Zgaduje, że pewnie większość z Was, drodzy czytelnicy, obstawiała, że skoro dziś jest poniedziałek po masterze a ja wrzucam notkę to będzie ona o Halo Stars. Jednak tu następuje niespodzianka i o Halo będzie później ponieważ relacja z tego turnieju wiąże się z akcją specjalną co do której mam jedynie nadzieje, że w ogóle wypali. Ale o tym później a póki co do rzeczy czyli:
Black Library digital
Nie zamierzam ukrywać faktu, że koncepcja bardzo mi się podoba. Ebooki, audiobooki i inne współczesne wariacja na temat książki to fajne rozszerzenie oferty takiego wydawnictwa jak Black Library. I o tym by się przekonać jak to działa w praktyce ściągnąłem pierwszą darmową książkę czyli "Duchy Gaunta" tom pierwszy. Udało mi się znaleźć jakiś czytnik na telefon i... wsiąkłem. Bardzo wygodne, dobra książka - po prostu rewelacja. Nawet się nie spodziewałem, że to może aż tak fajnie działać bez jakiegoś kindla czy innego iPada. Fakt, że ekran w telefonie mam raczej większy niż mniejszy ale takich aparatów jest coraz więcej na rynku i wśród użytkowników. Polecam po prostu potestować bo nie wszystkim musi pasować takie podejście do literatury ale również na początku jakoś tego nie widziałem a teraz dostrzegam sporo plusów więc może warto.
Natomiast tym co mi się absolutnie nie podoba w tym całym pomyśle BL to ceny. Od jakiegoś czasu zwykły paperback kosztuje 8 funtów, natomiast za to samo w wersji cyfrowej czyli pozbawionej kosztów nadania fizycznej formy oraz późniejszej jej dystrybucji, życzą sobie 6,5 funta. Jak dla mnie o jakieś 3 za dużo. I nie uważam tak tylko z powodu naturalnego odruchu konsumenta lecz również za sprawą logiki.
Bowiem ta sama książka która kosztuje na stronie BL 8 funtów na amazonie jest już do dostania za jakieś 5-6. A przy tej okazji warto przypomnieć, że ostatnio ten gigant handlu w internecie zauważył istnienie naszego kraju i wysyła zamówienia do Polski za darmo. Jeśli więc książka w wersji papierowej jest tańsza od swego cyfrowego odpowiednika to coś jest nie tak. Mimo wszystko, przynajmniej dla mnie ebook może być co najwyżej uzupełnieniem ale nie głównym źródłem literek. W końcu choćby widok książek na półce jest jedną z ważniejszych przyjemności związanych z literaturą.
Czas pokaże jak ten biznes będzie wyglądał ale na tą chwile jestem zaniepokojony, że nie będzie się cieszył popularnością. A to w dalszej perspektywie może oznaczać, że go zwiną albo będą go traktować po macoszemu czy innej najmniejszej linii oporu. A nie da się ukryć, że byłoby szkoda, bo tak jak napisałem na wstępie koncepcja jest zacna i warta tego by się rozwijała.
poniedziałek, 25 października 2010
piątek, 22 października 2010
Reisefieber
Trzecia notka w tym tygodniu i żadnej nie napisałem. Jednak marzenia się spełniają ;).
Dziś z 24cala debiutuje wielu czytelnikom dobrze znany Afro i pisze o zajawisku jak nabardziej na czasie zresztą przekonajcie się sami:
Witam!
Tu afro.
Korzystając z gościnny na łamach Trejowego bloga, chciałbym się podzielić z czytelnikami kilkoma przemyśleniami dotyczącymi naszego hobby.
Na początek zdecydowałem się wziąć na warsztat temat w tym tygodniu niezwykle na czasie: Reisefieber.
Termin, w szczególności dla czytelników słabiej znających język sąsiadów zza zachodniej granicy, może przywoływać jakieś niepokojące skojarzenia (np. Wunderwaffe, itp.).
Otóż nic bardziej mylącego, a sam termin oznacza ekscytację, względnie nerwowość, z powodu zbliżającej się podróży.
Akurat tak się składa, że dla niektórych z nas zwieńczeniem całotygodniowego znoju będzie weekendowa wizyta w Szczecinie (z naciskiem na „niektórych”, gdyż jak widać turniej pewnikiem odbędzie się w dość kameralnej atmosferze).
Że tak to ujmę, nie „piję” w tym momencie do tej konkretnej imprezy, ale do ogólnego zespołu zdarzeń oraz zachowań charakterystycznych dla dni poprzedzających wymarsz na front.
Okres ten zaczyna się, lub też jest poprzedzony, czasem wzmożonego wysiłku umysłowego.
I tu w zależności od preferencji, czy ilości walizek z figurkami stojących w kącie, zaczynamy pierwsze, intelektualne zmagania z pozostałymi uczestnikami. Wybieramy armię, składamy rozpiski.
Bierzemy co trzeba, co nam się podoba lub to, czym możemy się pochwalić (w tym miejscu pozdro dla Perzana). Mniej więcej na tym etapie wiemy, co trzeba domalować lub gdzie/ do kogo się po prośbie zwrócić. No chyba, że już wszystko mamy, i nie pozostaje nam nic innego jak czekać wigilii turnieju i momentu wymarszu. Ale w większości wypadków jednak zawsze jest coś do zrobienia, ewentualnie „upiększenia”.
To jeszcze nie jest klasyczne „Reisefieber”. Powoli zaczynamy rozbudzać poniekąd uśpione pokłady zamiłowania do sztuki, lub ćwiczyć zdolności interpersonalne w zakresie okazywania nam zaufania (bo pożyczanie figurek, własnoręcznie pomalowanych, czy pomalowanych za własnoręcznie zarobione pieniądze, to nie jest takie hop siup).
W tym okresie nasze pamperki znajdują się w centrum uwagi. Pasjami zaliczają wizyty w salonach piękności, zabiegi rewitalizacyjne czy też nawet temu okresowi zawdzięczają swoje stworzenie.
A poczucie rosnącej ekscytacji przed zbliżającą się podróżą narasta…
Wiadomo, człowiek zwierz stadny. Łatwiej, bezpieczniej i przyjemniej w większej grupie się podróżuje. Zatem zaczynamy z właściwymi dla danego miejsca zamieszkania ludkami zawierać na czas podróży pakty, stanowiąc o tym czym, kiedy i którędy, nie pomijając zasad podziału kosztów wyprawy.
Z własnego doświadczenia wnioskuję, iż człowiek z wiekiem wygodniejszym się staje. Podłoga, śpiworek, karimata czy materac to już żaden komfort dla starych kości.
Zatem należy się rozejrzeć za jakimś lokum (hotel, schronisko czy też domowe pielesze przyjaznych nam tubylców), gdzie będzie można po zmaganiach turniejowych i towarzyskich siły zregenerować.
Interesujący jest fakt, że nasza wrażliwość na szeroko pojmowane piękno wobec twórczości własnej, w stosunku do ubywającego czasu proporcjonalnie maleje. To co jeszcze 2-3 dni temu, ba, nawet wczoraj, wydawało się nie do przyjęcia, staje się nagle rozsądnym kompromisem między włożonym/pozostałym czasem a efektem uzyskanym.
No ale w końcu to nie konkurs piękności. To głównie starcie umysłów. Czas wielkiej rozkminy i marszczenia w zadumie czoła.
Wreszcie nadchodzi upragniony moment. Upewniwszy się, iż mamy wszystkie niezbędne rzeczy, a więc primo figurki, następnie niezbędny zapas bielizny i innych ciuchów, względnie sprzętu wypoczynkowego, w końcu ruszamy!
W tym miejscu wypada dodać o jeszcze jednym, dość istotnym, aczkolwiek nieobligatoryjnym, elemencie: Beforek. Co to takiego, chyba nie trzeba specjalnie wiele tłumaczyć. Nadmienię tylko, iż różnice między before’kiem a after’kiem dotyczą jedynie etapu imprezy, na którym mają miejsce. Warto pamiętać, by udział w before’ku nie pokrzyżował nam planów udziału w after’ku ;)
Jeszcze tylko 10 godzin w pociągu lub aucie, noc towarzyskich zmagań w ramach before’ku, a rankiem hot dog na BP, jajcóweczka czy zestaw śniadaniowy w Makoo i wszystko się zacznie.
Wreszcie nastaje Świt Wojny!
Docieramy na miejsce turnieju, lustrujemy mniej lub bardziej syto zastawione stoły. Jeszcze tylko tradycyjny poślizg ze startem imprezy, niepewność przed pierwszym losowaniem, giełda czelendży i w końcu…alea iacta est !
Witamy się z przeciwnikiem, losujemy zaczynanie, siadamy wygodnie na krzesełku. Rozglądamy się wokoło. Znajome mordy zaczynają marszczyć czoła, jeszcze krótkie rozmowy, wspomnienia wczorajszego wieczoru mocno dobijają się z tyłu głowy…
I jest pięknie! Patrząc na otoczenie dochodzimy do radosnych wniosków: nie jesteśmy w pracy, po trudach dni spędzonych w pracy, po całym wysiłku artystycznym, wreszcie nadszedł czas dożynek. Czas tylko dla nas i naszych figurek :)
W perspektywie 5+ bitew, pogadanek w dobrym towarzystwie, afterka i konsumpcji :D
Czy może być coś piękniejszego?
A tak dla lepszego zilustrowanie odczuć o których wyżej wspomniałem, pewien kawałek. W bardziej współczesnym wykonaniu.
Nie tylko o tytuł tu chodzi….
Narka
Etykiety:
Afro,
scena turniejowa
wtorek, 19 października 2010
Łysy maluje figurki
Michu zrobił mi niespodziankę a pewnie i Wam i przesłał kolejną notkę w trybie ekspresowym. Więc ja, czym prędzej, w trybie ekspresowym ją publikuje.
Ta-daaaam:
Nadaje Michu. Pewnie nie tylko Trej siedzi gdzieś zgarbiony i chlapie figsy kolorowymi substancjami. Myślę, że wielu z Was domalowuje właśnie jakieś brakujące oddziały, lub ewentualnie stoi z batem w ciemnym, mokrym lochu nad jakimś biednym gnomem odwalającym czarną robotę. Zbliża się szczeciński master i koszt przygotowań to nieodmienne kilka krótszych nocek (parę wpisów na blogu tez poległo, prawda Treju? :) ). I szczerze powiedziawszy, zazdroszczę Wam. Dlatego postanowiłem napisać o BP.
Punkty, punkty...
Od kiedy wyszedł nowy kodeks bladzi udało mi się złożyć i pomalować całkiem sensowną armię (w kontekście ilości - wyborów rozpiskowych nie komentuje), trzymając się zasady, iż nie gram jeśli nie mam czegoś nowego pomalowanego. Wybitnie też pomogło założenie, iż pożyczam na mastery tylko w ostateczności. I działało. Aż do Halo. Kiedy uświadomiłem sobie, że nie dam rady pojechać do Szczecina literalnie rzuciłem pędzle w kąt.
Jasne, to że nie jadę jest w jakiejś tam mierze uwarunkowane brakiem czasu, więc na figsy też mam go mniej, ale myślę że to nie główny powód. Otóż doszedłem ostatnio do wniosku, pewnie z uwagi na toczącą się na Gildii dyskusję, że ja maluje dla punktów. Nie ze względów ideologicznych ani wyrachowania. Ja lubię malować figurki. Ale armie maluje bo na mastery trzeba a staram się ładnie bo za to dostaje się punkty. Dla czystej przyjemności malowałbym laski w bikini a nie marinsów. Zauważalne punkty za malowanie są dla mnie motywacją do starania się przy malowaniu jak i samego jechanie na mastera. I mam nawet gdzieś w głowie granicę punktową - równowartość jednej bitwy na 5 turowym masterze.
Wiem, że brzydko i nieładnie ekstrapolować swoją postawę na innych ale utwierdzam się w przekonaniu, że malowanie jest integralną częścią nie tyle hobby, co turniejów i sam wymóg malowania w połączeniu ze szczątkową oceną jakości nie uchroni nas przed gumoludami. A ja ich nie chce widywać, także w swoje armii.
To powiedziawszy, idę na BP. Hot-doga sobie zjem.
Etykiety:
ciekawsotka,
Michu,
scena turniejowa
poniedziałek, 18 października 2010
Liga.sztab.com.pl
Ledwo człowiek wyjedzie to się ziomy rozkręcają ;). A tak bardziej serio to Michu przybliży dziś Wam niby nic nowego czyli ligę lokalną ale w zupełnie innej odsłonie. Zresztą przeczytajcie sami:
Liga.sztab.com.pl
Nadaje Michu. Jak część z Was wie (szczególnie słów Ci z Pozka...) jakoś tak w środku minionych wakacji światło dzienne ujrzał twór o nazwie Poznańska Liga Warhammera 40k. Mija już ponad 1,5 miesiąca od kiedy Trej poprosił mnie o napisanie o niej kliku słów. Może to wydawać się nieprawdopodobne, ale opóźnienie to nie wynika z mojej wrodzone niechęci do pracy. Chciałem dać Lidze trochę czasu i dobić do co najmniej setki gier aby nie pokazywać pustej strony wypełnionej dobrymi chęciami. Myślę, że czas nadszedł. A jeśli przy stronie jesteśmy to zapraszam do odwiedzin pod adresem: http://liga.sztab.com.pl.
Rycina 1. Strona Poznańskiej Ligi Warhammera 40k
Koncepcja Ligi ujęta w jednym zdaniu jest następująca: system rankingowy umożliwiający miarodajne określenie względnych umiejętności graczy klubowych, oparty o pojedyncze, rozgrywane na dowolnych zasadach bitwy. Jak widać nie jest to liga w rozumieniu kampanii, różni się też znacząco od Ligi Ogólnopolskiej. Chcieliśmy mieć ligę, która umożliwiałaby rywalizację wewnątrz klubu a jednocześnie zapewniała możliwość zabawy zarówno ludziom dysponującym czasem na jedną grę dziennie jak i jedną w miesiącu. Stąd jest to ranking oparty o system Elo, podobny do stosowanego między innymi w szachach. W wielkim skrócie: wygrywasz-ranking rośnie, przegrywasz-maleje a wielkość zmiany zależy od różnicy w rankingu i powiązanego z nią rozkładu prawdopodobieństwa pozwalającego określić spodziewany wynik bitwy. Przy czym nie jest to zależność liniowa tylko określona krzywą logistyczną. Eliminuje to w dużym stopniu wpływ ilości rozegranych gier, gdyż liczy się jakość wyników a nie ich ilość (przy pewnej minimalnej liczbie rozegranych gier). Dodatkowo, do rankingu liczą się wszystkie bitwy rozegrane w dowolnym miejscu i czasie pod warunkiem, że obaj gracze potwierdzili wynik (karteczki lub forum). Liga ma działać sezonowo (nagrody itp.) ale sam ranking jest przewidziany jak twór wieloletni - im dłużej trwa tym będzie bardziej wiarygodny.
Tworząc Ligę musieliśmy przyjąć kilka kompromisów takich jak liczenie bitwy jako wygranej dopiero od wyniku 14:6, z uwagi na brak rozróżnienia między zwycięstwem "ledwo, ledwo" a masakrą w oryginalnym systemie, oraz ustalić kilka zmiennych na ślepo takich jak maksymalna ilość punktów do zdobycia. Jest więcej niż prawdopodobne, że przynajmniej część z nich trzeba będzie zmodyfikować po pierwszym sezonie ale po to pierwsze sezony przecież są... Od początku też zakładaliśmy istnienie strony. Powstała dzięki wysiłkom eM-a (silnik), Michałku (grafika) i moim (literki). Póki co ilość bajerów jest ograniczona ale staramy się aby rosła (profil, bannery itp.)
Podpis: Profil gracza na stronie ligowej
Tekst jest już i tak długi jak na wyporność wpisu blogowego, dlatego też nie będę się zagłębiał dalej w szczegóły. Nie chcę też opisywać przemyśleń odnośnie zasad bo na to przyjdzie czas po zakończeniu sezonu. Ograniczę się jedynie do pierwszych wrażeń. A te mimo wszystko zachęcają. Mamy ca. 100 gier rejestrowanych miesięcznie a dowolność terminów i punktów sprawiła, że część tzw. kanapowych graczy czynnie uczestniczy. Dodatkowym plusem jest, że możemy w lidze mieć placówki zamiejscowe w formie Treja, który jak na razie pnie się żwawo w górę klepiąc nam buzie na masterach :) . Miło też, że udział nowych twarzy, i to w czołówce, jest zauważalny. Mam nadzieję, że zapał nie okaże się słomiany - póki co mamy kilka pomysłów na ożywienie rozgrywek a Trej planuje fluffową kampanię, więc jesteśmy dobrej myśli.
Ciekawym jak zwykle Waszego zdania, tak odnośnie samego pomysłu jak i zasad. Może myśleliście zrobić coś podobnego u siebie? Jak tak to w jaki sposób? A może chcecie zapisać się do Ligi - (uwaga reklama) wystarczy wstąpić do Sztabu :) I tym optymistyczny akcentem dziękuję za uwagę.
Etykiety:
Michu,
scena turniejowa
środa, 13 października 2010
Długousi wyskakujący z portalu czyli...
... dlaczego chce zbierać Dark Eldarów. Ta notka to coś w rodzaju działania PR'owego pt. nie jestem sezonowcem bo przecież ja od zawsze byłem stworzony dla Dark Eldarów tylko oni dopiero teraz zostali stworzeni dla mnie ;). A tak bardziej serio to po prostu mi się na wspominki wzięło ale przy DE o to nie trudno, bo do tej pory to był jeden wielki skansen, więc czuję się poniekąd usprawiedliwiony.
Wiele lat temu wymyśliłem sobie, że będę zbierał Eldarów ale tych w odmianie bright a bezpośrednim impulsem do tego był podręcznik do Eye of Terror i zawarty w nim armylist Ulthwe Strike Force. Dla tych dla których te czasy są zbliżone do okresu panowania dinozaurów krótki zarys tej bardzo ciekawej armii. Bazowała ona na obowiązkowym portalu oraz zasadzie, że minimalnie połowa slotów musiała zostać w rezerwach. Dominującymi jednostkami w zmodyfikowanym względem poprzedniego kodeksu Eldarów armyliście było wszystko co guardiańskie czyli Vypery, Walkery czy składy piechoty wszystko w wersji Black czyli z BS 4. Natomiast czołgi czy duże zombiaki w tej armii nie były nawet dopuszczone. Podstawowym oddziałem w tej armii była rada serowa w której mogło być w pierony farseerów i każdy z nich był niewyciągalny (bo nie był IC). Generalnie armia była wymagająca ale swoje do zaoferowania miała i mogła z spokojem walczyć na turniejach. No ale potem przyszedł aktualny kodeks Eldarów a wraz z nim zniknęły wszelkie craftworly więc USF również odeszło do warpa.
No ale ja zostałem z modelami guardianów, vyperów (kiedyś były o niebo lepsze od walkerów) i warlocków wymyśliłem więc, że złoże te normalne eldary ale w klimacie USF czyli z dużą ilością zabawek obsługiwanych przez guardianów. Jednak oczywiście nie starczyło mi zacięcia by armie doprowadzić do stanu użyteczności - turniejowej zwłaszcza.A przy okazji był to złoty okres mocy kłapouchów co również przekładało się na popularność tej armii co dodatkowo odbierało motywacje. Trzymałem się zatem Ravenwingu a moi wytwórcy świec wytrwale zbierali kurz.
W międzyczasie pojawiały się myśli że skoro z tą jedną armią bazującą na portalu mi się nie udało to może warto tej drugiej się przyjrzeć. I póki mój wzrok omiatał jedynie zasady to mi się podobało ale jak tylko dochodził do modeli to mi wszelkie pomysły na zbieranie Darków przechodziły jak agonizerem odjęte. Jednak kiedy tylko się nasilały plotki o nowym deksie co przez ostatnie lata było zjawiskiem dość cyklicznym to serce mi przyspieszało. Po czym dość szybko zwalniało gdy się okazywało, że to jeszcze nie teraz.
Jednak gdy już się doczekaliśmy i teraz jak patrzę na nowe modele Mrocznych Eldarów to czuję niezdrową ekscytację, a oczekiwanie na to aż wezmę kodeks do ręki sprawia, że zaczynam rozumieć o co chodzi w tym całym Power from Pain. I może to będzie ten moment kiedy uda mi się zebrać długo oczekiwaną armię kłapouchów wyskakujących z portalu z mordem w oczach oraz z palnikami i obcęgami w dłoniach. Kolejna okazja pewnie za jakieś 6 czy 12 lat.
Wiele lat temu wymyśliłem sobie, że będę zbierał Eldarów ale tych w odmianie bright a bezpośrednim impulsem do tego był podręcznik do Eye of Terror i zawarty w nim armylist Ulthwe Strike Force. Dla tych dla których te czasy są zbliżone do okresu panowania dinozaurów krótki zarys tej bardzo ciekawej armii. Bazowała ona na obowiązkowym portalu oraz zasadzie, że minimalnie połowa slotów musiała zostać w rezerwach. Dominującymi jednostkami w zmodyfikowanym względem poprzedniego kodeksu Eldarów armyliście było wszystko co guardiańskie czyli Vypery, Walkery czy składy piechoty wszystko w wersji Black czyli z BS 4. Natomiast czołgi czy duże zombiaki w tej armii nie były nawet dopuszczone. Podstawowym oddziałem w tej armii była rada serowa w której mogło być w pierony farseerów i każdy z nich był niewyciągalny (bo nie był IC). Generalnie armia była wymagająca ale swoje do zaoferowania miała i mogła z spokojem walczyć na turniejach. No ale potem przyszedł aktualny kodeks Eldarów a wraz z nim zniknęły wszelkie craftworly więc USF również odeszło do warpa.
No ale ja zostałem z modelami guardianów, vyperów (kiedyś były o niebo lepsze od walkerów) i warlocków wymyśliłem więc, że złoże te normalne eldary ale w klimacie USF czyli z dużą ilością zabawek obsługiwanych przez guardianów. Jednak oczywiście nie starczyło mi zacięcia by armie doprowadzić do stanu użyteczności - turniejowej zwłaszcza.A przy okazji był to złoty okres mocy kłapouchów co również przekładało się na popularność tej armii co dodatkowo odbierało motywacje. Trzymałem się zatem Ravenwingu a moi wytwórcy świec wytrwale zbierali kurz.
W międzyczasie pojawiały się myśli że skoro z tą jedną armią bazującą na portalu mi się nie udało to może warto tej drugiej się przyjrzeć. I póki mój wzrok omiatał jedynie zasady to mi się podobało ale jak tylko dochodził do modeli to mi wszelkie pomysły na zbieranie Darków przechodziły jak agonizerem odjęte. Jednak kiedy tylko się nasilały plotki o nowym deksie co przez ostatnie lata było zjawiskiem dość cyklicznym to serce mi przyspieszało. Po czym dość szybko zwalniało gdy się okazywało, że to jeszcze nie teraz.
Jednak gdy już się doczekaliśmy i teraz jak patrzę na nowe modele Mrocznych Eldarów to czuję niezdrową ekscytację, a oczekiwanie na to aż wezmę kodeks do ręki sprawia, że zaczynam rozumieć o co chodzi w tym całym Power from Pain. I może to będzie ten moment kiedy uda mi się zebrać długo oczekiwaną armię kłapouchów wyskakujących z portalu z mordem w oczach oraz z palnikami i obcęgami w dłoniach. Kolejna okazja pewnie za jakieś 6 czy 12 lat.
Etykiety:
nowości GW
środa, 6 października 2010
Kostki i proksy czyli co wolno na lokalach?
Osobiście uważam, że fakt, iż lokale są na sam dole drabinki splendoru turniejowego nie oznacza, że wszystko powinno być na nich dozwolone. Dobrze jest gdy np. gracze mają kostki miarki etc bo zdarzało mi się nie raz oglądać sytuacje w których obaj zawodnicy nie mieli czym turlać i pożyczali garść od sąsiadów. Podobnie jest z czytelną rozpiską - jeszcze nikomu nie zaszkodziła i pomaga w tym by gra był szybsza i bardziej przejrzysta. Jeden czy dwa punkty za takie bardzo wygodne gadżety mogą pomóc ludziom się zmobilizować by o nie zadbać, a komfort gry gdy można się skupić wyłącznie na własnym stole idzie mocno w górę - przynajmniej dla niektórych.
O ile potrzeba posiadania miarki podczas gry jest trudno do podważenia to tzw. proxy są bardziej kontrowersyjne. Nie da się ukryć, że opcja przetestowania jakiegoś oddziału/ów na lokalu jest nie do przecenienia ale trudno oczekiwać, że każdy nabędzie stosowne modele na wyrost. Jednak z drugiej strony jeśli 3/4 armii przeciwnika nie jest tym na co wygląda i wcale nie jest to zgrabne count-as to niektórzy np. ja zaczynają się gubić. I osobiście uważam, że w erze for nanecie na prawdę łatwo pożyczyć brakujące modele - zwłaszcza w silnie rozwiniętych ośrodkach nie ma zatem potrzeby proksowania. A jeśli nawet przytrafi się taka konieczność będzie to marginalne i nie wpłynie na komfort gry.
Wiem, że to truizm ale należy pamiętać, że generalnie ta gra jest dwuosobowa i dobrze jest gdy obie strony mają przyjemność z przebywania przy stole. Jeśli więc ogarnięcie armii na lokala to kilka minut na znalezienie templatek i skontaktowanie się z kimś od kogo możemy pożyczyć brakujące modele to czemu tego nie zrobić? Zwłaszcza, że te kilka minut przekłada się na kilka godzin zabawy.
A jak to wygląda u Was w mieście?
Etykiety:
scena turniejowa,
z życia for
czwartek, 30 września 2010
Arena - organizacyjnie.
Już kilka dni minęło od Areny warto więc, już na chłodno podsumować kolejny master w tym sezonie. Nie będzie to szczególnie długi wywód bo do wielu rzeczy nie można się przyczepić a większość można jedynie chwalić. No ale w sumie tego się oczekuje od obrońcy młotka w kategorii najlepszy turniej.
Miejscówka gdzie miały miejsce zmagania jest położona w samym centrum Krakowa a wokół znajduje się pełne spektrum barów i jadłodajni plus stołówka na miejscu czyli w samym budynku Biblioteki niestety tym razem otwarta w mocno ograniczonych godzinach. Brak noclegu na miejscu nie uwiera za bardzo bo krakowska oferta hostelowa jest na tyle bogata, że można znaleźć coś fajnego i co ważniejsze bliskiego w rozsądnej cenie. Zresztą organizatorzy też dla nie małej grupy graczy mieli przygotowaną jakąś opcje noclegową w dobrej cenie. A sale był na noc zamykane więc można było figury zostawić na stołach czy pod nimi i oszczędzić sobie taszczenia ich w te i wewte.
Każdy z graczy podczas rejestracji dostawał kompletny set startowy w skład którego wchodziła również między innymi znana już z Wojny Światów tacka na figurki która jest bardzo pomocnym rozwiązaniem i w sposób nieoceniony upraszcza życie. Był również przygotowany powszechnie dostępny kącik z napojami który, nie ukrywam, w niedzielę rano ratował mi życie. Oczywiście były monitory, sporych rozmiarów, na których można był o sprawdzić parowania a w trakcie samych bitew czas który pozostał do końca. Jedynym minusem od strony logstycznej było rozstrzelenie stołów pomiędzy parę pomieszczeń w dodatku jedno z nich było dość wąskim korytarzem przez który trzeba było się dość mozolnie przeciskać. Jednak szczerze mówiąc jest to naprawdę bardzo mała cena za tak fajną miejscówkę.
Przed samą imprezą nie wiele czasu poświęciłem regulaminowi imprezy i tak w pełni go ocenić mogę dopiero teraz i muszę się przyznać, że średnio mi się podoba. Największe zastrzeżenia mam do dwóch rzeczy:
- Reacon. Ta misja była mocno niefortunna w moim odczuciu. Rozumiem, że pomysł iż punktuje cała armia prócz IC był jakimś hołedm dla 4 edycji ale to było i minęło a teraz mamy 5tkę. Co gorsza nie oszukujmy się mało która jednostka jest w stanie zabić na tyle dużo by bardziej opłacało się iść nią - "Bez Odbioru" - do porezać niż po prostu dylać do pustej strefy przeciwnika bo on w międzyczasie drugą stroną stołu idzie do naszej. Po prostu ta misja w wielu przypadkach premiowała bardzo zachowawczą grę i przy podobnym skillu obu graczy bardzo trudno było wyjść poza 13-7.
- Kill pointy - to druga rzecz która mi się nie podobała. Ich różnica miała naprawdę bardzo duży wpływ na wynik dzięki czemu rozpiski z dużą ilością miękkich KP miały w każdej z 5 bitew mocno pod górkę. Do tego opłacało się polowanie na wszelakie pody inne takie. Ja nie jestem przeciwnikiem KP uważam, że są bardzo dobrym elementem balansującym rozpiski jednak nie powinny mieć one aż takiego wpływu na każdą bitwę.
Natomiast ku mojemu zaskoczeniu bardzo dobrze mi się grało na takie duże (2100) punkty i co jeszcze dziwniejsze dla mnie było naprawdę mało problemów było z mieszczeniem się w limicie czasu na bitwę. A przy tej okazji muszę powiedzieć, że podobała mi się konsekwencja sędziów w wlepieniu karniaków za przekroczenie limitu czasu.
Stoły był poza drobnymi wyjątkami dobre może bez rewelacji ale też szczególnych powodów do narzekań również nie było.
Oczywiście w nocy z soboty na niedzielę był aftrek poprzedzony stosowną rezerwacją przez orgów i choć podobno przez moment był problem z miejscem jak my dotarliśmy na miejsce bez problemu znaleźliśmy wolny stolik. Afterek jak to afterek był bardzo udany i w jego trakcie nie brakowało ciekawych rozmów w doborowym gronie na tematy wszelakie. Zresztą dla mnie jest to jeden z najważniejszych punktów każdego wyjazdu na turniej bo w końcu nie samym turlaniem człowiek żyje.
Podsumowując, Arena 2010 w moim odczuciu była bardzo dobrym turniejem. I te wspomniane zapisy z regulaminu nie przysłonią faktu, że spędziłem dzięki chłopakom z Krakowa bardzo fajny weekend z 40ką w roli głównej. Za rok jeśli będę miał okazję jadę na pewno, szkoda tylko, że to tak daleko....
Etykiety:
scena turniejowa
wtorek, 28 września 2010
1500 zdjęć na minutę
Pierwszy post po Arenowy i mam szczerą nadzieję, że nie ostatni. Co prawda bitew nie pamiętam na tyle by je opisywać dokładnie ale o organizacji warto napisać. A póki co oddaj głos (i wizje) Michowi.Nadaje Michu. Dzisiaj zamierzam zamęczyć Was fotkami z Areny. Jest ich parę tysięcy. W dodatku z jednej bitwy. Ale oglądniecię ich zajmie jedynie trochę ponad 4 minuty. Obiecuję. Tworzą one relację z pierwszej bitwy z ostatniego krakowskiego mastera, gdzie dzięku uprzejmości orgów zmierzyliśmy sie na gołe klaty z Trejem - szczególne podziękowania dla Misia za udostępnienie fajnej miejscówki na 30 stole.
Bitwę za chwilę zobaczycie sami. Niestety nie do końca, gdyż z przyczyn technicznych zapis urywa się w okolicach 4 tury. Może i dobrze, bo wtedy stwierdziłem, że za mało combatu. A szarżowanie w piątej turze wszystkim troopsami na GUO to pomysł godny kapelana Śmierć Kompanii. Rezultat łatwo przewidzieć. Akcja kosztowała mnie ca 3000+ punktów. Trej wygrał 14:6 a ja zamierzam wywrzeć srogą pomstę - może nie w zapalczywym gniewie ale przynajmniej w lekkim zdenerwowaniu.
Zapraszam zatem na 4 minuty przesuwania figurek i jak zwykle będe wdzięczny za komentarze tak do bitwy jak i do strony technicznej. Jeśli ta ostatnia się spodoba, będą następne filmiki :)
Etykiety:
Michu,
scena turniejowa
czwartek, 23 września 2010
Ćwierkanie z Areny
Jak powszechnie wiadomo, i to naprawdę powszechnie patrząc na listę zgłoszeń, w ten weekend odbędzie się w miastu smoka i maka na floriańskiej, turniej klasy master w naszą ulubioną grę czyli Arena 2010. W związku z tym chciałem się zobowiązać do jakiś regularnych raporcików via twitter z tej imprezy. Wpisy widać po prawej stronie pod wszystko mówiącym - Ćwierkanie z24cala czyli nigdzie nie trzeba się rejestrować wystarczy raz po raz wejść na bloga.
Wiadomo weekend nie jest po to by siedzieć na necie nawet jeśli nie udało się załapać na turniej, wiadomo rodzina ostatnie okruchy lata itp, itd ale jakby ktoś był ciekaw jak wygląda sytuacja na froncie to mały raporcik nie zaszkodzi. Zwłaszcza, że tak duży turniej może znacząco wpłynąć na kształt ekipy która się zbierze w przyszłym roku pod szyldem Obrońcy Tytułu by nas reprezentować na ETC 2011. Postaram się więc nie ograniczać wyłącznie do swoich bitew ale też relacjonować w szerzej perspektywie i spoglądać w stronę pierwszych stołów, choć pewnie będę miał daleko ;). Co z tego wyjdzie w praktyce zobaczymy już wkrótce a na tą chwilę po prostu zapraszam.
Etykiety:
scena turniejowa
poniedziałek, 20 września 2010
TM
Trademark. Najbardziej trendy i jazzy słowo naszej sceny turniejowej od dłuższego czasu. Ostatnio się na nie natknąłem czytając o katowickich planach czelkowych na gildii. I tym razem oznacza ono pomysł by gracze zrobili rozpiskę na 1500 pktów i dwa deatachmenty po 350 dobierane wg własnego widzimisię przed bitwą czyli tak naprawdę pod przeciwnika - gramy zatem na 1850. Znaczy się taki patent z Herezji tylko inaczej. I szczerze mówiąc nie uwodzi mnie ta koncepcja.
Rozumiem i co więcej cieszę się gdy organizatorzy starają się by regulamin ich turnieju był oryginalny i unikatowy tylko czasami mam wrażenie, że w pogoni za tymi przymiotnikami zapędzają się na niekoniecznie najistotniejszą ścieżkę. I najczęściej to wynika z poszukiwania własnego, niepowtarzalnego trademarku jakby on był warunkiem nie tylko koniecznym ale również wystarczającym by impreza była udana. Nie oszukujmy się regulamin to rzecz ważna przy czym dla innych mniej dla innych bardziej ale nadal istotna. Jednak nie jest to jedyny czynnik według którego potem oceniany jest turniej. Bo przykładowo fajne misje nie przysłonią strzelnic na stołach i jeśli ktoś będzie miał przez 5 bitew problem z schowaniem rhinosa to żaden unikatowy patent regulaminowy mu nie poprawi humoru. I takich rzeczy które gracze zapamiętują jest wiele więcej może więc nie trzeba na siłę udziwniać regulaminu a skupić się na tym by zabezpieczyć rzeczy podstawowe. Oczywiście jedno drugiego nie wyklucza ale jak pokazuje tegoroczna Arena nie trzeba mieć jakiś efektów łał w regulaminie by ludzie wali drzwiami i oknami na turniej. Na pewno aktualny młotek za Najlepszy Turniej też robi swoje ale to vox populi wymusiło na organizatorach rezygnacje z mieszanego formatu (4 razy 1200 pktów w sobotę i dwa razy 2100 w niedzielą) na rzecz prostszego ale wręcz wytęsknionego 2100 po pięćkroć. I właśnie w moich oczach to umiejętność zmiany tego zapisu a nie obstawanie na siłę przy swoim trademarku (bo za niego dostaliśmu młotek, or sth) jest już pierwszym sukcesem organizatorów krakowskiego Mastera.
Zresztą chłopaki z Łodzi pokazali, że trademark wcale nie musi się zawierać w regulaminowych zapisach i dla odmiany postanowili stworzyć z atmosfery, godnej nazwy swojego turnieju czyli Grill'n'Chill, swoją wizytówkę. I im się udało, więc jak widać można i w ten sposób próbować wyróżnić się w kalendarzu imprez.
Podsumowując trademark dobra rzecz ale nie najistotniejsza i jak przyjdzie z czasem to ok a jeśli nie to trzeba poczekać chwilę dłużej a w międzyczasie zająć się po prostu robieniem dobrego turnieju. Bo w końcu chodzi o to by to gracze byli co rok na imprezie a nie jakiś zapis w regulaminie.
PS. By nie był nieporozumień - ja w tej notce nie pije konkretnie do chłopaków z Katowic (których mam nadzieję mi się uda odwiedzić w listopadzie) tylko chciałem zwrócić uwagę na ogólny trend który wydaje mi się coraz mocniej zauważalny na naszej scenie turniejowej
Etykiety:
scena turniejowa
wtorek, 14 września 2010
Jak zagrać w Apo po raz pierwszy tak by czekać na drugi raz
Uuuu....
Eman w komentarzu pod tą notką zaproponował bym napisał coś o tym jak grać w Apokalipsę by tytuł tego wpisu był prawdziwy. Nie da się ukryć, że trochę czasu już minęło od tej propozycji ale temat trudno nazwać sezonowym i myślę, że jeszcze długo będzie aktualny. Zatem podzielę się tym co w ramach naszych poznańskich rozgrywek, metodą prób i błędów, udało się ustalić w dziedzinie balansu i nie tylko. Czasami może coś się wydawać coś oczywiste ale jak to mawiają najciemniej pod latarnią.
1. W Apo graj z kumplami. Najlepiej dobrymi. Łatwość przegięć przy taaakich punktach i to bez FOC'a jest porażająca i przerażająca a jak do tego jeszcze dojdzie jakiś niesympatyczny typ z drugiej strony stołu to można zaliczyć naprawdę Epic Fail. Poza tym grając przykładowo 3ech na 3ech czasami się zdarza, że bezpośrednio zaangażowanych w rozgrywkę jest dwóch zawodników a reszta ma czas na dywagacje o życiu i śmierci (gwardzisty po 13tej godzinie) a takie pogaduch to lepiej z ziomami wychodzą. No i po ostatnie ale równie ważne grając w wśród ziomków łatwiej wnioski z poprzednich rozgrywek przełożyć na kolejne.
2. Do Apo są potrzebne zabawki w sensie super heavy czy inne Naprawdę Wielkie Demony. Bez nich spotkanie się 5k orków z czymkolwiek innym w równie konkretnej liczbie może trwać wieki. A gdy zaczynają latać placki wielkości płyty gramowfonowej oraz strzały z siłą D momentalnie w każdej armii robią się wyrwy dzięki czemu rozgrywka ma dramatyzm i skończony czas trwania. Również warto się przyjrzeć formacjom bo pomimo, że są one słabsze od SH to wnoszą sporo kolorytu do gry a czasami możliwości również mają nie małe by nie powiedzieć, że zacne.
3. Skoro już się pojawiło zagadnienie czasu to podstawowym manewrem by przyspieszyć grę, grając drużynowo jest patrzenie na pole bitwy (które z założenia jest raczej duże) lokalnie. Czyli nie ma co czekać aż gdzieś skończą strzelać jeśli to nie będzie nas dotyczyć i można od razu przejść do prania się po pyskach. Czasami też można jakiś rzut wykonać z kumpla kiedy jest zajęty innym wycinkiem frontu walk. W ten sposób można zyskać kilka-kilkanaście minut na turze co w kontekście całej gry może dać np. godzinę.
Trzeba też pamiętać, że każda kolejna gra idzie szybciej bo za pierwszym czy drugim razem ogarnięcie 5k na stole może chwilę potrwać.
4. Kiedy już się ma tych zabawek po obu stronach barykady trochę to warto się dogadać zawczasu ile ich będzie i np. narzucić górny limit na ilość punktów struktury bo np. jedna stompa kontra warhounda, Mr 888 i dwa knighty to ma raczej pod górkę (sprawdziliśmy empirycznie). Podobnie z siłą D. Obcięta na Syrence robi przeciąg a w czystej postaci w Apo jest esencją śmierci i zniszczenia. Serio. Jeśli więc jedna strona będzie miała znaczącą przewagę w liczbie broni mających do niej dostęp ma sporą zarezem spory handikap w całej rozgrywce. Warto więc i to zagadnie zawczasu wypoziomować.
5. Generalnie gdy się umawiamy w dobrze znanym gronie to warto również zawczasu całe rozpiski opublikować dzięki czemu wiemy czego się spodziewać a jeśli ktoś popłynie to można jeszcze przed bitwą go skorygować. No chyba, że taka publikacja stoi w sprzeczności z scenariuszem i tu dochodzimy do kolejnego punktu...
6. ... czyli misji. I tu na początku nie ma co kombinować bo można tylko przekombinować. Zwłaszcza, że przez pierwsze parę bitew samo granie na takie punkty jest źródłem funu i nie ma potrzeby na siłę urozmaicać rozgrywki dopiero potem gdy się pojawia znużenie, że znowu te same figurki na te same a nad nimi te same twarze warto pokombinować z scenariuszem. Zwłaszcza, że Apo z założenia z balansem się widuje tylko w przelocie można wymyślić naprawdę spektakularne rzeczy. Grunt by obie strony równo bolały ;)
7. Ostatni punkt to assety czyli asy z rękawa których jest sporo do wyboru a które potrafią w bardzo różnym stopniu wpłynąć na rozgrywkę. Na początku graliśmy na losowane i to nie był zły pomysł - dzięki temu odpadało ślęczenie nad opisami i knucie jakiś mniej lub bardziej umiejętnych evil plotów bo oczywiście wszyscy robili to bezpośrednio przed samą grą. Niektóre jednak jak np Flank March mają większy sens jak i rozpiska jest do nich dostosowana. Ale jak jest za bardzo to robi się znowu mniej sensownie bo cała armia wychodząca na plecy może nawet największym twardzielom ugiąć kolana. Zatem ostatnio doszliśmy do wniosku, że niektóre assety wymagają paru homeruli dzieki którym będą i grywalne i zbalansowane. Ale to przychodzi po czasie bo na poczatku wszyscy i tak wezmą po vortexie i wtedy trudno mówić o braku równowagi ;)
Mam świadomość, że ta notka mogła by być obszerniejsza, czy też bardziej wyczerpująca temat jednak chciałem zaznaczyć jedynie ewentualne rafy i mielizny a nie uraczyć Was tekstem który sprawi, że nawet do tego pierwszego razu nie dojdzie. Zatem boltery (mega-vulcan) w dłoń i zapraszam do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami na temat balansu na duże punkty.
PS. Szukając ilustracji do tego wpisu trafiłem pod ten adres jeśli ktoś jeszcze nie widział - polecam zwłaszcza Warlorda.
Etykiety:
apokalipsa
niedziela, 12 września 2010
Geograf 40k
No i po urlopie. Co prawda osobiście potrzebuje jeszcze chwilę na aklimatyzację po której będę mógł coś sensownego i zrozumiałego dla szerszego ogółu napisać jednak w tzw. międzyczasie Michu nie próżnuje. Dziś przybliży Wam koncepcje która wydaje mi się bardzo wartościowa i za realizację której trzymam mocno kciuki. Zatem do rzeczy.Nadaje Michu. Jak niektórzy pewnie pamiętają, chwaliłem się się już tutaj swoim wykształceniem (tutaj link). Mimo, że z pewnością nie posiadam wszystkich cech geografa z obrazu Vermeera (patrz niżej), to jednak ciekawość, chęć podróżowania i opisywania świata są mi nad wyraz bliskie. Jak to się ma do czterdziestki? O tym poniżej.
„Geograf” autorstwa Jana Vermeera. Uwaga: w rzeczywistości geograf może odbiegać od przedstawionego rysunku.
Zauważyłem ostatnio, iż pisząc i wypowiadając się o polskiej scenie czterdziestki opieram się na bardzo niewielu źródłach. W dowolnej kolejności są to : mój poznański fyrtel, internetowe fora oraz mastery. To tak naprawdę bardzo mało. Już chociażby szybki rzut okiem na mapę środowisk w sezonie ligowym 2009/10, pokazuje jak niepełny jest to obraz. Sporo jest bowiem małych i średnich skupisk graczy, o których tak naprawdę niewiele, przynajmniej mi, wiadomo. Piwne rozmowy z Trejem podczas Herezji utwierdziły mnie jedynie w tych podejrzeniach - okazało się bowiem, że doszliśmy do podobnych wniosków. Zatem postanowiliśmy coś z tym fantem zrobić.
Koncepcja jest prosta. Zostaje czterdziestkowym geografem. Od tej pory będę starał się w miarę regularnie odwiedzać lokalne turnieje organizowane poza ośrodkami masterowymi/challengerowymi. Zrobię zdjęcia, popatrzę na armie, zobaczę jak się gra - mój poziom gry z pewnością odsunie ode mnie podejrzenia, iż staram się nabijać punkty do Ligi :) Jeśli autochtoni wyrażą chęć współpracy zadam również parę pytań w formie krótkiego wywiadu. Mam nadzieję, iż w ten ten sposób dane środowisko będzie miało szansę powiedzieć parę słów o sobie na szerszym forum, jakie stanowi blog Treja. Podejrzewam, że będzie to ciekawe doświadczenie dla obu stron. Jeśli nie, to przynajmniej sobie pojeżdżę. Zobaczymy.
Przy dobrych wiatrach pierwsza relacja jeszcze przed Areną, przy złych, wkrótce po. Jeśli ktoś chce być pierwszy na liście i się nie boi zaprosić mnie na turniej, niech pisze na adres mrzeszewski „na” gmail.com lub da znać w inny cywilizowany sposób. Na zakończenie znajdziecie ogólny spis rzeczy, które mnie najbardziej interesują i o które zapytam najprawdopodobniej w pierwszej kolejności. Zachęcam do komentowania, może jest coś o co jeszcze warto spytać, coś czego sami jesteście ciekawi? Do zobaczenia!
Kilka pytań...
1. Wielu nas, a imię nasze... Ilu was gra regularnie? Klub czy raczej nieformalne spotkania? Jak 40k ma się do innych systemów - silniejsze jest WFB, Warmachine? Czy coś się zmieniło w ostatnim czasie? Ile osób regularnie bywa na turniejach?
2. Klub. Jeśli istnieje u Was klub to jeden czy może kilka? Czy jest to klub 40k czy może po prostu bitewny lub jeszcze szerzej - fantastyki? Macie regularne spotkania?
3. Liga. Jaki wpływ na wasze granie ma Liga? Motywujący, czy wręcz przeciwnie? Wysyłacie wszystkie turniej do ligi? Jeśli nie to dlaczego? Może przymierzacie się do starań o organizację turnieju o wyższej randze? Jeździcie na ogólnopolskie imprezy? Stosujecie PKZty, URPy? Co wam się podoba/nie podoba/co byście zmienili ?
4. Macie Necronów? W powszechnej internetowej opini są armie bardzo mocne i bardzo niegrywalne. Necroni lokowani są zazwyczaj na tym drugim krańcu spektrum, stąd pytanie. A jak wygląda to w Waszym środowisku - istnieje syndrom nowych kodeksów, czy mimo wszystko jesteście wierni wcześniej wybranym armiom?
5. Turnieje. Można je podzielić w sposób najbardziej ogólny na pre-cośtam - pożyczone zasady, z reguły mało udziwnień, zasady promujące sportowe współzawodnictwo, oraz eventy - które w zasadzie nie są już turniejami a zasady są bywają dziwaczne i nie mające nic wspólnego z balansem. Te pierwsze wymagają najmniej wysiłku orgów, te drugie najwięcej. Oczywiście istnieje cała gama odcieni szarości pomiędzy skrajnościami. Jak wyglądają wasze preferencje - czy raczej staracie się organizować te pierwsze, czy może te drugie? A może forma jest ograniczona w jakiś sposób - brak czasu, środków, doświadczenia?
6. Ładne figurki. Granie to istotny element tego hobby, jednak nie jest on dla wszystkich tak samo ważny. Jaką wagę na waszych turniejach przykładacie do malowania, proksów itp. Czy hobby istnieje poza-turniejowo tzn. np. konkursy malarskie?
7. Sklepy. Czy hobby w waszym fyrtlu jest związane z działalności sklepów hobbystyczny? Jeden/kilka/brak? Co ze sklepami internetowymi?
8. Internet. W jaki sposób utrzymujecie kontakt z resztą czterdziestkowego światka? Fora, blogi? Macie własne forum?
9. In the grim darkness of the far future... Plany na przyszłość? Myślicie o jakimś kierunku rozwoju? Przy nowej edycji battla jak zwykle jest dobry czas na pozyskanie kilku nowych graczy 40k:)
10. Pozdrowienia dla Mamy. Czyli kilka słów od Was.
Etykiety:
Michu,
scena turniejowa
czwartek, 2 września 2010
Reset
Jadę gdzieś - jeszcze do końca nie wiem gdzie - poszukać tego przycisku. I wcisnąć go tak mocno że utkwi w obudowie na stałe.
A jak wrócę, nadgonię zaległości na blogu. Przynajmniej taki jest plan. Co prawda wszyscy wiemy jak to jest z tymi planami ale skoro udaje mi się w końcu na urlop wyjechać to może i uda mi się też ogarnąć blog'a i nadgonić zaległości korzystając z naładowanych akumulatorów.
Etykiety:
technikalia
środa, 25 sierpnia 2010
Zbrukany chaosem
Michu atakuje łamy z24" ponownie. Dziś nadaje o związku między wewnętrznym ja a figurkami i na ile świadome są niektóre wybory kolorów w takcie malowania. Acha i w pewnym momencie pojawia się sformułowanie "karta pojazdu". Dla tych którzy nie wiedzą czemu wyginęły dinozaury to termin ten pochodzi jeszcze z drugiej edycji. Wtedy każdy pojazd miał swój prywatny kartonik format A6 (chyba) na którym znajdował się jego pełen opis.Nadaje Michu. Od jakiegoś czasu buduje i gram armią Blood Angels. Palę i karzę heretyków na chwałę Imperatora. Jednak w tym sielankowym (dla mnie, nie dla heretyków) obrazku są pewne rysy...
Pierwszy Trej zauważył, że gdyby nie wiedział lepiej, pomyślałby że zrobiłem armię przed-herezyjnych Thousand Sons. Nie przejąłem się wtedy zbytnio. W końcu od ciągłego czytania Black Library każdemu może wzrok szwankować a nadmierna ilość wchłoniętego fluffu powoduje halucynacje i inne choroby (patrz „Pamiętnik Młodego Archona” oraz „Teatrzyk Różowy Juggernaut”). Jednak parę tygodni później na turniej w Poznaniu przyjechał dawno nie widziany kolega z Kościana (pozdro) i powitał mnie słowami „O! Widzę , że nadal grasz chaosem”. Co gorsza, w miarę postępów malarsko/modelarskich sytuacja staje się coraz gorsza. Nie wiem czy nie znalazłoby się paru, szczególnie spośród młodszych graczy, którzy byliby się w stanie założyć, że grali z chaosem... Może coś w w tym jednak jest - oceńcie sami:
Rzut oka na moją armię Blood Angels - ja tam żadnych macek nie widzę...
Przyjrzawszy się swojej armii, zacząłem powątpiewać w zaufanie, jakim dotychczas darzyłem swój pędzel. Figurki są czerwone jak przystało na BA i kapią od złoceń, gdyż zgodnie z fluffem to właśnie synowie Sanguiniusa najbardziej spośród wszystkich zakonów zdobią swój sprzęt. Ale koniec końców wyszli poplecznicy Magnusa. Tylko macek brak. Zatem może dążyłem do tego efektu zupełnie nieświadomie, może uległem podszeptom bytów warpu... tak jak wówczas, dawno temu, gdy po pomalowaniu Exorcysty do WH (nigdy nie skończyłem tej armii) wyszło coś takiego:
Nigdy nie doszedłem dlaczego to zrobiłem...
Diagnoza? Zbrukanie Chaosem. CSM to moja pierwsza armia. I jedyna przez prawie trzy edycje. Chociaż próbowałem inaczej. W trzeciej skok w bok z Kosmicznymi Elfami - ale wszyscy wiemy dla kogo są Eldarzy. W czwartej krótki romans z łowcami czarownic ale mroczne siły nie wypuściły mnie ze swoich szponów, dając subtelne znaki do powrotu - patrz wspomniany Exorcysta i w rezultacie stałem się na długi czas Lost and Damned. Pod koniec edycji cios poniżej pasa w postaci nowego podręcznika. Na szczęście po krótkim czasie wyszły demony i znowu mogłem siać zamęt i zniszczenie. I wreszcie piąta edycja i próbuje znowu - Blood Angels. Tym razem mam zamiar ich skończyć ale jak widać w głębi mojego jestestwa nadal panuje chaos... Zwracam się zatem z gorącym apelem: jeśli będziesz grał ze mną na turnieju i jesteś prawdziwym sługą imperatora - podłóż się. Każde zwycięstwo jakie odniosę oddala widmo chaosu i daje nadzieje kolejnym figurkom na uniknięcie macek. Przyjmę też piwo ;)
Coś mi się wydaje, że kolejne modele BA coraz bardziej odbiegają od wizji Codex Astartes... Swoją drogą - mój pierwszy model do 40k. Mam jeszcze kartę pojazdu do niego.
Ciekaw jestem czy również Wy, drodzy Czytelnicy, macie podobne spostrzeżenia? Czy zdarzyło wam się odnajdywać podobieństwa we wszystkich waszych armiach? A może jest wręcz przeciwnie - nowa armia to odskocznia od dotychczasowego schematu. Może wyjściem jest rozdzielenie „wyglądu” od „funkcji” w postaci armii „count as” a'la Perzan? Tym optymistycznym akcentem dziękuje za uwagę, zapraszając jednocześnie do komentowania.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Wywiad z Kapitanem.
Zielona fala vs Stars&Stripes
Bez niepotrzebnego przedłużania od razu oddaje głos kapitanowi zwycięzców czyli Vladdiemu.
Na początek jeszcze raz wielkie gratulacje.Dzięki.
Zacznijmy od początku. Kiedy tak naprawdę zaczęła się dla Ciebie operacja ETC 2010? Jak po kolei wyglądały przygotowania i ile czasu na to poświęciłeś?Filozoficznie mówiąc to ETC 2010 zaczęło się dla mnie 4 lata temu, gdy na fali pierwszej edycji imprezy zacząłem bliżej interesować się tym czym gra się na całym świcie. Od tego czasu staram się śledzić rozwój światowych trendów w budowaniu armii i stosowanych taktykach. Oczywiście na kilka miesięcy przed ETC zintensyfikowałem starania badając główne europejskie (i nie tylko) fora i blogi próbując odgadnąć co w tym roku będzie na topie, jakie buildy będą najpopularniejsze i z jakich armii składać się będą drużyny w tym roku. Co do faworytów poszedłem nieco dalej, ścigałem zdjęcia i raporty z turniejów dotyczące kandydatów do drużyn będących głównymi pretendentami do tytułu próbując wybadać jak grają, którzy lubią agresywne granie, którzy raczej spokojne, ja idzie im którą armia, jakie są ich ulubione armie, czy są napastliwy przy stole itd. Takie informacje przydają się czasem tylko w kilku procentach, ale niektóre rundy z faworytami wygrywa się czasem właśnie o przysłowiową długość przednich zębów. Mogę powiedzieć, że o Szwedach i Niemcach wiedziałem więcej niż oni sami o sobie, przynajmniej jeśli chodzi p 40k:p I tak, zajęło to dużo czasu.
Jednym z hitów tego ETC były tyrki MarcinaB – możesz przybliżyć genezę tej rozpiski?Marcin powiedział, że ma armie która zabija gwardie, bez względu na stół i bez względu czy zaczyna. Powiedziałem „biorę”. Po analizie zeszłorocznych wyników i trendów na coraz popularniejszych w Europie turniejach drużynowych (niemiecki turniej miast, francuski kwalifikacje do etc) doszedłem do wniosku, że gwardia będzie najczęściej wystawiana, z resztą dla wszystkich oczywistym jest że wybór stołu dla niej jest istotnym elementem. Kontra która by ją rozkładała, ot tak, po prostu była czymś obok czego nie można było przejść obojętnym.
Czy z aktualnej perspektywy zmieniłbyś coś w doborze armii bądź samych rozpiskach?Tylko w rozpie Emana (BA) zmieniłbym parę rzeczy. Wiedziałem że będzie dostawał chaos i demony, można było dostosować rozpę do tego, by Emanowi grało się łatwiej, ale żeby wciąż wyglądał jakby był dobrym celem dla tych armii.
Podkreślacie trudną do przecenienia rolę Pająka w końcowym sukcesie jako coach’a. To było od początku zaplanowane czy tak po prostu wyszło w praniu?Podział zadań był zaplanowany od początku, ja byłem od rozkminy, parowanń i głosowania na spotkaniach kapitanów, Pająk właściwie od całej pozostałej części kapitanowania. Ale trochę się obawialiśmy, ba! nawet oferując mu tę fuchę, czy nie potraktuje tego jakbyśmy prosili go żeby nam kawę nosił. Na szczęście Pająk od razu złapał o co chodzi i ostatecznie był najlepszym coachem jakiego mogliśmy mieć. Zaangażowany, zawsze na miejscu by bronić w trakcie rundy naszych interesów wobec innych graczów i sędziów, podekscytowany jak my wszyscy, ale spokojny mimo to. Dodawał otuchy, mówił ile trzeba zrobić, szpiegował inne teamy. Szczególnie ze Szwedami, bez niego poddałbym się w połowie gdy parę rzeczy poszło bardzo źle i o mało nie dostałem maski. Ale Pająk podchodził mowił „Vlad kurde musisz wykrecić wina”, „Dawaj, jak nie to wpi****l dostaniemy” „Ciśnij, ciśnij” itd. I cholera wycisnąłem. Absolutne odkrycie teamu, bez niego nie dalibyśmy rady.
O same mecze nie będę pytał bo pewnie jakąś relacje gdzieś wrzucisz spytam tylko czy z rozegrania jakiegoś parowania jesteś szczególnie zadowolony? I które z parowań był najtrudniejsze?Miałem wszystkich tak rozkminionych, że nawet nie brałem laptopa bez sobą, wszystko znałem na pamięć. Ze Szwedami mogłem im podyktować pierwsze kilka parowań, wynik byłby ten sam. Parowania wyszły idealnie, tylko z Niemcami mogę zastanawiać się co by było, gdybym to ja zagrał z FloridaBoyem (BA), a Raca z Braindeadem (dual-council). Ale trudno przewidzieć czy by nam to wyszło na dobre.
Przeciwnicy. Zacznijmy od tych o których było najgłośniej przed imprezą czyli Amerykanach. Jak ich odebrałeś jako graczy? Zaskoczyli Was swoją postawą?Na plus zaskoczyli na pewno, bardzo dobrzy gracze, w dodatku bardzo czysto grający. Miło się też z nimi rozmawiało. Naprawdę tip – top w każdym calu. Tylko Darkwynn pękł przegrywając z Marcinem i zachował się nie w porządku, ale to w żadnej mierze nie zmienia mojej oceny Amerykanów. Świetni gracze, świetni ludzie.
Szwedzi poza podium. Przegięli z rozpami, pech czy po prostu zasłużone miejsce?Przegięli z rozpami. Tyle jedno-kierunkowych rozpisek powoduje, że przeciwnicy mają bardzo łatwe parowania. Chociaż i tak się spodziewałem, że z USA wygrają. Sami twierdzili, że kilku z ich graczy grało armiami, których na codzień nie dotykają, co również mogło mieć wpływ na ich wynik.
Dla osób nie śledzących zagranicznej sceny wynik Hiszpanów może być niespodzianką. A dla Ciebie?To z pewnością zaskoczenie, chociaż nie takie by nazwać to sensacją. Stawiałem Hiszpanów na 5-6 miejscu, ale okazało się, że po podrasowaniu rozpisek z zeszłego roku stali się znacznie groźniejsi. Generalnie to bardzo fajni ludzie, więc byliśmy bardzo zadowoleni, że stanęli na wysokości zadania. Nawet wymieniłem się z ich kapitanem koszulką
Niemcy – znowu największy i najsilniejszy rywal?Ci dopiero mieli farta, po grzmocie jaki dostali od Szwedów trafili kolejno na 3 słabsze teamy na których wykręcili wynik. Nie mówiąc już o tym, że z nami też powinni przegrać. W dodatku grali w tym roku bardzo agresywnie (mówię o zachowaniu przy stole, choć z nami zachowywali się bardzo poprawnie, z wyjątkiem FloridaBoya), co nie pozostało bez szerokiego komentarza w europie. Za rok sędziowie będą mieli na nich oko i już Niemcy nie będą grali u siebie. Może im już tak dobrze nie pójść.
Czy jakieś rozwiązanie czy inny patent zaskoczyły Ciebie na tym ETC?Nie. Spędziłem zbyt dużo czasu przeglądając obco-języczne fora by cokolwiek mnie mogło zaskoczyć. Za to my rozdzielaliśmy baty naszym towarem eksportowym – Marcinem i jego Genokultem na lewo i prawo.
Wiele się mówi o tym, że drużynówki rządzą się własnymi prawami itd. Zwłaszcza w kwestii rozpisek. Czy rzeczywiście takie wygięte na maksa armie jak np. u Szwedów działają? Czy u nich po prostu zadziałał skill graczy?Wymaksowane rozpiski działają, umożliwiają zrobienie tego jednego-dwóch wyników przesądzających o zwycięstwie. Ale to max 2-3 rozpy, reszta musi być zbalansowana i wygrywać na skillu lub na drobnych przewagach (teren, misja, naturalny mismatch). Inaczej paruje się pod górkę i zmiast wykręcać wynik armia wymasowana może wpaść na swoją kontrę i zebrac straszne baty (patrz 2+20 nob bikersów Szwedzkich, którzy dostali w pierwszej rundzie dwa składy młotkowych termitów w parowaniu i przegrali 20-0)
Jaka Twoim zdaniem powinna wyglądać optymalna armia „rzucana na pożarcie”?Nasi WH w tym roku byli idealni. Flamery na piechotę, laski, melty i exo na pojazdy i cięższe rzeczy, kilka pił i priest dla możliwości zaoferowania czegoś również w hth. Plus LR który ułatwia niektóre parowania praz Hood który ułatwia inne. Szwedzkiei Amerykańskie SM również były w tym zakresie bardzo dobre.
Czy gdy grasz, świadomość, że parę osób bardzo na Was liczy pomaga czy raczej krępuje?Pomaga, czytanie komentarzy ludzi wyczekujących na wyniki i cieszących się z wygranych bardzo mobilizuje. Dzięki wszystkim którzy nas wspierali, bez was byłoby znacznie trudniej!:)
Mieliście w sobotę moment zwątpienia?Wiedzieliśmy, że wynik sobotni nie jest najlepszy. Ale ja osobiście byłem całkowicie spokojny. Niedzielne pary były dla nas dość korzystne, wiedziałem że Duńczyków i Amerykanów powinniśmy pokonać bez większych problemów i że wszystko rozstrzygnie się pewnie ze Szwedami. Popiliśmy trochę wódki, kilka razy powtórzyliśmy „jutro trzy razy wygrywamy i korona” i stało się.
Myślisz już o obronie tytułu w Szwajcarii?Tak, ale na razie na spokojnie. Trudno robić dalekie plany jak się nie wiem kto będzie w teamie i jaki armie dojdą nam w trakcie roku. Mam pełna dokumentację z tego roku dzięki RankingsHQ i powoli sobie analizuję wyniki. Z pewnością jeśli uda mi się ponownie kapitanować będziemy jeszcze lepiej przygotowani.
Dzięki za poświęcony czas.Sure.
środa, 18 sierpnia 2010
Event w PDF'ie
Udało mi się w końcu zebrać materiały, które przygotowałem na event opisany przez Micha notkę niżej, w jeden pdf. Nie spodziewam się jakiejś rzucającej na kolana popularności zarówno samego pliku jak i generalnie tego typu zabawy, jednak mimo to udostępniam go bo szkoda by tyle bajtów tekstu gdzieś się kurzyło na twardym dysku zwłaszcza, że mogą kogoś natchnąć do jakiegoś patentu przydatnego choćby i na zwykłym turnieju.
Jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości bądź wnioski racjonalizatorskie serdecznie zapraszam do komentarzy. A mi póki co chodzi po głowie kolejny projekt w kategorii fanowe pykanie i pewnie w miarę krystalizowania się koncepcji będę tu, na bloga, wrzucał wpierw zajawki a później relacje.
Ale do tego jeszcze długa droga i "lot of evil ploting to do".
PS Misiu założył bloga o alternatywach modelarskich w 40 millenium. Jak dla mnie pomysł bomba. Też myślałem jakiś czas temu o notce o różnych firemkach zajmujących się odlewaniem przydatnych bitsów ale zostałem uprzedzony. I bardzo dobrze bo jedna notka temat by pewnie ledwo liznęła. A do tego mam wrażenie, że sytuacja w tym aspekcie naszego hobby jest całkiem dynamiczna i będzie miał o czym pisać Misiu. Nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za wytrwałość i życzyć połamania klawiatury.
Etykiety:
ciekawsotka,
twórczość fanowska
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Abaddon nie dotarł - czyli parę słów o dobrej zabawie w pewien sobotni dzionek
Michu postanowił podzielić się swoimi wrażeniami z 40kowego eventu który odbywał się w Poznaniu w ten sam weekend co ETC. Jest ich sporo a miejscami postanowiłem się od razu odnieść do niektórych uwag – nie przedłużam zatem i zapraszam do lektury.Czołem. Powtórnie nadaje Michu. Powoli przechodzi gorączka wywołana zwycięstwem naszej reprezentacji w ETC. Trzeba przyznać, że mimo spodziewanego skądinąd wyniku (wiary nigdy nie brak w tym kraju) to jest ona całkiem uzasadniona - chłopaki postanowili zapewnić nam emocje do ostatniej chwili... Nadszedł zatem odpowiedni czas aby wspomnieć o wydarzeniu, które odbyło się w tym samym czasie ale na zupełnie przeciwnym skraju 40-kowego spektrum. Mowa tu o poznańskim evencie organizowanym przez Sztab (a przede wszystkim Treja) w sobotę 7 sierpnia.
Wspomniany osobnik ma u nas niezłą markę jeśli chodzi o organizację wszelkiej maści niestandardowych turniejów, gier i zabaw. Zasady są zawsze na przyzwoitym poziomie innowacyjności a fluff pasuje i nie razi infantylnością, co jest niestety częstym grzechem fanowskich inicjatyw (ci wspaniali marinsi w ich wspaniałych maszynach...). Niepodważalną zaletą Treja jest też to, iż łatwo wyzwolić jego kreatywność. Tym razem udało się nam to niezamierzonym podstępem: Prezes wysunął propozycje, reszta poczuła się zobowiązana do radosnej, niekonstruktywnej krytyki i jedynie wzmiankowany miał sensowny pomysł. Efektem była całkiem udana sobota, o której parę słów poniżej.
Podczas zabawy nie zdążyłem zrobić żadnych zdjęć, więc wklejam Treja jedzącego banana. Mam wątpliwości czy nie zmieni to aby kategorii bloga na xxx.
Cóż miło się czyta swoją ksywę oraz dobrą markę w jednym zdaniu – dziękuje.Acha zdjęcia Michu wybierał i to jemu zawdzięczacie takie hmmm.. obrazki.Autor zapowiedział, iż dokładnymi zasadami podzieli się z gawiedzią (zamierzam zebrać wszystkie materiały w jednym pdfie a póki co zapraszam na forum Sztabu gdzie jest wystarczające info by zobaczyć o co w tym wszystkim chodziło), zatem odpuszczę sobie szczegóły a skupię na wrażeniach i emocjach. Te są jak najbardziej pozytywne, choć nie jestem aż taki dobry by o paru niedociągnięciach nie wspomnieć. Będę się natomiast starał je uwypuklić w formie konstruktywnej krytyki. Zatem zaczynamy w wygodnej formie podpunktów:
1. Gorący start: Na początek sobotniego poranka życie postanowiło nam uświadomić, iż można tą część tygodnia spędzić interesująco bez towarzystwa spoconych gości i plastikowych pamperków - pozdrowienia dla Pani z kamienicy na Kasprzaka, która swoje chwile uniesień miłosnych transmitowała w formie fal akustycznych o sporej mocy :)
2. Ktoś musi dowodzić ale dlaczego On?: Na evencie rywalizowały ze sobą dwie frakcje - „tzw. Dobrzy” i „tzw Źli”. Wyszło na to, że rozkmina i dowodzenie tej pierwszej przypadły mnie i Areckiemu. Uważam, że o ile nie jest do końca możliwe rozdzielenie graczy z wyprzedzeniem, to bezwzględnie powinni być wyznaczeni Generałowie. Gdybym wiedział, że to mi przyjdzie rozkmina (a zakładałem inaczej), byłbym się przygotował zgoła inaczej (czytaj - bardziej niż zerowo). Nie wiem też czy nie byłoby najlepiej, gdyby dowodzący po prostu nie grał.
Na przyszłość już wiem, że na pewno trzeba będzie wybierać szefów frakcji zawczasu ale nie wiem czy jeśli nie będą grali to się będą równie dobrze bawić co inni. Ale mam pomysł jak to obejść wymaga on jednak jeszcze gruntownego przemyślenia.3. Koperty: Niby nic ale to, że przed każdą grą dostawaliśmy zaklejoną kopertę z zadaniami i misjami w ilości wystarczającej dla wszystkich co było klimatyczne i miłe.
Niestety zabrakło mi czasu by to należycie oprawić graficznie ale następnym razem się zawezmę by niczego nie odpuścić.4. SAFH i inne pomocne skróty: Rzecz, o której warto powiedzieć mniej doświadczonym graczom. Niezwykle ważne jest aby móc zakomunikować w przybliżeniu istotę swojej armii w ograniczonej ilości słów - jedno zdanie potrafi czynić cuda a taka informacja jest podstawą.
Myślę, że przy generałach wybranych zawczasu takie kwestie rozwiążą się tak zwaną - "siłą rzeczy".5. Taktyka jest dla ciot: Mój pomysł na grę ewoluował w miarę upływu czasu. W pierwszej turze starałem się przybliżyć graczom scenary i poznać co mają w rozpach. Źli wygrywają 13 do 0. W drugiej turze już wiem kto co wart ale nadal próbujemy dopasować armie jak najlepiej do scenarów. Lepiej ale nadal w plecy 11 do 6. Wygrywamy scenariusze dające bonusy a nie Naprawdę Duże Victory Pointy, co jest rezultatem dawania skomplikowanych scenariuszy bardziej obeznanym graczim. W trzeciej i ostatniej zmiana koncepcji. Są scenariusze ważne i gracze doświadczeni a reszta czynników nieistotna. Po połączeniu obu składników otrzymujemy upragnione zwycięstwo 19 do 18. Ale za mało i za poźno. Niemniej polecam to jako pomysł na rozkiminę o wysokim stosunku wyników do zaangażowania :)
6. Czego brakuje Necronom w 5 edycji? : Nasi mega assaultowi BA stosując metodę eksperymentalną i całkowite poświęcenie ustalili, że jest to Stubborn.
7. Tau: Można poszaleć mając aż trzech. Nie ujmuje niczego graczom, którzy mile mnie zaskakiwali wygrywając czasem ale moje wyobrażenie o szansach tej armii z przeciętnym „złym” wygląda następująco (w myśl zasady wielokrotnie na tym blogu przytaczanej, iż jeden obraz to tysiąc słów):
Walka dla miększego bobra. Skala zachowana.
8. Bomby z nieba, strzały znikąd: Bonusy były fajne ale moim zdaniem ich skala była nieodpowiednia. Wpływały trochę na pojedyncze gry a z perspektywy czasu wydaje się, że byłoby ciekawiej gdyby wpływały turę np. możliwość zamiany gracza po dostawieniu, dodatkowe punkty do przydzielania w danym scenarze itp.
Szczerze mówiąc na to nie wpadłem a jest to bardzo dobra koncepcja warta zastosowania przy następnej okazji.9. Scenariusze: Najsoczystsza część zabawy, zrobiona w wielkim stylu i z dużym wykopem. Jestem miłośnikiem dziwnych misji i może trochę nieobiektywny będe ale pod tym względem było wspaniale. W każdej turze było 5 różnych misji. Naprawdę różnych. Nie dość, że odbiegały od standardu to jeszcze były całkiem zbalansowane, w tym rozumieniu, iż nawet jeśli któraś ze stron miała teoretycznie mniejsze szanse to dało się przydzielić do niej armię tak aby tą różnice zniwelować. Nasunęła mi się też refleksja odnośnie 5 edycji. Jej zasady, szczególnie powszechne rezerwy i deep strike, umożliwiają świeże spojrzenie na misje z dawnych czasów w stylu obrońca/atakujący. Może nie należy ich teraz aż tak unikać na turniejach. Przykładem są moje ulubione scenariusze z ostatniej tury: Kociol I i II. Na pierwszy rzut oka w obu przypadkach któraś ze stron jest w od razu w lochu ale losowe zaczynanie określane po rozstawieniu i konieczność umieszczenie części armii w rezerwach sprawia, że nie wiadomo kto ma gorzej. Uważam, że przynajmniej część ze scenariuszy nadaje się po paru grach testowych na jakiś większy turniej i będę Treja do tego zachęcał.
A oto scenariusze o których Michu wspomina:
Kocioł I
Cele Misji: Jeden znacznik na środku stołu.
Wystawienie: Gracz Dobrych maksymalnie 12” od środka stołu. Źli przynajmniej 18” od środka stołu.
Kto zaczyna: Losowo (UWAGA rzut wykonujemy PO wystawieniu).
Rezerwy: Źli MUSZĄ cofnąć HQ oraz HS do rezerw. Inne jednostki również mogą. Rezerwy mogą wchodzić z dwolnej krawędzi. Dobzi mogą cofnąć jedynie jednostki z FA oraz te posiadające Deep Strike.
Koniec gry: 6 tur.
Warunki zwycięstwa: Wygrywa ten kto ma więcej oddziałów punktujących w całości w 12” od znacznika.
Zasady specjalne: Moc znacznika. Obie strony mogą traktować znacznik jako teleport Homer/ikonę z zasięgiem 9”.
Wynik dla frakcji: 4 NDVP
Kocioł II
Cele Misji: Jeden znacznik na środku stołu.
Wystawienie: Gracz Złych maksymalnie 12” od środka stołu. Dobzi przynajmniej 18” od środka stołu.
Kto zaczyna: Losowo (UWAGA rzut wykonujemy PO wystawieniu).
Rezerwy: Dobzi MUSZĄ cofnąć HQ oraz HS do rezerw. Inne jednostki również mogą. Rezerwy mogą wchodzić z dwolnej krawędzi. Źli mogą cofnąć jedynie jednostki z FA oraz te posiadające Deep Strike.
Koniec gry: 6 tur.
Warunki zwycięstwa: Wygrywa ten kto ma więcej oddziałów punktujących w całości w 12” od znacznika.
Zasady specjalne: Moc znacznika. Obie strony mogą traktować znacznik jako teleport Homer/ikonę z zasięgiem 9”.
Wynik dla frakcji: 4 NDVP
10. Czy generał powinien się tak pocić? : Nabiegałem się i napociłem podczas tego eventu. Można to złożyć na brak kondycji ale brakowało chwili przerwy między turami, w której byłyby na przykład pokazane wyniki frakcji, aktualne punkty itp. podobne pierdoły. Dodało by to trochę klimatu i zwiększyło świadomość odmienności od standardowego turnieju. Przez to bieganie i nieustająca walkę z czasem miałem wrażenie pewnego niedosytu. Ale nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że było za mało możliwości. Wręcz przeciwnie. Mam po prostu wrażenie, że wykorzystaliśmy tak 70% potencjału jaki drzemał w pracy jaką Trej poświecił temu eventowi. Stawiam to jako kolejny argument za niegrającymi generałami.
11. Pozdrowienia dla Gorzowa: Fajnie, że było dużo nowych twarzy. Przy okazji trochę mi głupio, że wrobiłem przyjezdnego w noszenie stołu po grze ale nie było aż tak daleko co? :)
28 graczy - jak na warunki poznańskie w ostatnim czasie to rewelacyjny wynik i to na imprezie z założenia mniej nastawionej na współzawonictwo niż klasyczny turniej. Mam swoje teorie na ten temat.12. Abbadon nie dotarł: Rzecz oczywista, w końcu krucjata się udała...
I to tyle zebranych myśli na dzisiaj. Dobrze się bawiliśmy chyba wszyscy i mam wrażenie, że ogólna ilość zadowolenia z uczestnictwa była większa niż przy standardowym turnieju. Nie chce Treja martwić ale będziemy chcieli więcej :)
Ja od siebie polecam spróbować raz na jakiś czas pobawić się formułą i zamiast kolejnego turnieju pre-coś tam zagrać coś zupełnie odmiennego. Coś nastawionego mniej na bezpośrednią rywalizację a bardziej odwołujące się do świata. A jeśli zepchnięcie balansu na trzeci plan będzie zgóry zapowiedziane to jego braku nie przeszkadza nawet.
Etykiety:
Michu,
scena turniejowa,
zasady
czwartek, 12 sierpnia 2010
Powrót do przeszłości...
...czyli do weekend'u przed zwycięstwem naszej reprezentacji na ETC kiedy to odbyła się Syrenka Zagłady. Doskonale zdaję sobie sprawę czym, żyje aktualnie środowisko 40kowców ale muszę ulżyć swoim kronikarskim zapędom.
A więc, do Warszawy a raczej Piaseczna z Gdynii pojechałem przez Poznań. Z przyzwyczajania ale też trochę wbrew pozoru wygody. Jednak co podróż z ziomami to podróż z ziomami (i tu wielkie podziękowania za towarzystwo dla współ-Sztabowców). Jedynym minusem takich wycieczek jest to, że człowiek na miejsce dojeżdża no... niekoniecznie pierwszej świeżości i w optymalnej formie. No ale przynajmniej humor mu dopisuje (jeszcze przez moment ;) ). Chwila na oporządzenie i zaopatrzenie i zaczęły się bitwy. Nie będę nawet się silił na jakieś battle reporty bo raz - już dokładnie nie pamiętam ich przebiegu, dwa - ostatnio dzięki naszym reprezentantom na froum choćby gildii takich nie brakuje. Przejde zatem od razu do wolnych wniosków i podsumowania.
Bardzo się cieszę, że jest tak impreza jak Syrenka Zagłady w kalendarzu ligowym. Byłem drugi raz i drugi raz się doskonale bawiłem. Zaingerowałbym trochę w listę rzeczy dopuszczonych tzn. odchudził ją odrobinę ale sama formuła bardzo mi odpowieda. Trzeba jednak mieć świadomość wybierając się na ten turniej, że balans to jest ostatnia rzecz którą się tam spotka. O wiele łatwiej natknąć się na jakiegoś potworka pokroju dwa lashe i 4 placki z siłą D oraz Vortex z scenariusza na dokładkę czy inny tytan z czteroma wilczymi lordami do kontry. Z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie by samemu coś takiego wystawić lub po prostu przygotować się na coś takiego. Tytan strzela jak głupi ale z drugiej strony przy "odrobinie" niefarta schodzi od jednej laski/melty. A stadko melt to wręcz cuda działa. Jeszcze trzeba mieć okazję z nich strzelić no ale po to sie gra - żeby jakieś wyzwanie było. Po prostu jadąc na Syrenkę trzeba trochę odmiennie podejść do czegoś co amerylanie nazwali metagame a co i u nas się przyjęło , przynajmniej jeśli chodzi o termin. Na syrence mamy bowiem zupełnie inny pakiet warunków startowych i niezależnie od tego czy mamy ciężkie zabawkli czy nie musimy się przygotować na tego rodzaju sprzęt u innych i najlepiej trzymać jakiegoś asa w rękawie.
A swoją drogą, posiadanie samemu czegoś ciężkiego też nie zaszkodzi. Najlepiej od razu z maksymalną ilością siły D, jest bowiem ona, nawet po obcięciu nadal morderczo skuteczna. A gdy jeszcze ma placek to już wogóle - rzeź niewiniątek i śmierć niewiernych. A jeśli nie odpowiada nam patforma strzelnicza ktora praktycznie się nie rusza to możemy wziąć jakiegoś Naprawdę Wielkiego Demona tyle, że on może nie zdążyć się zwrócić zwłaszcza jeśli wejdzie w 3 czy 4 turze i nie strzela. Ale i tak swoje powinien zabić.
Jeden z głónych problemów z ciężkimi zabawkami jest to, że o ile gra się w Apo do piwa by przeżyć epickie starcie to ich balns ma 3cio-rzędne znaczenie. Jednak przy okazji Syrenki wychodzi, że za podobne punkty można mieć przedstawicieli dwóch zupełni różnych kategorii wagowych i pomimo podobnego kosztu niektóre rzeczy są o niebo lepsze od innych. Nie ma zatem zbyt wiele balansu (przynajmniej zbyt wiele) ale jest dużo zabawy choćby z spotkania zabawek które trudno spotkać przy innej okazji (przynajmniej na tak małym stole). A takie rzeczy jak np. pojedynek strzelecki dwóch Knightów z Stompą się po prostu pamięta na długo.
Od strony organizacyjnej turniejowi nie można nic zarzucić - baza sanitarna ok. Grill. Każdy stół stał osobno dzięki czemu można było sobie chodzić wokół w poszukiwaniu covera/jego braku. A niska frekwencja dzięki której tak się stało tylko się przełożyła na plus było bowiem kameralnie i wesoło ale i kulturalnie. Sławetne więc z pierwszej edycji syrenki zagłady zostały uczczone scenariuszem ale obyło się bez prób naśladownictwa.
Jak za rok będę miał okazję jadę na pewno. I na pewno biorę tyle ciężkiego sprzętu ile dam radę wepchnąć do rozpiski inaczej bowiem traci się prawie cały urok tego turnieju. A jeśli nawet zdarzy się przegrać za sprawą np. zbiegu scenariusza z armią po drugiej stronie rozpaczać nie zamierzam bowiem taki po prostu jest trademark tej imprezy.
Etykiety:
scena turniejowa
wtorek, 10 sierpnia 2010
Wyniki Mistrzów
Pozbierałem do jednej tabelki wyniki spod tego linku i oto co wyszło:
A, że jeden obrazek to 1000 słów nie przynudzam dalej :)
A, że jeden obrazek to 1000 słów nie przynudzam dalej :)
Etykiety:
euro
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Mistrzostwo
Ten tytuł jest nasz!!
Ten tytuł jest nasz!!
Ten tytuł do Polski należy!!
Wielkie Gratulacje dla naszej reprezentacji na ETC - jesteście WIELCY!!!
Przez weekend czułem się jakbym przeżył 6 ostatnich kolejek sezon Premiership w jednej pigułce. A po dwóch remisach w sobotę emocje były naprawdę wzrosły niebotycznie. Ale w niedzielę w pociągu gdzieś za Bydgoszczą w przypływie netu gdy się dorwałem do gildii i zobaczyłem to co chciałem od początku zobaczyć pomyślałem:
"Jest pięknie."
I za to wielkie dzięki dla Was chłopaki. I jeszcze raz GRATULACJE.
PS. Wywiad z Vladdim będzie. Niech nasz Kapitan się tylko ogarnie i będę go męczył ;).
Etykiety:
euro
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















