Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 grudnia 2013
Kosmiczny Wrak na tabliczce z jabłkiem
Jakiś czas temu dostaliśmy na pecety i maki grę Space Hulk która parę dni temu doczekała się portu na iPada. Dla niektórych jest to gra wręcz kultowa, głównie za sprawą swojej planszowej wersji no i ja jestem wśród wyznawców tego kultu. Zatem jak tylko pojawiła się wersja na tablet pacnąłem 'Buy' i odchudziłem kartę o 9 euro. Z wersjami na windowsa czy macOS'a nie miałem za wiele styczności bo najzwyczajniej w świecie nie mam wystarczająco dobrego sprzętu by to odpalić.
Etykiety:
binarnie,
nowości GW,
planszówka,
recenzja,
retro,
space hulk
czwartek, 12 grudnia 2013
Cyfrowe Pachołki Inkwizycji czyli podcast nr 38
No to dalej próbujemy z Michem nadążyć za Genialnym Wydawcą i jego obłędnym już tempem. Nie da się ukryć, że chronologia nam trochę się wymknęła spod kontroli ale jest to spowodowane czynnikami 3cimi nad którymi kontrolę mieliśmy niewielką.
Etykiety:
kodeksy,
Michu,
nowości GW,
podcast,
recenzja
wtorek, 10 grudnia 2013
Chyłkiem i w cieniu
Muszę się przyznać, że wyjątkowo trudno było mi się trudno było zebrać do pisania tej notki bo gdzieś chyłkiem i w cieniu do appstore'u wkradł się Space Hulk na ipada. Zainstalowałem, zacząłem grać i musiałem się mocno skupić by odłożyć go na bok. Możecie zatem się spodziewać recenzji. A póki co chciałem skrobnąć kilka słów o innym cyfrowym wynalazkiem tyle, że bardziej zorientowanym na obiekt: stół.
Czyli o pierwszym Księciu Demonów, wybrańcu wszystkich 4 bogów chaosu zatem o Be'lakorze i jego debiucie w 40 millenium.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
recenzja
sobota, 16 listopada 2013
Szykujcie stosy
Kiedy kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się, że zupełnie niespodziewanie możemy się spodziewać gości z kapturami i zapałkami zacząłem się jarać jak stos. I choć wielkich wyobrażeń oraz oczekiwań względem kodeksu Inkwizycji nie miałem zwłaszcza, że byłem bogatszy o doświadczenia z Siostrzyczkami Bolteriankami, to i tak gdy tylko ikonka z pre-order zmieniła się na buy to czym prędzej kliknąłem.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
recenzja
czwartek, 14 listopada 2013
z24cala TV odc 1 'Mortis in da house'
Ostatnio co notka pojawia się jakaś zmiana czy nowinka i dziś ta nowa i krótka tradycja znajdzie nie tylko kontynuacje ale i kumulacje. No prawie. Ale do rzeczy.
Panie i Panowie z dumą przedstawiamy z24cala tv czyli videoblog.
Czy jaka jest teraz trendi&jazzy nazwa na gadanie do kamerki w komórce.
Panie i Panowie z dumą przedstawiamy z24cala tv czyli videoblog.
Czy jaka jest teraz trendi&jazzy nazwa na gadanie do kamerki w komórce.
sobota, 9 listopada 2013
SM bez latexu czyli podcast nr 36
Myślę, że pierwsze dwie literki tytułu dość szybko pozbawiają wątpliwości co do tematyki poniższego nagrania. Jakbym miał określić ten podcast to stwierdzeniem, że jest idealny na długie jesienne wieczory - bez pośpiechu i trochę senny. No ale czego się spodziewać gdy dwóch fanbojów Abbadona berze się za deks lojalistów ;)
wtorek, 5 listopada 2013
Podwójna recenzja
A właściwie to półtorej recenzji bo pierwsza z opisywanych pozycji to nie powieść a coś co w Black Library wliczają do kategorii nowela czyli ~120 stron. I do takiej noweli można różnie podejść - można mieć pomysł na dłuższą formę odchudzić go i uzyskać napakowane dzieło. Można też od razu mieć pomysł na coś co pasuje do tej formy. Można również mieć pomysł na opowiadanie nadmuchać go i uzyskać wypełnienie. Ostatnia opcja to brak pomysłu.
Etykiety:
black library,
recenzja
niedziela, 3 listopada 2013
eSiostry
Jednak przy okazji premiery nowego kodeksu Adepta Sororitas dostaliśmy na twarz kolejny pomysł na dystrybucję publikacji - cyfra jedynie. Chciałbym napisać, że to odważny lecz konieczny ruch czy jakiś inny tego typu frazes ale nie mogę bo po prostu uważam to za głupie. Osobiście uwielbiam deksy na półce a odkąd ich format zmienił się na te kolorowe śliczności tym większą przyjemność mam z ich czytania. I jestem niepocieszony, że jeden z nich wymaga prądu by działać. Przy czym jeśli Games sobie uświadomi, że jednak wynalazek Gutenberga całkiem się nie przeterminował i wyda siostry na papierze to parę osób może się poczuć oszukanych. No chyba, że to podręcznik tymczasowy i za np. rok będzie porządny na równych prawach z resztą. To wtedy fajnie, że moglem wydać 25 euro za jakąś prowizorkę.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
recenzja
czwartek, 25 lipca 2013
Terapia klimatem
Ostatnio, z małymi przerwami na zachowanie higieny psychicznej na np. Kill Grill, nadrabiam zaległości w Herezji Horusa. Książką z którą aktualnie się zapoznaje jest Shadows of treachery która muszę się przyznać mocno mnie zaskoczyła. I to, co najważniejsze na plus.
Jest to zbiór opowiadań z czego premierowe są dwa (najdłuższe, dające w sumie pewnie z ponad połowę objętości tomiku), a reszta już gdzieś, w tej czy innej formie, się pojawiła. Jednak większość z nich prezentuje całkiem przyzwoity poziom jeśli chodzi o warsztat i też jest interesująca jeśli chodzi o smaczki czy fabułę. Zresztą wystarczy rzut okiem na listę autorów, na której jest i Abnett, i McNeill, no i Dembski-Bowden by wiedzieć, że źle nie będzie. W końcu to pierwsza liga Black Library.
Jednym z moich ulubionych opowiadań jest Kaban Project które powstał z tego co kojarzę jeszcze przed cyklem Herezji jako wypełniacz do albumów z grafikami z HH. Akcja dzieje się na czerwonej planecie i biorą w niej udział zawodnicy w czerwonych kieckach. Widać w nim wyraźnie styl i wizję Marsa rozwiniętą później w Mechanicum. Do tego klasyczny temat każdej SF czyli sztuczna inteligencja co prawda potraktowany dość powierzchownie ale o tym się cykle pisze a nie opowiadanka na kilka stron. Tak czy siak myślę, że dalej rekomendować nie trzeba.
Wydaje mi się, że jest to najlepsza antologia z Herezji którą miałem do tej pory okazję czytać.
I tak nią zainspirowany przypomniałem sobie, że nie czytałem jeszcze opowiadania które było umieszczone w programie HHW. No i gdyby przyjąć kryterium jakościowe - nie załapałby się. Zdecydowanie nie ten poziom. Ale w broszurce tej znalazłem co innego prezentującego równie wysoki poziom co Shadows of ... . Mianowice scenariusz do Herezji by Forgewold.
Z jednej strony mamy umierający krążownik Iron Father - dość łatwo domyślić się jakiego zakonu, a z drugiej strony wolę wysłania wiadomości w eter przez załogę. Oczywiście twórcy przewidzieli wykorzystanie zasad Zone Mortalis które są po prostu stworzone dla takiej scenerii. Fajnym motywem są wyłomy przez które wchodzą losowe jednostki zdrajców a które można próbować zamknąć. Aż chce się skonwertować jakiegoś Iron Handsa nna obśluganta palnika i obcęgów :)
Mam wrażenie, że ta notka musiała powstać jako odreagowanie trzeciego już zgrupowania reprezentacji i stężenia pg mu towarzyszącego. Po tych wszystkich potworkach rozpiskowych odrobina opowiadań jest balsamem dla umysłu.
Terapia się powiodła i można wracać do rozkminy nad ETC.
Etykiety:
black library,
recenzja
poniedziałek, 13 maja 2013
Podcast nr 31 Demony part 1 czyli Wyśniony Ptak
Zapraszamy zatem do odsłuchu i oczywiście komentowania.
piątek, 26 kwietnia 2013
Historia Co Miesiąc
Nadaje Michu. Trochę mi zajęła ta recenzja i do końca nie wiem czy to wpłynęło pozytywnie na jej jakość czy wręcz przeciwnie - w końcu to jak z winem, czasem wyjdzie ocet. Chciałem też mieć w ręce wydanie papierowe, którego premiera miała miejsce w ostatni weekend, gdyż miałem przeczucie, że będzie zdecydowanie lepiej się czytało. I miałem rację. O powodach tego przeczytacie poniżej - zapraszam do recenzji pierwszej antologii opowiadań Story of the Month.
Idea Story of the Month jest Wam zapewne znana, lecz jeśli tak nie jest zachęcam do zapoznania się z wcześniej zamieszczonym tekstem. Jak wspomniałem na wstępie, w ramach DMP znaczny procent graczy miał przyjemność dostać do ręki i to w dodatku na własność, antologię najlepszych opowiadań konkursu. Zawsze podobają mi się takie "fizyczne" przejawy naszego hobby i korzystając z okazji zabezpieczyłem dwie sztuki. Niestety, pierwsze wrażenie z tej fizyczności było nie do końca pozytywne - książeczka jest malutka. Słowo antologia niesie ze sobą wrażenie czegoś pokaźnego, a tutaj istnieje niebezpieczeństwo pomylenia z co grubszą książeczką turniejową. Nie wiem, czy nie warto było poczekać trochę na więcej opowiadań albo pomyśleć nad czymś dodatkowym (więcej grafiki?). Niby szczegół ale dla mnie istotny.
Mała ilość tekstów narzuciła jak przypuszczam wymagania odnośnie formatowania tekstu - z czym wiąże się mój drugi zarzut (spokojnie zaraz przejdziemy do pozytywów). Miejscami, szczególnie przy dłuższych dialogach, przypomina to rozdętą na siłę pracę magisterskiej - a wiem o czym mówię. Takie odstępy utrudniają czytanie, szczególnie wersji elektronicznej. Na szczęście wersja papierowa jest pod tym względem lepsza. Bardzo dobrym pomysłem było dodanie fanowskiej grafiki - całość nabiera wrażenia spójności i nadrzędnego pomysłu.
Co do samej treści, to muszę przyznać, że byłem zaskoczony. Nie śledzę SotM regularnie ale po twórczości fanowskiej można spodziewać się naprawdę wszystkiego - zawsze w tym momencie przypomina mi się to:
Love and Krieg - otchłanie fan-fiction są niezmierzone - tu akurat z lekkim przymrużeniem oka :) Polecam - http://1d4chan.org/wiki/Love_and_Krieg
....wracając do tematu...byłem miło zaskoczony samą treścią opowiadań. Zabierałem się trochę jak do jeża bo akurat te pojedyncze zdania, które wylosowałem na chybił trafił raziły nieco formą stylistyczną. Niemniej uparłem się i było warto. Poziom jest nierówny, w czym akurat nie ma nic zaskakującego zważywszy na konkursową formę, ale za to jest również różnorodność w treści - miłym faktem jest, że nie musimy czytać wyłącznie o spejs marinsach i ich wspaniałych zbrojach. Pełno jest w opowiadaniach krwi, bólu i poczucia beznadziei, czyli tego wszystkiego co tworzy klimat czterdziestki. Brakuje mi może tylko jakiejś humoreski o orkach i grotach czy czegoś podobnie lekkiego, bo czytając kilka tekstów na raz ma się wrażenie chyba zbyt daleko idącej i wszechobecnej powagi. Chociaż z drugiej strony - grimdark.
Myślę. że będę teraz częściej śledził SotM i niech będzie najlepszą pochwałą i zachęta, że przy paru opowiadaniach złapałem się na tym, iż z chęcią czytałbym dalej. Bo cechą wspólną sporej liczby tekstów jest to, że zdają się, lub nawet otwarcie są, ledwie początkiem historii. Przypuszczam, że ograniczenie ilości słów w opowiadaniu jest celowym działaniem ale może taka antologia byłaby okazją aby ci właśnie najlepsi autorzy dostali szansę dopisania dalszych części swoich historii. Tym sposobem rozwiązałby się problem objętości i formatowania tekstu. Chyba pozostaje mi zachęcić do czytania, bo mimo wszystko warto, i pisania bo postulowana objętość sama się nie zrobi. Podsumowałbym antologie w ten sposób - pomysłów tu nie brakuje a warsztat siłą rzeczy będzie coraz lepszy wraz z kolejnymi antologiami. Czego sobie i Wam życzę.
Etykiety:
recenzja,
twórczość fanowska
poniedziałek, 18 marca 2013
Podcast nr 30 Anielski mrok na motorach
W komentarzu pod poprzednią notką padła propozycja powrotu do koncepcji wywiadów z topowymi graczami z okazji premiery nowych kodeksów do ich armii. Bardzo możliwe, że do tej idei powrócimy ale to pewnie przy okazji Tau. Bo tak się złożyło, że kolejne 3 premiery dla 6stej edycji czyli CSM, DA i Demony są bliskie memu sercu a Micha najczęściej też.
Naturalne zatem jest, że mamy potrzebę sami się powymądrzać na temat danej armii najlepiej przy mikrofonie. I dziś zapraszamy Was do odsłuchu kolejnej dawki przemyśleń równie głębokich co trafionych czyli nie za bardzo tym razem o Mrocznych Aniołach. A jak po tytule można się domyślić to głównie o 2giej kompanii.
Podcast nr 30 Anielski mrok na motorach
Inne tematy poruszane to Oldhammer oraz dodatek o lataczach.
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
podcast,
recenzja
sobota, 2 marca 2013
Nie znaj strachu. Przed lekturą.
Co jakiś czas wchodzę na stronę najpopularniejszej księgarni internetowej na świecie (tak - tą na "a") i nadrabiam tam zaległości w książkach z Black Library. Zazwyczaj buszując tam koncertuję się na Herezji Horusa bo niestety nie mam czasu by czytać wszystko. A nawet jeśli miałbym to nie wiem czy moja psychika by to wytrzymała.
W ostatniej przesyłce przyszła między innymi książka co do której miałem mocno mieszane uczucia czyli "Know no fear" autorstwa Dana Abnetta. Z jednej strony najlepszy autor w całym wydawnictwie i masa pozytywów w każdej napotkanej recenzji. A z drugiej Ultramarinsi. Astrates sami z siebie są czerstwi jako bohaterowie narracji, to jacy będą w swojej najbardziej sztywnej z wszystkich odsłon? Ta i podobne wątpliwości krążyły mi po głowie kiedy przymierzałem się do rozpoczęcia lektury. I 400 stron później muszę się przyznać nie powinienem był znać strachu.
Książka jest wyborna, a moja percepcja wkładek do niebieskich pancerzy zmieniła się o 180 stopni. Ultramarinsi pokazani w tej książce są postaciami wielowymiarowymi i choć może nie przeżywają największych dylematów to i tak człowiek z zainteresowaniem śledzi ich losy. Bardzo mi się spodobały detale dotyczące doktryny bojowej i sposobu walki zakonu. I takie małe smaczki im towarzyszące a których mimo wszystko wolałbym nie spoilerować.
W telegraficznym skrócie to książka koncentruje się na opisie wjazdu World Bearesów na dominium Ultramrinsów. Konflikt jest pokazany z na wielu płaszczyznach i z wielu perspektyw. Mamy zatem walki na powierzchni planety, w kosmosie a nawet informatyczne. Dzięki temu czytelnik otrzymuje kompletna i co najważniejsze spójną wizję wydarzeń które były kluczowe dla historii XIII zakonu.
Word Bearesów którzy są głównymi i jedynymi złymi w tej książce poza początkowymi wydarzeniami oglądamy głównie, że tak to określę "przez celownik". Zatem jeśli ktoś, jako ich fan, liczył na to że dostanie masę detalu i innej wiedzy tajemnej o swoich ulubieńcach to będzie patrzył z zazdrością na kolegów całych na niebiesko. Nie zmienia o jednak faktu, że i tak pewnie z zainteresowaniem przeczyta tą książkę.
Jednak by ta laurka zyskała na wiarygodności to muszę przyznać, że "Know no fear" ma swoje słabsze momenty gdzie dążenie do wizji apokaliptycznych mocno się kłóci z jakimkolwiek rozsądkiem. Można też się przyczepić trochę do niektórych rozwiązań fabularnych i narracyjnych. Np. jeden z głównych bohaterów znika nam z pola widzenia na około sto stron co trochę konfunduje choć pewnie w oryginalnym zamierzeniu miało pomóc w budowaniu suspensu.
Jednak te drobne wady nie zmieniają ogólnej oceny - Dan Abnett dał radę. Znowu. I naprawdę wato przeczytać tą książkę niezależnie jak się postrzega Ultrasów. A jeśli ktoś jest fanem Herezji to dostaję kolejną pozycje z kategorii "must read"
Etykiety:
recenzja
piątek, 30 listopada 2012
Cyfrowy Krasnal
Dopiero co doczekaliśmy się 3ciego numeru white dwarfa po rewolucji jaką mu zafundowało GW. Sądząc po okładce oraz aktualnej polityce czyli dość dużej monotematyczności w ramach jednego numeru to za dużo o 40 milenium w środku nie znajdziemy. Jednak warto przy tej okazji wspomnieć o cyfrowej odsłonie rewolucji czyli o Białym Krasnalu na ipady.
Wszystkie produkty cyfrowe (Digital Products) wydawane przez GW mają jedną cechę wspólną - niedorzeczne ceny. I nie wiem z czego to wynika, bo może to games jest taki zachłanny (w sumie nic zaskakującego) a może to ci spod znaku nadgryzionego jabłka nie znają umiaru. Bo oni sobie jakiś haracz na pewno muszą pobrać. Nie zmienia to faktu, że 7 euro za gazetę reklamową, bo przecież taką, pomimo szumnej rewolucji, cały czas jest WD, budzi we mnie silny wewnętrzny sprzeciw. Zwłaszcza, że nawet jej nie dostaje jej fizycznie do ręki tylko mogę sobie ściągnąć. Jednak należy oddać cyfrowej wersji, że zawiera ciut więcej niż jej papierowy odpowiednik. I tak, możemy sobie kliknąć na zdjęcie i je przybliżyć bądź też nawet poobracać figurkę o 360 stopni, zupełnie jak na stronie. Właśnie - jak na stronie gdzie mamy to bez specjalnej dopłaty.
Przynajmniej póki co.
Dodatkowym ficzerem jest video podsumowanie bitwy z raportu przez obu graczy. Czytaj siedzą na jakimś czarnym tle i coś tam opowiadają. Największym plusem tych filmików jest kontakt z różnego rodzaju akcentami w języku angielskim bo wartość merytoryczna jest na poziomie całej reszty opisywanego starcia. Czyli lepsza niż kiedyś ale nadal pierwszy stół mastera to, to nie jest ;).
I poza tymi delikatnymi wstawkami multimedialnymi mamy to samo co w wersji papierowej tyle, że na ekranie. A co mnie najbardziej rozczarowało to brak jakiegoś sensownego spisu treści bądź innej nawigacji. Przynajmniej mi się nie udało znaleźć jakiegoś prostego sposobu do skakania między artykułami. Można by zatem pomyśleć, że nie warto. I tu dochodzimy do paradoksu. Bo osobiście nie rozpędzał bym się z takim poglądem.
Papierowe pisma w tym i Biały Krasnal mają ten plus, że fajnie to wziąć je do ręki i najzwyczajniej w świecie przekartkować, ale mają też ten minus, że gdzieś je trzeba trzymać. No i swoje ważą co przy okazji ostatnich relokacji boleśnie odczułem. Zatem jeśli miałbym wybierać między cyfrą a papierem wolę to pierwsze. Po prostu więcej i wygodniej. No i szybciej - klikam rano jeszcze przed kawą i jest. A że drożej, no cóż, to akurat nic nowego w tym hobby.
Etykiety:
binarnie,
nowości GW,
recenzja
poniedziałek, 19 listopada 2012
Podcast nr 28a Nowy Większy Chaośniejszy
"Trochę" to trwało ale, po długich bojach, się udało i spotkaliśmy się z Michem wirtualnie by pogaworzyć przez chwilę lub dwie o nowym chaosie. Ale biorąc pod uwagę naszą fascynację wszystkim co spod ośmioramiennej, skończyło się to w jedyny możliwy sposób czyli całkiem długą rozmową. Na tyle długą, że nie było innej opcji jak ją przeciąć na pól na potrzeby podcastu. Stąd literka "a" w numeracji.
Zatem dziś mamy niewątpliwą przyjemność by zaprosić Was na pierwszą część omówienia Nowego Kodeksu Chaosu - NKCh (TM). Przyjemnego odsłuchu.
Podcast nr 28a Nowy Większy Chaośniejszy
Etykiety:
kodeksy,
nowości GW,
podcast,
recenzja
piątek, 16 listopada 2012
Galaktyka w Ogniu
W każdej trylogii, nieodmiennie, w pewnym momencie pojawia się 3ci tom. A wraz z nim zamknięcie wątków wszelakich i czas wielkich zakończeń. Jednak należy pamiętać by zamykając te intrygi się za bardzo nie zagalopować, bo w końcu trzeba mieć jakieś punkty zaczepienia na wypadek gdyby "się jednak sprzedało". A tak trochę głupio zostać możliwości odcinania kuponów i żeby jakiś wagon albo dwa hajsu przejechały nam koło nosa.
Galaktyka w Ogniujest właśnie takim trzecim tomem trylogii otwierającej większy cykl opisujący Herezję Horusa. I z jednej strony daje punkty wyjścia do kolejnych opowieści, jak choćby "Ucieczka Eisensteina" (wersja PL jest niestety przesunięta na 2013 rok) ale z drugiej zamyka wątki rozpoczęte w Czasie Horusa i rozwinięte w Fałszywych bogach. Oczywiście w myśl koncepcji Black Library napisał ją kolejny autor i został nim Ben Counter.
To tyle tytułem wstępu.
Już sam tytuł tej książki daje dobry przedsmak tego co nas czeka. Horus coraz mniej się kryje z swoimi planami i coraz jawniej i głośniej o nich mówi. Legiony stają się coraz bardziej podzielone. Z jednej strony mamy marinsów idących za swoimi Prymarchami którzy to czują się zdradzeni/porzuceni przez Imperatora a z drugiej strony ich braci którzy pozostali lojalni dla Władcy Ludzkości. Następuje czas kiedy kompromisy przestają być możliwe i trzeba się zadeklarować po jednej bądź drugiej strony barykady i ponieść konsekwencje takiego wyboru. A wraz z nimi przychodzi oczywiście już otwarty konflikt i tytułowy ogień. Mam wrażenie, że autor przeniósł trochę środek ciężkości z Horusa który był dotąd głównym bohaterem na zwykłych legionistów na czele z Lokenem i innymi kapitanami wiernymi tradycyjnym wartościom.
O ile już w poprzednich tomach Marinsi dali się poznać jako wyprane z emocji narzędzia wojny to tu jeszcze poznajemy ich mroczniejsze oblicze - egzekutorów co jak się nad tym chwile zastanowić robi duże wrażenie. I drugo wojenne skojarzenia robią się jak najbardziej na miejscu. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami narodzin mentalności złych i rogatych marinsów z kosmosu.
Nie wiem na ile bogata jest wiedza czytelników tego bloga o wydarzeniach na Isstvanie III a nie chciałbym nikomu zepsuć zabawy ograniczę się zatem do ogólników. Horus w tym tomie upewnia się, że pod jego rozkazami zostają same maszynki zagłady gotowe na każdy jego rozkaz. A wobec tych którzy potencjalnie mogą się okazać mniej karni ma naprawdę okrutne plany które dzięki co niektórym jego sojusznikom poważnie się komplikują.
A w praktyce miałem wrażenie że pół książki się strzelają, bombardują, walczą i nadziewają. I choć opisy tych zmagań są całkiem sprawnie napisane to jednak momentami mogą nużyć z racji na ich częstotliwość. Ale to chyba taki urok grand finale w tym świecie - krew musi się lać. I wojną szpiegów tego nazwać się nie da. A co poza tym? Poznajemy lepiej Lucjusza dla którego inspiracją musiał być typowy szczur korporacyjny. Jest to bowiem postać równie dobrze pasując do Dilberta jak i do trzydziestego millenium - przynajmniej w zaproponowanej odsłonie. Generalnie kapitanowie różnych kompanii i różnych legionów ciągną tą opowieść do przodu więc siłą rzeczy poznajemy ale nie jakoś za bardzo bo oczywiści musi być czas na "pociski rozrywające pancerze wspomagane".
Jeśli chodzi o tłumaczenie to dla osób które przeczytały dwa poprzednie tomy w wydaniu Fabryki Słów zaskoczeń nie będzie. Mi bardzo odpowiada praca tłumacza i ja żadnych zastrzeżeń do jego decyzji nie mam. Choć pewnie znajdą się osoby które będą z mniejszym entuzjazmem na te kwestie spoglądać.
Nie da się ukryć, że książka jest najsłabszym tomem tej trylogii i momentami miałem wrażenie, ze ją ta epickość opisywanych wydarzeń ratuje. Po prostu autorowi zabrakło w paru momentach wyobraźni jak z tego potencjału który dostał w prezencie wyciągnąć coś mniej sztampowego i banalnego. A dodatkowo miał tego pecha, że jego poprzednicy naprawdę wysoko powiesili poprzeczkę i z historii o pozbawionych emocji mordercach w pancerzach wyciągnęli taki wątki które frapowały - przynajmniej momentami. On natomiast dostał moment gdy ci mordercy stają naprzeciw siebie i zrobił z tego festiwal fruwających łusek. Trochę szkoda nie wykorzystanego potencjału. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę dobrze się czyta bo dynamiki nie można jej odmówić a warsztat jest poprawny więc nie psuje odbioru.
Pomimo moich zarzutów książka dobrze wieńczy trylogię o początkach zdrady Horusa i uważam że ta jako całość jest pozycją obowiązkową dla wszystkich którzy choć trochę zauważają fluff w tej grze. Może teraz podpadnę wszystkim fanom xensów wszelkiej maści ale to właśnie Herezja i konflikt miedzy Horusem a Imperatorem są fundamentem tego świata a cała reszta to dodatki oczywiście często wręcz niezbędne ale dodatki. Zatem nawet jeśli człowiek aż tak się nie jara wydarzeniami z 30 millenium i nie zamierza czytać o wszystkich tych drobnych wydarzeniach o których z taką lubością rozpisują się aktualnie autorzy BL, to ta podstawowa trylogia nadal jest must-have.
A dodatkowo wydanie Fabryki tak ładnie wygląda...
Etykiety:
black library,
recenzja
czwartek, 26 lipca 2012
Lotna brygada
Już przeszło miesiąc temu kupiłem sobie Dwarfa z zasadami nowych fruwajek czyli kolejnej wariacji na temat latającego kontenera na śmieci, oraz szczytu orczej myśli technicznej. Nie ukrywam, że zakup był głównie powodowany chęcią posiadania tych zasad które okazały się być bez większego szału ale nie o tym miała być ta notka, zwłaszcza, że temat tych lataczy już był wałkowany zarówno w kontekście 5 jak i 6 edycji na forach wszelakich więc powtarzać się nie ma za bardzo po co. I oczywiście przy opisie podniebnych wymysłów zielonoskórych nie mogło zabraknąć reklamy dopiero co odświeżonego komiksu z Black Library pt. Deff Skwadron. Przy czym reklama ta okazał się na tyle skuteczna, że gdy odkryłem jakąś promocję na wysyłkę - w sensie za darmo również do naszego kraju - kliknąłem wiele się nie zastanawiając.
Przesyłka dotarła z niemałymi przygodami, których opisu Wam zaoszczędzę ograniczając się do stwierdzenia, że nie zawsze warto słuchać swojego wewnętrznego lenia. A już szczególnie jak przybierze maskę optymizatora wydatków energetycznych. No ale w końcu paczka była w moich rękach które od razu, pod samymi drzwiami poczty, bez większego udziału mózgu rozerwały karton.
Komiks jest w formacie większym niż A4 co mnie bardzo zaskoczyło ale oczywiście również uradowało. Większe strony -> większe obrazki -> większa zabawa. Prawda, że łatwo wejść w orczą mentalność? Niestety jest czarno-biały, co jednak nie zaskakuje bo to praktycznie standard dla BL. A szkoda bo jak się patrzy na okładkę która jest pokolorowanym jednym z kadrów z komiksu to łatwo sobie wyobrazić jak bardzo całość w kolorze by zyskała. Ale to nie jest dla mnie największy problem estetyczny, z tą było nie było, graphic novel bo pierwszoplanowy jest taki, że rysunki są po prostu brzydkie. Oczywiście to moja subiektywna opinia ale jak się patrzy na takie Lone Wolves, które uważam za najśliczniejszy komiks z BL a potem na ten dramat to człowiek może się nabawić poważnych urazów nerwowych. Choć nie ukrywam, że z kolejnymi stronami moja opinia na temat tej kreski złagodniała i stwierdzam, że poniekąd pasuje ona do estetyki rasy przedstawionej. A że rasa ma takie poczucie piękna jak ma to i tak komiks tak wygląda a nie inaczej. Trudno mi wyobrazić sobie zastosowanie tej estetyki do zilustrowania losów dywizjonu Wytwórców Świec aka Eldarów.
Zawsze wydawało mi się, że GW tworząc wizerunek orków w świecie 40ki potraktowało ich jako swój wentyl bezpieczeństwa dla całego tego patosu 40 millenium. Wielka zdrada oraz wielkie dramaty rodzinne, opowieści o wielkiej odwadze jak i podłości itp itd. A na to pojawiają się orki z swoim "red uns go fasta" i podobnymi mądrościami, z swoimi Shook Atak Gunami i walutą noszoną w gębach. Ich radosny i losowy charakter średnio przystaje do całej reszty wizji mrocznej przyszłości. A jednak są niezbędnym składnikiem tego koktajlu który, co ważniejsze, ma całe rzesze wiernych fanów.
I ten komiks jest kwintesencją zielonego klimatu, zaczynając od tej nieszczęsnej kreski a kończąc na gagach których w nim nie brakuje. A po drodze mamy piękny rys o historii rozwoju orczej myśli taktycznej oraz technicznej. Tak, dzieje się. Dużo i głośno - strzelanie gdzie popadnie, poruszanie się czym popadnie oraz okładanie kogo popadnie. Słowem zielono mi. A o czym on konkretnie opowiada poza tym że o orkach?
Konkretnie to jest zbiór opowieść o tytułowym Deff Skwadronie koncentrująca się na jego dowódcy oraz nawigatorze. Który jest zdecydowanie inteligentniejszy od swojego przełożonego ale również zauważalnie mniejszy co głównie determinuje jego miejsce w hierarchii. Poznajemy ich losy przy okazji różnych kampanii i misji oraz ich relacje z wrogami oraz teoretycznymi sojusznikami które są zaskakująco zbieżne. Generalnie dostajemy całkiem niezły wgląd w relacje między zielonoskórymi oraz sposób ich działania. Sposób w którym na myślenie w nie ma zbyt wiele czasu.
Czy warto? Jak ktoś jest fanem orków to pozycja ta jest absolutnym must have.
A jeśli ktoś grzyby po prostu je a nie obserwuje za wypadającymi zielonoskórymi? To i tak warto przeczytać, zwłaszcza, że jest spora szansa, że się człowiek uśmiechnie raz czy drugi a może nawet serdecznie roześmieje. A na pewno nie zaśnie jak mój kot:
A jeśli ktoś grzyby po prostu je a nie obserwuje za wypadającymi zielonoskórymi? To i tak warto przeczytać, zwłaszcza, że jest spora szansa, że się człowiek uśmiechnie raz czy drugi a może nawet serdecznie roześmieje. A na pewno nie zaśnie jak mój kot:
Etykiety:
black library,
recenzja
niedziela, 24 czerwca 2012
Czas jest dobry
Jak już się chwaliłem na fejsie dostaliśmy od Fabryki Słów nowe tłumaczenie Czasu Horusa do recenzji. Udało mi się namówić Micha do przeczytania go a następnie zrecenzowania go. I efekty tej działalności możecie przeczytać poniżej.
Nadaje Michu. Dzisiaj sprawozdanie z przyjemności. Jakkolwiek dwuznacznie mogło to zabrzmieć, chodzi tu o czysto platoniczną, intelektualną przyjemność. Mianowicie dostalismy z Łysym, dzięki uprzejmości kolegi Emeryta oraz wydawnictwa Fabryka Słów, książkę do recenzji. I to nie byle jaką książkę ale „Czas Horusa”, pierwszy tom cyklu Herezji Horusa, świeżo przetłumaczony na nasz ojczysty język – w oryginale „Horus Rising”.
Co kilkanaście stron jest przydatne przypomnienie, żeby się z tym czytaniem zbyt nie rozpędzać i coś pomyśleć.
Wracając do tematu. Wspomniałem na wstępie, że „Czas Horusa” jest książką na swój sposób wyjątkową. Wyjątkowość jej polega na tym, że rozpoczyna, cały czas powstający, cykl opisujący wydarzenia Herezji Horusa, czyli fluffowego „szkieletu” budującego od zarania narracyjne tło Warhammera 40k. I dla mnie osobiście wydanie tej książki jest ważnym wydarzeniem. Święto byłoby wogóle pełniejsze gdyby nie fakt, że to już druga próba. Poprzednia zakończyła się bodajże na dwóch tomach. Jest nadzieja, że Fabryka Słowa podejdzie poważniej do tematu – zapowiedziano wydanie póki co pięciu pierwszych tomów (oprócz tego mają zostać wydane trzy tomy Duchów Gaunta). Trzymam więc kciuki. Czas jest dobry (gra słów niezamierzona) – wychodzi szósta edycja, pewnie trochę ludzi się zainteresuje książkami mając kontakt z figurkami albo i odwrotnie. Szczerze liczę na to drugie. Język ojczysty w znaczny sposób rozszerza grupę odbiorców, a FS ma dobrze rozwiniętą sieć dystrybucji, promocji itd. Dodatkowo, moim zdaniem właśnie Herezja Horusa ma potencjał i siłę przebicia aby zainteresować osoby spoza tzw. „środowiska”.
„Czas Horusa” jest bowiem dobrą książką. Dobrą nie tylko jak na standardy Black Library. W żadnym razie nie wybitną ale solidną. Dan Abnett jest dobrym rzemieślnikiem i wywiązał się ze swojego zadania, tworząc kawałek przyzwoitego SF. Jest trochę akcji ze szkaradnymi obcymi, jest tajemnicza intryga i prawdziwy twardziel z zasadami w roli bohatera. W tym aspekcie książki nie ma nic szczególnego, jest takiej makulatury sporo na półkach. To co dodaje dodatkowego smaczku to czające się gdzieś w zakamarkach poczucie epickości. Poznajemy Imperium w czasie jego rozkwitu, śledzimy i w końcu kibicujemy Horusowi. Tempo narasta z rozdziału na rozdział i na końcu zostajemy z poczuciem niedosytu – tego pozytywnego, gdzie chcemy sięgnąć po następny tom. Niestety, to nierówne tempo było jednym z zarzutów, który często pojawiał się w recenzjach po pierwszym, anglojęzycznym wydaniu książki. Innymi słowy – pierwsza połowa historii może wydać się po prostu nudna. Przy czym trzeba sobie zdawać sprawę z jakim zadaniem mierzą się autorzy Herezji Horusa. Znane są początek, zakończenie i kluczowe wydarzenia. Oni mają za zadanie napisać kawałek opowieści tak aby zaciekawić czytelnika, a jednocześnie wpisać się w linię wydarzeń. Dodatkowo mam wrażenie, że Dan Abnett i pozostali autorzy pierwszej trylogii HH dostali za ponadto misję wprowadzenia „zwykłego” czytelnika w świat 40-tego milenium. Stąd pewnie nadmiernie rozbudowane opisy w paru paragrafach, które dla większości czytelników tego bloga są po prostu zbędne i tracą w tłumaczeniu. Na pochwałę natomiast zasługuje przedstawienie Astartes. Autor wprowadził kilka postaci „ludzkich” i ich oczami ukazana jest wspaniałość ale i groteskowa odmienność, tak fizyczności jak i mentalności Adeptus Astartes. To są zresztą bodajże moje ulubione fragmenty tej książki i brakowało ich wersji audio moim zdaniem. Swoją drogą, czytając po raz kolejny ta historię pod kątem recenzji, starałem się widzieć ją oczami „nie-czterdziestkowca”. Trudne i nie do końca możliwe oczywiście ale ciekawe. Wydawać by się mogło, że będąc „zanurzonym we fluffie” powinno podobać mi się daleko bardziej. Ale chyba jest właśnie odwrotnie. Gdyby nie lata czytania kolejnych codexów Chaosu byłbym na pewno bardziej zaskoczony rozwojem akcji i nie wiedziałby tych rzeczy, które autor specjalnie zostawił jako niedopowiedziane. Ciekawym Waszego zdania na ten temat, więc piszcie w komentarzach jeśli jakieś macie.
Trej: Myślę, że to całkiem dobra książka by podsunąć ją osobą które nie mają problemu z SF a jeszcze się nie otarły o 40 millenium. Wydaję mi się, że czytelnik jest całkiem dobrze wprowadzany w świat przedstawiony i nawet początkowo nie wiele wiedząc szybko się wdraża. Jednak, siłą rzeczy, powoduje to momenty przestoju dla czytelników z większą wiedzą, jednak na szczęście są to tylko momenty.
Trochę należy powiedzieć o tłumaczeniu. Jak zawsze, kiedy historię znamy w oryginale, pojawia się automatyczny odruch sprzeciwu gdy napotykamy znaną nam rzecz określoną innymi słowy. Dzięki jednak sprawnemu pióru Pana Michała Kubiaka okres ten u mnie trwał zaskakująco krótko. Nie ma tu spolszczeń na siłę i Astartes wyruszają na bitwę w Stormbirdach, a nie Szturmowych Ptakach czy innych Laserowych Drapieżcach. I właśnie – Astartes! Nie ma tu słowa o żadnych Kosmicznych Marynarzach, dzięki o Imperatorze! W paru miejscach w zamian nazw własnych dostajemy naprawdę dobre i kreatywne zamienniki. Moim ulubionym jest Kwadra – w oryginale Mournival. Doskonale oddaje naturę rzeczy, lepiej chyba niż oryginalne słowo. Mournival pochodzi z gier karcianych i trochę się na początku obawiałem, że skończy się na Karecie. A Kareta z Abbadonem brzmi co najmniej wesoło...
Trej: Czytałem poprzednie tłumaczenie i szczerze mówiąc pamiętam je jak przez mgłę ale to co mi kołacze - jest lepiej. Naprawdę przyzwoicie i sprawnie się to czyta, bez spowolnień sponsorowanych przez trzy literki WTF? co pamiętam przy poprzedniej wersji się potrafiło przydarzyć.
Na koniec trochę marudzenia i dywagacje na temat wydania. Pomarudzić mam zamiar o jakości wydania. Łysemu się podoba i twierdzi, że jest lepsze niż oryginał. Ja mam wrażenia wprost przeciwne. Biały papier i przede wszystkim ogromne litery jakoś do mnie nie przemawiają. To ostatnie jest zresztą znakiem szczególnym Fabryki Słów, więc nie dotyczy tylko tej książki ale korzystam z okazji aby wylać publicznie żale.
Trej: Michu, po prostu, jest już rozpieszczonym mężczyzną w średnim wieku i rzadko czyta po kilka godzin w telepiącym się TLK.
Naprawdę, nie uważam, że książka im grubsza tym lepsza i że należy móc ją czytać z dwóch metrów bez problemu. To wydanie mój stary mógłby czytać bez okularów, a to już coś. Papier bije po oczach i również przeszkadza ale tu akurat mam podejrzenia, że może być to specyfika wydania dla recenzentów – reszta wydań FS ma już ładny żółty kolor.
Podsumowując, mam nadzieję, że FS nie odpuści i wyda cały cykl Herezji Horusa. Mam zamiar też się do tego przyczynić i nabywać będę z pewnością kolejne tomy, dla siebie i na półkę dla potencjalnej progenitury. I tym optymistycznym akcentem kończymy.
Etykiety:
black library,
fabryka słów,
recenzja
sobota, 17 marca 2012
Zona zgona i cudność
Przyznam się szczerze i bez bicia, że zabierałem się do tej notki jak, nie przymierzając, pies do jeża. Próbowałem z jednej strony ugryźć temat, następnie z drugiej itd. i przez ostatnie dwa tygodnie nic nie mi z tego nie wychodziło. Jednak zaparłem się by z choć kronikarskiego obowiązku to nawet jeśli nie o, to chociaż pod pretekstem, coś związanego z Zone Mortalis popelnić.
Zatem zacząć mogę od niezbyt odkrywczego wniosku, że przeczytanie zasad nawet więcej niż jeden raz i to z zrozumieniem nie pozwala recenzować czegokolwiek. Jednak jakieś wrażenia powstają a moje są takie, że zasady te nawet jak na standardy Fogeworldu są wyjątkowo bardzo na siłę. Generalnie bowiem to co wychodzi naprawdę dobrze FW to modele natomiast z ich reprezentacją pod postacią przepisów bywa już różnie i rzadko kiedy tak jak powinno. Tu też mamy model pod postacią modularnego pola bitwy który jest gwiazdą wieczoru a zasady jak tego używać do grania w cokolwiek z świata 40stego millenium napisała osoba z łapanki. Weźmy np. takie Reaction Fire na tapetę czyli oddział zaszarżowany może strzelać do atakujących w fazie assaultu jeśli zda inicjatywę. Wpływ tego na rozgrywkę jest nie do przecenienia zwłaszcza jeśli zaszarżowani mają palniki albo i dwa. Zakładam, że wynika to z specyfiki pola bitwy bogatego w zakręty i załomy nie pozwalające na klasyczne obrzucanie się cegłami na średnim i długim dystansie, ale nadal kodeksy oraz oddziały w nich opisane są pomyślane, że oddziały strzelają tylko fazie szutingu.
Domyślam się zatem, że zasady te mogą być ciekawostką, i dobrą rozrywką przy piwku, jeśli tylko ktoś uzna za stosowne zainwestować w to pole bitwy, bo bez niego to wszystko sporo traci na smaczku. Oczywiście można nawstawiać na blat co tylko się nawinie ale to wtedy będzie jak z proksami czyli można tylko po co?
A w tak zwanym międzyczasie, w trakcie moich rozterk twórczych, z której strony opisać zonę zgonę FW wypuścił inną nowość i to taką która sprawiała, że bylem bliski odświeżenia sobie numeru mojej karty kredytowej. Póki co się udało jednak co się odwlecze nie uciecze, a póki co tysiąc słów puenty na temat:
Etykiety:
nowości GW,
recenzja
wtorek, 4 października 2011
Wiek Imperatora
Ostatnio natrafiłem na coś o czym
chcę napisać już od tygodnia i cały czas nie mam pojęcia jak się
do tego zabrać. Miałem już chyba 10 podejść do tej notki i każde
kończyło się na ctrl+A a następnie del. Stwierdziłem zatem, że
podejdę do zagadnienia na zasadzie „brute force” i od razu
wyłożę kawę na ławę.
A mianowicie przeglądając Glorię
Victis a konkretnie temat o Sisters of Silence znalazłem link do
Wieku Imperatora (uwaga - bezpośrednio pdf) czyli genialnie
wykonanego dodatku o Herezji Horusa. Jego zawartość mnie zauroczyła
od pierwszego wejrzenia więc czym prędzej wcisnąłem print a potem
już tylko się pogrążałem coraz głębiej.
Herezja Horusa jest z jednej strony
jest wdzięcznym tematem dla takich inicjatyw. Zaniedbana -
przynajmniej od strony zasad - przez GW, z bogatym bo chyba już 15
tomowym fluffem i wieloma artami. Dodatkowo gdy zabraknie inspiracji
można wesprzeć się innymi grami jak planszówka czy karcianka.
Czyli fundament marzenie by na nim oprzeć jakiś dodatek. Ale z
drugiej strony HH jest czymś co jest bardzo wymagające dla każdego
który weźmie się za to zagadnienie. Większość graczy
zainteresowanych tematem ma jakąś wizję jak to powinno wyglądać i
dosyć wysoko zawieszona poprzeczkę oczekiwań. Zatem pomimo
mnogości źródeł inspiracji zrobienie dobrego rozszerzenia do 40ki
o najważniejszym wydarzeniu w historii Imperium wcale nie jest
takie proste jest to bowiem mierzenie się z legendą tego systemu.
Jednak ludziom z Tempus Fugitives
wyszło to doskonale. Otrzymaliśmy bowiem kompletny kodeks marinsów
z 31 millenium. Każdy Legion ma opisanego zasadami primarcha, co
bardziej wyróżniejące się persony oraz wyjątkowe oddziały.
Oprócz tego każdy ma swoje indywidualne zasady i tak np. Thousans
Sonsi – uwaga, uwaga – czarują, a dla odmiany Iron Warriorsi
mają Tank Huntera. Co więcej uwzględnione są również wzajemne
sympatie i wspomnieni przed momentem czarodzieje z Prospero mają
prefered enemy w walce z wiadomo kim.
Jednak Core zasad jest wspólny i zanim
dojdziemy do tych zapisów mamy kompletny armylist marinsów napisany
od podstaw. I te jednostki znane są zmienione jak choćby tactical
skład który ma liczebność między 10 a 20 zawodników. A niektóre
jednostki są nowe (i jest ich w sumie nawet sporo) np. Olympia Storm
Tank czy marinsi na jetbajkach. W tym momencie warto wspomnieć o
dosyć ciekawym patencie zastosowanym przez twórców tego dziełka,
wprowadzili oni bowiem punkty legendy (LP) które otrzymuje się np.
za branie kluczowych jednostek dla danego legionu bądź za branie
podstawowych jednostek jak np. tacticale w pełnej liczebności. Chęć
posiadania LP wymusza branie rozpisek bardziej zbliżonych do
jakiegoś tam fluffowego wyobrażenia poszczególnych legionów. A
punkty te są przydatne do wykupywania co ciekawszych upgradów.
Bowiem jeśli chcemy mieć przykładowo takiego primarache to
najpierw kupujemy np. kapitana z odpowiednim wyposażeniem np.
terminatorką i thunder hammerem a potem dopłacamy 6 LP i mamy
primarchę.
Oprócz tego całego dobrobytu mam też
opisane różne jednostki z innych doktryn bojowych jak np. kultyści
czy kustodesów. I będące punktem wyjścia Sisters of Battle. Jak
ktoś chce może zatem monotonię pancerzy w tych samych
barwach przełamać jakimś wyróżniającym się akcentem.
Jak widać jednostek i zasad nie
brakuje, co sprawia, że składanie rozpiski do trywialnych zajęć nie należy. Sprawę dodatkowo komplikuje brak wiedzy czego się spodziewać po drugiej stronie stołu. Słowem brakuje praktyki. I tu dochodzimy do sedna czyli grania w to cudo. Pomimo, że jaram się się tym dodatkiem jak... no bardzo, to mam świadomość, że pewnie nie będę miał nigdy okazji zagrać na te zasady. Granie na proksach mija się z celem a znalezienie dwóch herezyjnych brygad marinsów do łatwych się nie zalicza więc czytanie tego było trochę jak lizanie cukierka przez szybę. Jednak jakby ktoś u nas w kraju się pokusił na przygotowanie turnieju/eventu/czegokolwiek wykorzystującego te zasady to byłbym gotów zainwestować nawet w stosowną armię. Ale póki co pozostaje mi mroczne knucie czemu przez kolejne coraz dłuższe wieczory z lubością zamierzam się oddawać.
Zatem nawet mając świadomość, że z tej czy innej przyczyny się nie zagra korzystając z Wieku Imperatora, to warto się zapoznać z tym dodatkiem by mieć świadomość, jak fajnie można zrobić fanowski dodatek. W sumię GW też mu się powinno przyjrzeć ale to już temat na zupełnie inną notkę...
Etykiety:
recenzja,
twórczość fanowska
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















