i z czym to się je (czyli pewnie większości) krótkie wyjaśnienie ściągnięte z wiki:
Gra paragrafowa – gra książkowa (gamebook), oparta na wyobraźni gracza, podobna do gry fabularnej, ale przeznaczona wyłącznie dla jednej osoby. Inne nazwy gier paragrafowych tofantasolo (nazwa używana w Polsce w latach osiemdziesiątych) lub paragrafówki.
Gra polega na czytaniu opisów i dokonywaniu wyborów, z których każdy odsyła nas do innego paragrafu w książce (stąd nazwa). W trakcie gry można zbierać przedmioty (swój stan posiadania gracz przeważnie zapisuje na osobnej kartce) i ich używać, zmieniają się także takie wartości jak siła czy punkty życia. Istnieją też pozycje pozbawione podobnych statystyk, które skupiają się na dążeniu do uzyskania jak najbardziej literackiej formy zbliżonej do opowiadania.
Pełen artykuł jest tutaj.
Szczerze mówiąc myślałem że to już wymarły rodzaj rozrywki i kolejny kontakt z tymi książeczkami będę miał w muzeum bądź w najlepszym razie antykwariacie. A jednak dzięki Black Library paragrafy wracają i to w wielkim stylu.
Nie będę ukrywał, że mam poważne wątpliwości co do biznesowej strony tego przedsięwzięcia w końcu w erze konsol przenośnych oraz smarfonów wydaje się to rozrywką z innej epoki ale szczerze mówiąc to nie mój problem. I osobiście nie mogę się doczekać pierwszej książki i bardzo mocno ściskam kciuki by na jednej się nie skończyło.
Etykiety:
black library,
nowości GW
poniedziałek, 4 lipca 2011
Wjazd na kieł
Zdaję sobie sprawę, że zwykło się pisać recenzje książek po ukończeniu ich lektury więc nie traktujcie poniższych spostrzeżeń w tych kategoriach a raczej jako tzw. "wrażenia na gorąco".
Niedawno odebrałem przesyłkę z pewnego sklepu internetowego gdzie pośród różnych dziełek z Black Library była również książka pt. Battle of the Fang. Jak łatwo się domyślić rolę pierwszoplanowe grają w niej Kosmiczne Wilki zwłaszcza z XII kompanii. A w rolę ich adwersarzy wcieli się ci którzy do niej pasują jak nikt inny czyli Thousand Sonsi. Książka wyszła w ramach serii Space Marine Battles który opowiada o różnych heroicznych akcjach z życia różnych zakonów. Szczerze mówiąc koncepcja ta wydawała mi się od początku podejrzana. Nie ukrywajmy - SM już na starcie ociekają patosem a jeśli do tego dołożymy opis ich najlepszych momentów otrzymujemy silnie spaczony fundament pod budowę jakiejkolwiek narracji. I trzeba mieć niezłego skila jako autor by z tego ukręcić coś, co choć na moment zafrapuje kogokolwiek z wrażliwością powyżej tej u servitorów.
Jednak pomimo tych wątpliwości książkę zamówiłem wkrótce po premierze bo często pisano o niej jako o trzecim tomie o konflikcie wilków i czarodziei który wieńczy historię z "Thousand Sons" oraz "Prospero burns". Opowiedziano w niej bowiem historię inwazji TS na Fenris w M32 a w szczególności główną twierdzę wilków czyli tytułowy Kieł oraz powiązanych z tym wydarzeń. I z tą opowieścią mam dwa problemy.
Pierwszy z nich to ilość scen batalistycznych. Zdaję sobie sprawę, że przynależność lektury do cyklu Space Marines Battles zobowiązuje itp., itd. ale jak zaraz po chwili wprowadzenia zaczynają się okładać wszystkim począwszy od Pancerników czy innych Krążowników skończywszy na kłach i pazurach tak to już potem leci ciurkiem i nic nie wskazuje by po 300 stronie (z 500) miało by to się zmienić. Oczywiście są momenty oddechu które ilustrują ciut świat przedstawiony ale są one głównie po to by zaraz wojna wróciła w myśl zasady double the action, triple the excitement. A co gorsza opisy niektórych wyczynów wojów zwłaszcza w szarych pancerzach urągają wszystkiemu. Logice, fizyce (do przeżycia) i dobremu smakowi (nie do przeżycia). Zatem dzieje się. Dużo, mocno i średnio fascynująco.
Drugi mój problem to pomysł autora na taktykę Thousand Sonsów. I myliłby się ten który by próbował zmarginalizować to zagadnienie ponieważ biorąc pod uwagę ilość scen bitewnych to taktyka TS jest czymś z czym obcujemy przez większość lektury. Mamy zatem najbardziej pokrętne umysły galaktyki skażone przez Tzeentcha - Wielkiego Manipulatora które w całej swojej przebiegłości oraz podłym wyrafinowaniu wymyślają taki Da Plan, że byle orkowy warboss to przy nich Strateg przez takie S jak stąd do tytułu tej notki a rosyjscy generałowie zwłaszcza ci spod Stalingradu mogli by do nich chodzić na korki. Żal.pl jakby to powiedział przedstawiciel młodszego pokolenia (chyba, że przegapiłem dezaktualizacje tego określenia).
Jednak pomimo tych wad książkę dokończę i to nawet z zainteresowaniem bo pomimo wszystko mnie wciągnęła. To chyba trochę tak jak z Kodem Da Vinci zbyt mądre to nie jest ale żal tej chwili i nie wyciągnąć w autobusie.
Jednak nie można tej pozycji odmówić jednej wielkiej, przynajmniej z mojej perspektywy, zalety. Książka idealnie pokazuje kolejne fazy ataku na planetę. I akurat to autor fajnie uchwycił - blokady, strefy zrzutu, komunikacja itd. Aż mnie w pewnym momencie chwyciło by przygotować jakiś event - scenariusze, czy po prostu jakieś zasady specjalne same się pojawiają w głowie w miarę lektury. I to jest całkiem spora wartość dodana bo do tej pory żadna książka z BL aż tak nie pobudziła mojej kreatywności nawet jeśli były mądrzejsze czy po prostu bliżej im było do logiki.
I tym pozytywnym...
Etykiety:
black library,
recenzja
niedziela, 20 marca 2011
Truposze po dwakroć
Nie będę ukrywał, że oryginalnie ta notka miała być o tym co już wiemy o Grey Knightach a przecież wiemy naprawdę sporo. O tym jak bardzo nadają się na przed herezyjnych Thousnad Sonsów z tymi swoimi zasadami czarowania obejmującymi pojazdy. I o tym, że czasem Hunters powinni też być Haunted. Ale nie będzie. Dlaczego? Bo pendrive z materiałami pomocniczymi które miały mi pomóc pisać o tym wszystkim został w pracy. A ja jak sobie o tym przypomniałem byłem w pociągu.
Ruchomym już.
Cóż najwyżej skrobne o tym już na legalu a póki co temat B.
Jakiś czas temu postanowiłem przy okazji zamawiania bardzo dobrego brytyjskiego serialu kryminalnego „Lynlley's Mysteries” (skoro już o nim piszę to szczerze polecam) nadrobić zaległości w Black Library i tym sposobem stałem się posiadaczem m.in. lektury pt. Dead men walking. Książka opowiada historie jakiejś górniczej planety gdzie budzą się necroni a walczą z nimi maniacy masek przeciwgazowych reprezentujący Krieg. Dużym plusem tego dziełka jest przybliżenie Death Korpsu i jego podejścia do wojny które dosyć mocno odbiega od tego w innych regimentach gwardii. Ale nie zamierzam się bawić w recenzenta a jedynie wspomnieć o dwóch refleksjach które mi się nasunęły przy okazji tej lektury.
Pierwsza to, że ta książka jest niebezpieczna. Człowieka aż korci i skręca na myśl o Kriegach bo te obrazki w głowie rodem z Forgeworldu nabierają za sprawą tej lektury coraz więcej treści i przystają być tylko fotkami modeli a stają się pomysłem na armię. A chyba trudno o bardziej hardkorowy dla portfela pomysł niż zbieranie DkoK – no może poza jakimś Titan Legion.
Natomiast druga refleksja dotyczy drugiej strony konfliktu. I przy tej okazji zacząłem się zastanawiać jak minimalną ilością zmian można by ugrywalnić necronół. I myślę, że temat dobrze okreśłił Jasiu aka Prezes w jakiejś rozmowie na ostatnim poznańskim lokalu. Mianowicie tosterom do szczęścia brakuje stuborna oraz rendingu na gauss weaponach. I to chyba, by robiło wystarczającą różnicę. Oczywiście jakieś nowości w sekcji troopsy by nie zawadziły – płacenie 360 punktów za możliwość zajmowania dwóch znaczników nie należy do szczególnie udanych dealów. Zwłaszcza, że jacy są wariorzy każdy widzi. A raczej pamięta bo zobaczyć ich to wyczyn ostatnimi czasy.
Podniesienie WS'a na lordzie też by nie zawadziło wtedy może by kogoś zabił w tym kombacie a nie tylko w nim stał. Ale to już detal i pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych rzeczy którym można by się baczniej przyjrzeć jak choćby pariasi. I tu pytanie do Was drodzy czytelnicy – jak Wy to widzicie? Co wy obdarzeni tytułem głównego autora Codex: Necrons byście zmienili w tej armii byśmy mieli okazję ją częściej oglądać na stołach i żeby poniższy obrazek stracił na aktualności?
Etykiety:
black library,
zasady
Subskrybuj:
Posty (Atom)























