wtorek, 15 czerwca 2010

Start w nowy sezon czyli Battle Cannon 2010

Zdjęcie autorstwa Spyro

No i sezon ligi Warhammera 40k 2010/2011 możemy uznać za oficjalnie otwarty za sprawą pierwszego dwudniowego turnieju czyli Battle Cannon'a w Olsztynie. I jeśli potraktujemy go jako prognostyk dla całości zabawy przez najbliższy (niecały) rok to będzie rewelacyjnie. Bowiem

Organizacyjnie

turniej naprawdę ocierał się o perfekcję. Pewnie były minusy ale nie oszukujmy się nie były one szczególnie bolesne. Oczywiście jak ktoś o brejku dowiadywał się w niedzielę rano, po dwóch bitwach w sobotę gdzie takowego zasadził mógł się czuć poirytowany. Mi osobiście brakowała coveru dla piechoty bowiem nie brakowało LOS blockerów ale piechota często miała problem z znalezieniem sobie miejsca na stole. Z kolei inni mogli mieć poczucie sędziowsko osieroconych bowiem jeden Ederus to mało na 40 graczy. I w sumie to koniec niedociągnięć.
Natomiast po stronie plusów mamy genialną miejscówkę fajna sala, 40 metrów dalej piwiarnia i grill z przyzwoitymi cenami i kolejne 20 metrów dalej akademik wraz z łazienkami, lodówkami i czystą pościelą. Wejściówka 30 złotych - nie mam pytań. Coś takiego trudno przebić.
Stoły pomimo wspomnianych niedostatków z perspektywy zwykłego szeregowca były więcej niż poprawne w ujęciu ogólnym i choć ich estetyka nie rzucała na kolana to swój cel spełniały można było bowiem pograć i pokombinować podczas ruch nad pozycjami do strzału lub braku takiego u przeciwnika.
Regulamin jak już ktoś dotarł do info brejku był całkiem fajny i różnorodny a jednocześnie klasyczny czyli reacon, trójkąty i inne takie ale bez jakiś rozbalansowanych frywolności. Dzięki czemu każda bitwa była inna ale w żadnej człowiek nie miał poczucia rzeźbienia w wiadomo czym bo np landek dostał imobila z jakiegoś meteoru bądź inne takie atrakcje. Nie jestem przeciwnikiem takich upiększeń ale doceniam regulamin w którym jest 5 różnych misji i sama klasyka.
Ostatnią rzeczą o której chciałem wspomnieć w sekcji organizacyjnej to test wiedzy - bardzo mi się podobał nie był oczywisty ale trudny również nie i fajnie się zaznaczało odpowiedzi bo się wiedziało a nie na drodze losowania. Szkoda tylko, że nie którzy już się nie mogą doczekać DMP i skoro nie mogli w bitwach współdziałać zrobili to przy okazji właśnie testu.

Bitwy

zanim o nich pokrótce opowiem to wpierw moja rozpiska:

Great Unclean One (muchy) 165
Greater 100
Aspiring Champion#1 (combimelta) 40
Aspiring Champion#2 (combimelta) 40
Aspiring Champion#3 30
Traitors [10] (laska ikona flamer agitator) 100
Traitors [10] (laska ikona flamer) 90
Traitors [5] (ikona agitator power weapon flamer) 55
Bloodletery [10] 160
Demonetki [10] 140
Crushery [3] (trąbka furia) 135
Traitors [5] (melta ikona) + Rhino 45 + 35
Traitors [10] (miska, melta ikona) + Chimera (hflamer autocannon) 90 + 60
Armoured sentinels[2] laski 140
Griffon 75
Defiler (dodatkowa ręka za palnik) 150
Defiler (dodatkowa ręka za palnik) 150

Pierwsza bitwa to challenge z Złym i jego wilkami. [Pitched battle, recon]
Dwóch lordów na wilach w obstawie 10 wilków a reszta standard.
Tu się zaczęło nieźle bo od przejęcia inicjatywy. Udało się w pierwszej turze zrobić jakiegoś imobila na rhinosie zabić kilku fangów i tyle. Potem zaczął się dramat bowiem na jednej flance ruszyłem 3 oddziały i wszystkie źle. Miałem bowiem jakiś mega ambitny plan zaszarżowania crusherami na Grey Hunterów ale  jak się okazało byli oni powyżej 6" więc to nie miało prawa wypalić a planu B nie zaszczyciłem myślą. Efekt obie ikony na flance zginęły, crushery również i to by było na tyle po mojej prawej. A z lewej kostki zrobiły jakąś czarną dziurę. 10 sejwów na letterach 10 oblanych, 8 sejwów na demonetkach 8 ginie. Dwie pozostałe szarżują na runka na ostatniej ranie nic mu nie robią i giną. Ten sam runek potem puszcza paszcze za 300 punktów zabija bowiem GUO (na 4+) i ostatniego Championa dla grejtera który zgubił się w warpie (na 5+). Czad.
Wynik to zero do wielkiego łomotu.

Druga bitwa to orki Groobego. [Dawn of War, o środek]
Dwa standardowe Wagony z wkładką, motonoby, szef na bicyklu, szef w mega zbroi, burnasi, lootasi, loby i chyba jeszcze jedna cięzarówka chłopaków.
Tu plan A był podobny Crushery szarżują na motonoby które za blisko się wypuściły wchodząc w pierwszej turze. Ale stwierdziłem, że 3 crushery to ciut mało na 7 ork finest więc dorzuciłem demonetki. Przegrałem ale ustałem w tym kombacie. Do zabawy dołączył się zatem Wielki nieczysty i Defiler i efekt końcowy to zabity motoboss, motonoby crushery, demonetki. Potem się uporałem z burnasami którzy spalil (hehe) szarże i pogniły ich kontrujące armoured sentinele i kolejnym oddziałem orków. Lettery wytłumaczyły megobossowi że wcale nie jest taki mega i wtedy zaczął się dramat pt. rolka. Wagony mi przejechały wszystko zanim udało mi się je zatrzymać. A w międzyczasie ginęły troopsy i się zrobiło mocno nieciekawie. Koniec konców na stole zostały same niedobitki ale moich mniej więc znowu przegrałem ale tym razem tylko 12-8.

Trzecia bitwa to BA kolegi z Olsztyna. (ćwiartki)
Dwa predy, pralka, 2 małe AS w pojazdach, jeden duży AS na packach jacyś priści libra, strzelający scouci, i średnio wypasiona kompania, para AB z MM.

Strzelaliśmy bez większych efektów choć z przewagą na moją stronę a potem zaczęły się szarże i kontrszarże z których to manewrów wyszedłem zwycięsko. Jednak część czerwonych pancerzyków widząc co się święci uciekła druga część w ogóle nie przyszła i w efekcie końcowym udało się zająć wyłącznie własną ćwiartkę. Jedna boczna ćwiartka była blisko ale nie udało mi się otworzyć blokującego ją preda pomimo 3 penek. Wynik to 16:4 do przodu.

Czwarta bitwa Kris i jego Eldarzy. [trójkąty, 4 znaczniki]
Falcon, 2 prismy, autarch, farseer, 10 herlawych, dragoni, rangerzy, guardianie, 2 razy jetgurdianie i dwa serpy, warp spajderzy.

Kris wygrał zaczynanie wystawił się mocno ofensywnie po czym przejąłem inicjatywę i tak naprawdę już do końca bitwy z czołgów już nie strzelił do mnie. Jedynie 2 giej turze prism otworzył rhinosa. Przez większość bitwy ja biegłem demonami do jego troopsów w czym wybitnie pomagał griffon kolejno pinując guardianów i rangerów a Kris dla odmiany z racji kolejnych urwanych broni i szejków tank szokował moje troopsy. Efekt - w ostatniej turze uciekł ostatni z znacznika natomiast jetbajki które przeżyły demoniczny rajd i tak nie mogły zająć żadnego znacznika wszystkie bowiem było kontestowane. Przy remisie 0:0 w znacznikach za sprawą większych strat które zadałem wygrałem 14:6.

Piąta bitwa Jasiu aka Jezo i jego BA. [Pitched battle, Anihilacja]
Baal, dwa predy, kompania na średnim wypasie, dwa duże AS na packach, dwa małe w palnikowych razorach, dwaj prieści, libra, para AB z MM.

Jasiu zaczynał więc wydarł do mnie rhinosami na All Ahead Full resztą podjechał postrzelał ale bez większego efektu. Ja oddałem ale również wiele nie osiągnąłem. W drugiej turze przejechał Baalem jednego sentinela ale tym samym zerwał gąsienicę. Mi w strzelaniu udało się wysadzić kompanie której niestety GUO nie sięgnął szarżą. Udało mu się to turę i dwa składy traitorów później. W międzyczasie crushery zabiły AB po czym zostały wbite w ziemię przez kontrę. I tak w radosnej atmosferze szarż i kontr sobie turlaliśmy kostkami. Jasiu w międzyczasie mnie przypalał z flamerów na razorach co sprawiło, że w pewnym momencie wystraszyłem się braku zasięgu do szarży letterami i poszedłem nimi w drugą stronę by uniknąć palnika. Jak się okazało niesłusznie bowiem było ciut poniżej 12". To co mnie zaskoczyło w tej bitwie to, że mimo mojej niemocy w otwieraniu pojazdów miałem cały czas jakieś cele do szarży i gdy lettery wbiły w ziemię kolejny bladziowy skład ci zaczęli się kitrać pozostałościami. Jasiowi na koniec zostało bardziej okrojone niedobitki niż mi i jak do tego doszedł brejk i KP zrobiło się 16 :4 dla mnie

Podsumowując po raz kolejny grało mi się lostami genialnie. Armia miała do zaoferowania wszystkim napotkanym przeciwnikom jakieś atrakcje. Nawet w pierwszej bitwie nie czułem się jak z nożami na strzelaninie tylko zrobiłem błędy do tego doszło trochę niefartu i się skończyło rumakowanie. A w kolejnych już było tylko lepiej.
A Battle Cannonowi wystarczy, że będzie tak samo za rok a jeśli tylko się uda przyjeżdżam na pewno bo tak dobrą imprezę przegapić po prostu żal.


Więcej zdjęć (całkiem fajnych) autorstwa Spyro tutaj.


Specjalne podziękowania dla towarzyszy podróży oraz zabaw w sobotni wieczór z specjalną dedykacją dla Emeryta - jeszcze raz wszystkiego najlepszego i sto lat.

środa, 9 czerwca 2010

Subiektywnie o turniejach z noclegiem.


Nasza Ogólnopolska Liga 40ki wymusza na organizatorach wcześniejsze zgłaszanie dużych turniejów by gracze przed rozpoczęciem sezonu wiedzieli czego się spodziewać. Postanowiłem zatem przyjrzeć się nadchdzącym imprezom i dokonać ich mocno subiektywnego przeglądu:

BattleCannon - Czerwiec - Olsztyn
Turniej miał być masterem ale z powodów formalnych będzie chelkiem. Jak się tylko o tym dowiedziałem to dostałem -100 do malowania. Okazuje się, że jednak bez spinki i terminu to nie to samo ;). Poza graniem na 1800 punktów przewidziane są piłkarzyki i nocleg w akedamikach, czyli zacnie. Szczerze mówiąc podoba mi się w tym turnieju jego klasyczne podejście do zagadnienia. Czyli fajne punkty, klasyczne scenary, atrakcje na sobotni wieczór i dobry nocleg. W końcu co więcej potrzeba do pełni szczęścia?

Grill'n'Chill - Lipiec - Łódź
Luz, blues, ultramaryna. Sielsko i anielsko. Małe punkty - 1250 i bez pośpiechu, na pełnym lajcie ale przy kiełbasie. Tylko Lostów brak, co biorąc pod uwagę koncept na formułe turnieju jest dla mnie mocno zaskakujące. Turniej robi wrażenie mocno popularnego, na który wszyscy chcą jechać więc orgowie wymagają (i słusznie) przedpłaty by uniknąć blokowania miejsc "na wszelki wypadek - bo może znajdę chwilę na turniej". Nie przełożyło to się negatywnie na frekwencje i mam wrażenie, że nie wszyscy chętni pojadą na niego. Ja niestety muszę sobie go odpuścić bowiem z czegoś trzeba zrezygnować a pomimo wybitnej koncepcji nadla akurat z GNC mi najłatwiej.

Syrenka - Lipiec - Warszawa
Czyli prawie jak apo. Duże zabawki, duże punkty i siła D. To ostatnie prawie (na szczęście) ale i tak wydarzenie unikalne na naszej scenie turniejowej. Byłem raz i bardzo sobie chwaliłem. Na następną odsłonę rok temu nie udało mi się dotrzeć czego bardzo żałuję ale mam cichą nadzieję że tym razem wiatry Warpu nie staną mi na przeszkodzie w drodze do stolicy. Żeby w pełni się rozkoszować tym turniejem warto jednak mieć jakąś fajną zabawkę z najcięższej kategorii wagowej więc jeśli ktoś nie ma może warto zacząć kombinować bo impreza jest już tak naprawdę zaraz za pasem.

3City Heresy - Sierpień - Trójmiasto. Kiedy ostatni raz grałem na turnieju klasy master w 3city byłem drugi co jest póki co moim najlepszym osiągnięciem w karierze. Nie wyobbrażam sobie choćby zbliżenia się aktualnie do tego wyniku ale na pewno można na tej imprezie się doskonale bawić. Nie da się bowiem ukryć, że "kozacy z północy" doświadczenie mają i nie jeden już zacny turniej zoorganizowali. A dodatkowo wyjazd nad morze w sierpniu ma swoje zupełnie poza bitewniakowe plusy.

Arena - Wrzesień - Kraków. Czyli najlepszy master dopiero co zakończonego sezonu. Nie będę ukrywał, że mnie trochę kusi by się przełamać i po latach przerwy znowu pojechać do Krakowa by zobaczyć Arene z bliska. Zwłaszcza, że ziomki z Poznania którzy na ostatnią odsłonę dotarli chwalili bardzo i to pod każdym względem. Zgaduje zatem, że teraz zjadą się tzw. "wszyscy" i po prosty wypada się pojawić :). Natomiast zamierzchłym wycieczkom do Krakowa zawdzięczam najbardziej hardkorowe wspomnienia z PKP jak np łóżko piętrowe z stolika w Warsie czy mecz Blood Bowl'a na placu między Galerią Krakowską a dworcem głównym. Tak jak teraz o tym myślę to miastu smoka wogóle dużo wspomnień zawdzięczam ale one bardziej się nadają na jakiś afterkowy wieczór niż bloga.

Halo Stars - Październik - Szczecin. Turniej kontrowersyjny, mocno krytykowany ale który mi osobiście bardzo się podobał. Dzięki takiemu a nie innemu regulaminowi (głównie zapisowi, że jeden oddział może zajmować więcej niż jeden znacznik) miałem okazję zagrać nekronami, bo przez cały sezon tylko w Szczecinie byli grywalni, co już samo w sobie było odświeżające. Poza tym widać było spory nakład włożonej pracy który miejscami wręcz ocierał się o rozpieszczanie graczy. Niezależnie od regulaminu i innych takich detali, jeśli tylko będę miał możliwość - wbijam.

MiniWars - Styczeń - Wrocław. Czyli czelek czelkiem ale zacny afterek musi być. Miejscami zacny aż do bólu i to też osób postronnych co już takie urocze nie było. Natomiast turniej miał bardzo przyzwoitą miejscówkę, dość typowy regulaminu i punkty celujące w standardzik. Dla niektórych takie podejście może być zaletą, dla innych wadą, mi na pewno nie przeszkadza jednak sprawy takie jak tereny czy wspomniana gorączka sobotniej nocy mogą sprawić, że dwa razy się zastanowię przed przyjazdem.

Dice Crusher - Luty/Marzec - Toruń. Dla mnie absolutne must-be. Po prostu konwencja mecz rewanż z zmianą armii oferuje tyle wrażeń że trudno o lepszy pomysł na weekend - przynajmniej taki z figurkami w roli głównej. A jeszcze do tego dobra organizacja i choćby taka niespodziewajka jak nieśmiertelnik i jestem już teraz gotów zaklepywać termin. Kto jeszcze nie miał okazji odwiedzić bitewniakowo miasta Najświętszego Masztu - szczerze polecam. Turniej jest wybitnie rozwijający i dzięki niemu można nabrać dystansu i świeżego spojrzenia na swoją (i nie tylko) armię. Dobra już przestaje słodzić bo ktoś będzie podejrzewał mnie o jakieś konszachty.

Wojna Światów - Marzec - Poznań. Wiele bitew - jedna wojna. Liczę na to, że brak młotka w tym roku podziała na Sztab jak płachta na byka i WŚ wróci na szczyt. Albo zginie próbując. W każdym bądź razie nie będzie, żadnych żenujących opowieści z cyklu "In good, old days...". Zdarzyło mi się kilkukrotnie uczestniczyć w procesie szykowania tego turnieju i z doświadczenia wiem, że na tym etapie próby odgadnięcia kształtu imprezy mają jeszcze mniejsze szanse na powodzenie, niż ogarnięcie planów Tzeentcha. Ograniczę się do stwierdzenia, że turniej będzie i na pewno warto przyjechać choćby z względu na doświadczenie osób go robiących. Ale co im do głowy przyjdzie...

wtorek, 1 czerwca 2010

Dykteryjka



Już od dłuższego czasu, a przynajmniej dłuższego niż bym sobie życzył, mam okazję baaardzo regularnie korzystać z usług PKP na jednej - stałej trasie. Zacząłem się więc interesować sposobami na ograniczenie kosztów tej zabawy i natrafiłem na coś takiego - czyli 5 przejazdów wybranej relacji w cenie 4. Całe 25% gratis - znaczy się warto zadziałać. Bo jak mawiał klasyk mieć 25%, a nie mieć 25% to razem 50%. Poszedłem więc przy pierwszej sposobności gdzie trzeba by nabyć ten bilet ale z zamiarem zadania wcześniej paru pytań. Pierwszym z nich było:
- Czy trasa miejscowość X a miejscowość Y to, w państwa rozumieniu to samo co trasa miejscowość Y a miejscowość X?
Okazało się, że tak.
Całkiem niedawno moja rozmowa z el Piszczem zeszła właśnie na tory, całkiem kolejowe i w swym błyskotliwym pędzie zahaczyła o tą promocję. I jego pierwsze pytanie było dokładnie takie same jak moje czyli:
- Czy trasa miejscowość A a miejscowość B to, bla bla bla
W pierwszym odruchu ta koincydencja nie wywołała w mnie żadnej refleksji, jednak po upływie kilku dni niespodziewanie, bo przy goleniu, takowa się pojawiła. Czy to jest tak, że PKP czy też szerzej generalnie firmy przyzwyczaiły nas do różnych kruczków i z założenia im już nie ufamy? A może to granie w bitewniaki wykształciło w nas odruch szukania dziury w całym i takiego podświadomego naginania przepisów i/lub zabezpieczania się przed nim?

poniedziałek, 31 maja 2010

Nocna Spinka



No i wylądował. Błyszczący świeżą farbą, nowy czołg długo-uchych czyli Night Spinner. Choć tak naprawdę nowy to one jest jako oficjalna odsłona wcześniej bowiem występował w publikacjach Forgeworld'u i miał również swój model - pod postacią wierzyczki do falcona. Jednak super popularnością się nie cieszył - mi się osobiście raz udało go spotkać i chyba jestem w dość nielicznym gronie szczęśliwców. A patrząc na nowe zasady mam wrażenie, że frekwencja jego występowania na turniejach drastycznie się nie zmieni. Aktualnie bowiem wyglądają one tak:

Twin-linked Doomweaver: 12-72" S:6 AP: - Heavy 1, Large Blast, Barrage, Rending
Place a marker next to any unit hit. Any such units count as being in difficult and dangerous terrain the next time they move for any reason. After they have competed their next movement, remove the marker.
Twin-linked Shuriken Catapult
BS:3
12/12/10 Fast, Skimmer, Tank
Standard Eldar vehicle upgrades apply.
NOT a transport.
Costs the same as a Fire Prism
Heavy Support choice
Night Spinner rules are stamped as "Official"
Za BoLS'em.

Nie oszukujmy się gdyby miał możliwości transportowe Falcona miałby szanse stać się nawet dosyć popularnym wyborem w sekcji ciężkiego wsparcia. Oczywiście ta armata zwłaszcza linkowana ma swój potencjał jednak ostatnim czasy GW nas przyzwyczaiło, że takie punkty się płaci za coś zabija, a nie za coś na poziomie młodego talentu z naszej ekstraklasy. A innych zastosowań nie ma oprócz takich co bardziej trywialnych jak zasłanianie lub tank shokowanie. Ten pojazd z Holo Fieldem jest droższy od szwadronu dwóch Gryfonów które na pewno są mniej wyporne ale strzelają z podobną charakterystyką tyle, że z AP (bez rendingu) i to jak łatwo się domyślić dwa razy. A i tak gryfonów, nooo.... mało kto używa.
Cieszy jednak fakt, że Games zdecydował się dać nowe oficjalne zasady w Dwarfie i choć nie oszukuję się, że stanie się to regułą to jednak mam nadzieję, że sporadycznie będzie się zdarzać. Zwłaszcza w takim zakresie jak tym razem bowiem ten czołg jest fragmentem większej całości czyli Spearhead'u. Czyli zestawu zasad mających wprowadzić na pole bitwy klimat walk pancernych. Temat jednak rozwinę kiedy uda mi się z nimi zapoznać w całości bo na razie widziałem jedynie zasady nowych formacji udostępnionych na stronie GW i szczerze mówiąc podobają mi się o wiele bardziej niż sama Nocna Spinka. Czekam zatem niecierpliwie na nowego White Dwarfa - po raz pierwszy od lat.

PS Na oficjalnej stronie Ultramarines: the movie można obejrzeć treaser (wymagana rejestracja). Wpisuje się w najlepsze kanony tego rodzaju twórczości i praktycznie nic na nim nie pokazano. Można zatem odnotować, że powstał, zapomnieć i poczekać na jakiś trailer z nadzieją że jego powstanie nie będzie sponsorowane wyłącznie przez longo i akcent ;)

środa, 26 maja 2010

Nowi Blood Angels'i oczami Emana i Jezo

Wzorem tyrków zamiast próbować samemu coś tworzyć na temat nowych Blood Angeli poprosiłem dwóch naprawdę doświadczonych graczy bladych, czyli Emana i Jasiu aka Jezo, o podzielenie się swoim odczuciami na temat tej armii. Obaj stwierdzili, że z przyjemnością więc zapraszam do lektury "już" drugiego na z24" wywiadu. Jednak podejrzewam, że akurat o tej armii będzie tu jeszcze nie raz, bo w moim ale z tego co widzę to nie tylko odczuciu jest to wyjątkowo udany kodeks i działający na wyobraźnie graczy. Poza tym przedherezyjni Thousand Sonsi również byli czerwoni.... ;)



Już trochę minęło od premiery nowego kodeksu bladzi był czas na testy różnych nowych opcji i rozpisek - jak z aktualnej perspektywy oceniasz nowy codex?
Eman: Mega-odjazd bez dwóch zdań. Kodeks ma swój klimat, w zasadach doskonale oddana jest różnica pomiędzy "waniliowymi" SM a Czerwono-Czarnymi (to już nie tacy gorsi SM z dodatkiem Death Company), jest multum opcji do wyboru i w sumie nienajgorzej napisany fluff. Generalnie oceniam go na 5.
Jezo aka Jasiu: Chcąc, niechcąc porównam z poprzednim, który z niektórymi armiami miał bardzo pod górke obojętnie co by się złożyło. Ten pozwala nawiązywać równą walkę z każdą armią. Dużo opcji – właściwie każda jednostka ma coś do zaoferowania, pokazały to rozpiski na DMP gdzie każda różniła się od poprzedniej. No i jest szybki :)


Które z jednostek są Twoim zdaniem najmocniejszym punktem tego deksu a które wręcz przeciwnie – totalnie
bezużyteczne? No i oczywiście dlaczego.
E: Ciężko wybrać jednostki, które są stricte najmocniejsze. Na pewno głównym punktem tej armii jest Sanguinary Priest - dzięki jego supportowi normalni SM przekształcają się w prawdziwych morderców - Feel No Pain i Furious Charge w 6 calach to prawdziwa moc. 
Fast Predatory to odjechany fire support, scoutujące Fast Baale dają ogromne możliwości taktyczne, Kompania z Kapelanem robi taki przeciąg w close combacie, że aż sam się ich boje. Ale tak naprawdę, to na drugim miejscu, jeśli chodzi o użyteczność, powinienem wymienić Assault Squad. Tani, z ogromną ilością opcji, dostępem do Fast transporterów, ze wsparciem Priestów - Troops doskonały.
Jeśli chodzi o jednostki bezużyteczne - to nie jest ich wiele. Na pierwszym miejscu - oczywiście Stormraven. Zbyt duży koszt, patrząc na zasady - pewnie będzie wielkości Valkirii - tak więc, bankowo będzie ogromnym fire-magnetem, który spadnie, zanim zdąży zrobić coś sensownego. Gdyby kosztował tak ze 150 punktów, albo mial Scouta, to można by się jeszcze zastanowić.
Nie widzę też zastosowań dla Tacticala (właściwie to - poza możliwością posiadania ciężkiej broni - pod każdym względem lepszy jest Assault Squad), Devki też raczej nie zagoszczą w rozpiskach (niemobilne, no i są lepsze wybory w sekcji Heavy). 
J: Najmocniejszym punktem deksu jest sanguinary prist – gość, który rozdaje fourious charga i feel no paina. Tyle, że on sam dużo nie umie – boostuje armie. Pozatym assault squady są dobre, nareszcie mają opcje wzięcia special weaponów, są troopsem, są szybkie i mogą jeździć w kolejnym hicie czyli razorze z linkowanym heavy flamerem, strzelające pojazdy z fastem, dredy, których co prawda fanem nie jestem i średnio pasują do mojej koncepcji armii ale na pewno są aktualnie najlepszymi dostępnymi dredami. Moge tak długo...
A bezużyteczne? Vanguardzi – głównie z powodu kosztu, gdyby nie koszt to skład byłby całkiem fajny, przerzut na rezerwy, d6 scatera - mogliby działać. Do tego captain i biki. Dlaczego? Bo w porównaniu z każdą inną jednostką o takim koszcie robią mniej. A porónując z assault squadami dodatkowo nie scorują.
Za czym z poprzedniego podręcznika najbardziej będziesz tęsknił (jeśli w ogóle)?
E: Za możliwością kontrolowania Death Company. Ale to detal tak naprawdę.
J: Jeżeli miałbym szukać na siłę to za death company bez rage na jump packach i z rendingiem. Choć nowe DC jest lepsze niż stare IMO. No i za combat shieldami z 5+ invem.

Czy Twoim zdaniem aktualna wersja Bladzi bardziej się wpasowuje w Twoją wizję tej armii (od strony fluff'u) czy mniej niż dotychczasowe odsłony?
E: Odnoszę wrażenie, że bardziej. Widać zdecydowanie bardziej combatowy charakter armii, widać nacisk, jaki kładzie na mobilność (obie te rzeczy były też widoczne w kodeksie z 3ED, ale - patrz dalej). Z drugiej strony - Kompania nie jest obowiązkowa, więc nie ma podejrzeń, że Zakon przestał istnieć parę tysięcy lat temu  No i Mephiston jest prawdziwym Bad Madafaka (ma statsy lepsze, niż w 2ED khe khe khe) - czyli w końcu zasady dorosły do jego fluffowego wizerunku. Także mi się to jak najbardziej podoba.
J: Od strony fluffu zdecydoanie bardziej. Armia jest szybka i daje mocno z bańki – mi więcej nie trzeba. Bardzo też podoba mi się koncepcja zasady „descent of angel”. Wszystko można zrzucić z powietrza i wcale bardzo na tym nie cierpieć, aktualnie gram ligę armią która cała jest na jump packach i zaczyna w rezerwach i da się tym grać.
Jak Twoim zdaniem będzie wyglądał aktualnie core turniejowej armii BA?
E: Librarian, dwóch Priestów, kombinacja Assault Squadów (na Packach i w Razorach), Fast Predy z Laskami/Autocanonem. Do tego jakiś hard-hitter - czyli Kompania, Assault Termosi albo Sanguinary Guardzi (szczególnie, gdy jest możliwość wzięcia Dantego). 
Tak to widzę - ale na pewno znajdą się i rozpiski oparte na innym "szkielecie" - kodeks ma po prostu multum sensownych opcji.
J: Armia jest bardzo różnorodna ale podejrzewam, że będzie to coś takiego:
Libra na JP
2 Pristów
2 AS w Razorach
AS na JP
2 Predy z autocannon/lascannony
(w sumie koło 950 punktów)
Czy jest jakiś nie oczywisty typ rozpiski (dreda attack, czy latajka rush) który może się okazać sensowny i chciałbyś go kiedyś przetestować?
E: Na pewno opcje na Dredach - Libra Dred ze skrzydełkami do mnie przemawia (właściwie to już kupiłem nowego plastikowego Weneryka i kminie), do tego Furioso z Clawami, czy DC Dred (też z Clawami) - to może być interesujące. 
J: Jest kilka nie oczywistych, ale czy sensownych? Stormraveny, dredy, kompania pancerna, cała armia death company z Astorathem (zdejmuje limit 0-1), cała armia na JP w rezerwie, 20 termosów z FNP. Do Warszawy chyba pojade z wersją z Astorathem, ale w najbliższym czasie będę testował dwie ostatnie. Czas pokaże czy te rozpiski mają szanse.

Jakbyś mógł zmienić jedną rzecz w tym kodeksie – co by to było?
E: Chociaż napisałem wyżej, że z chęcią bym przetestował taką rozpiskę - to jednak uważam, że danie Dredów w Troopsach to jakaś pomyłka jest. Kompletnie nie pasuje do fluffu. Libra Dred też nie do końca tutaj pasuje (tzn. może inaczej - pasowałby, gdyby była też taka opcja w kodeksie "wanilliowych" SM, bo to w sumie nawet dosyć rozsądne by było).
J: Musiałbym się zastanowić... może zlikwidowałbym rage na death company, może chciałbym żeby kapitanowie byli sensowniejsi – nie musieliby być takimi koksami jak lordownie na wilkach ale na nietoperzach mogliby jeździć ... :)
Ale gdybym mógł wybrać tylko jedno chyba zmniejszyłbym koszt punktowy jednostek na jump packach tak żeby był porównywalny do zwykłych assault squadów. Sanguinary guard czy honour guard poza tym, że jest dużo droższy od zwykłego assault squadu to jeszcze nie scoruje. Gdybym mógł wybrać jeden unit to byliby to Vanguardzi, to naprawdę fajna jednostka ale koszt ich zabija :(
I na podsumowanie jest lepiej/gorzej /czy „tylko” inaczej niż było?
E: Jest zdecydowanie lepiej  Grając na ostatnim turnieju, czułem jakbym się przesiadł z wysłużonego już Opla na sportowe (obowiązkowo czerwone) Ferrari. 
J: Porównując z poprzenim kodeksem jest lepiej, właściwie każdy wybór jest lepszy niż był albo przynajmniej tańszy. Każda jednostka w kodeksie ma jakiś sens. Death Company jest co prawda zupełnie inne ale i nieobowiązkowe więc te 350 punktów można przeznaczyc na coś innego. Bardzo podoba mi się też to, że armia jest ze sobą powiązana, a mimo to można ją podzielić i uderzyć z kilku stron, a żadne uderzenie nie będzie słabe. W poprzenim kodeksie poza Death Company brakowało czegoś co mogło mocno przywalić.
Wielkie dzięki za poświęcony czas i do zobaczyska :)
E: Nie ma za co, z chęcią dziele się takimi wrażeniami :)
J: Nie ma sprawy.

poniedziałek, 24 maja 2010

Punkty Fair Play przyznajemy po ostatniej bitwie


Już od dłuższego czasu i to naprawdę dłuższego - bo dobrze ponad rok, zastanawiałem się jak to zrobić by nie pisać na tym blogu samemu czyli publikować tu również teksty innych ale też, żeby konsekwentnie trzymać jakąś tam linię tej całej pisaniny. Efekt tego kminienia był doskonale widoczny na tym blogu bo po prostu był żaden. Ale niespodziewanie, w zeszłym tygodniu, Michu aka. Beowulf zapytał czy bym nie użyczył tych łam na tekst który chciałby skrobnąć. Oczywiście zgodziłem się z więcej niż entuzjazmem. Zapraszam zatem do przeczytania pierwszego tekst z24" nie mojego autorstwa. Temat IMO zdecydowanie niż ciekawy a i sam wpis skłonić do refleksji i chęci potestowania.


Przystępując do planowania a następnie realizacji turnieju organizatorzy stają przed wieloma wyborami dotyczącym wielkości armii, kategorii oceny graczy, dopuszczonych zasad etc. Na  najwcześniejszym, koncepcyjnym etapie dylematy te można często określić jako rozważania o „hobbystyczności” turnieju. Mastery, z racji rangi, oczekiwań większości graczy (najprawdopodobniej, chociaż nie jestem przekonany czy to aby nie jest powszechnie funkcjonujący stereotyp) oraz wymogów ligowych, przechylają się w stronę zmagań czysto sportowych. Zbalansowane scenariusze, ocena malowania i fair play w sumie wahające się punktowo w okolicach wartości jednej bitwy, żadnych udziwnień (na myśl przychodzi scena z „Chłopaki nie płaczą...”). Na lokalach sytuacja zaskakująco często podobna choć zdarzają się wyjątki, występujące głównie w okolicach świąt wszelakich. Ciekawym odstępstwem jest Syrenka Zagłady, duży turniej na którym z dopuszcza się prawie wszystko.
Powyższa sytuacja powoduje, iż mastery i pod względem zasad różnią się szczegółami a za differentia specifica robią lokalizacja, afterparty, cena wejściówki i gadżety.  Nie ma w tym nic złego, jednak wypada się zastanowić czy aby „Nie jadę 300 km po to żeby sobie pograć” nie zamieni się za jakiś czas w „Napić się wódki mogę również z żoną”.  O takim stanie rzeczy wydaje mi się decydować w znacznej mierze obawa orgów przed reakcją środowiska na zbytnie udziwnienie - czego efektem może być mała frekwencja, potencjalny brak szansy na młotka lub finansowa klapa.  Jak już wspomniałem wcześniej, obawy te uważam za nieuzasadnione i jesteśmy na tyle dojrzałym środowiskiem (jakkolwiek pompatycznie to brzmi) aby pozwolić sobie na duży, naprawdę „hobbystyczny” turniej.
Tym przydługim wstępem chciałem wytłumaczyć się z zauroczenia kanadyjskim GT (od tego roku odbywającym się poza trzema miastami w Kanadzie również w Dallas) czyli Astronomiconem. Link do zasad ogólnych można znaleźć tutaj.  Nie są dopuszczone Super Heavy. Ale poza tym chyba wszystko, łącznie  z nieco zmienionymi LaTD, lataczami oraz VDR. Ewentualne nagięcia związane z tymi ostatnimi rozwiązano poprzez konieczność przesłania zasad i zdjęcia modelu na miesiąc przed turniejem (jak coś wygląda na model do zasad a  nie odwrotnie, nie dopuszczają...). Ciekawie, ale na przykład na Syrence podobnie można się wyszumieć. Zabawa zaczyna się dalej.
Każdy stół ma odrębny scenariusz (niektóre wykorzystują zasady z Cities of Death)! Mało? Można przyjechać z własnym stołem, do którego na podstawie zdjęć organizatorzy wymyślą scenariusz! To nie wszystko. Do zdobycia jest 200 punktów. Z tego 78 jest za bitwy... a następną najbardziej punktowaną kategorią jest Fair Play (10 punktów do zdobycia w każdej bitwie). Do tego  20 punktów za kompozycję armii (za darmo można wziąć jedynie „musik” i po jednym slocie, reszta kosztuje ujemne punkty), 10 pkt za rozpiskę i 30 pkt za wygląd/malowanie. Ten ostatni podpunkt wart jest spojrzenia bo jest naprawdę dobrze rozpisany.  Kategorii zwycięzców jest 8 więc każdy znajdzie dla siebie odpowiedni wycinek turnieju, na którym chce się ścigać.
Toronto już się odbyło a reakcje są więcej niż pozytywne. Organizatorzy jako jeden z głównych celów podają chęć zapewnienia unikalnych przeżyć każdemu z graczy. Jak dla mnie-bomba. Szczerze powiedziawszy, to co mnie najbardziej pociąga w takim turnieju to właśnie brak jakiegokolwiek balansu spowodowany 40-toma  (sic!) scenariuszami. Balans jest dobry. Ale na pierwszych WŚ dawaliśmy scenariusze, które nawet koło niego nie leżały i to właśnie te bitwy pamiętam.

środa, 19 maja 2010

Niebieski Niepokój


Oglądałem sobie właśnie galerie obrazków z pierwszego oficjalnego filmu w świecie 40ki czyli Ultramarines i szczerze mówiąc na tym etapie nie zachwyca mnie szczególnie to co widzę. Zdaję sobie sprawę, że ta produkcja to nie ta sama liga co hollywodzkie hity ale mimo tego już na tym etapie spodziewałem się czegoś, jak to się mówi - na większym wypasie.
Nigdzie się natknąłem na informację jakim budżetem dysponują twórcy bo to mogło by być dobrym punktem odniesienia i dawało by całkiem dokładną informację czego można się spodziewać. Na razie zatem możemy osądzać czy raczej wróżyć jedynie na podstawie tych kilkudziesięciu już stilli. I jak bym miał je do czegoś porównywać to do średnio zaawansowanej gry. Modele jak na produkcje filmową ilością detalu nie rzucają na kolana a po nałożeniu tekstur które mogłyby zamaskować wszelkie braki wcale lepiej nie jest.
Jednak może moje obawy są na wyrost w końcu w filmach Pixara modele również są delikatnie rzecz ujmując nieskomplikowane ale same produkcje nie dość, że zarabiają krocie to jeszcze są dobrymi filmami. Jednak w nich efekt wow uzyskują animatorzy którzy ocierają się o geniusz wyciągając np. z zielonej kulki z jednym okiem i kończynami warsztat aktorski godny Oscara. I choć zapewne tacy znawcy fachu są poza zasięgiem (głównie finansowym) producentów Ultrasów to nadal możemy mieć nadzieję, że znajdą zawodników którzy jak ruszą te modele to będzie ogień w szopie. Albo chociaż dym.
Nie wiele również wiadomo na temat scenariusza tego filmu poza tym, że piszę go Dan Abnett co akurat jest bardzo dobrym prognostykiem. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli nakreślą mu grupę docelową na 12 lat to mroczne millenium może się okazać całkiem mało mroczne. I jakieś takie słodkaśne. Ale to apokaliptyczna wizja, która mam nadzieję się nie spełni.
A póki co możemy jedynie czekać racząc się materiałami udostępnianymi przez twórców i co najwyżej dywagować. A jak by komuś było mało 40kowych ilustracji zapraszam pod ten link
(ci z czytelników mający konto na facebooku mieli już okazję w niego klikać.

niedziela, 16 maja 2010

Space Hulk znowu. Ale karciany.




Z tego co pamiętam, ale pewności nie mam bo wiek już gwarantuje różne figle, to Fantasy Flight Games po wypuszczeniu demonicznej planszówki w Starym Świecie - Chaos in the Old World - uraczył graczy również karcianką (ale nie kolekcjonerską) w świecie kwadratów. Teraz mamy podobną sytuację w mrocznej przyszłości gdzie jest tylko... bla-bla...  Mianowicie dopiero co trafiła do nas Herezja Horusa a już od FFG otrzymujemy info o nowej grze i to dla odmiany karcianej.
Jednak poza podobieństwami mamy również różnice - o ile w Warhammer: Invasion gracze się nawzajem okładali wysyłając z swoich cytadel kolejne oddziały na pole walki o tyle w Space Hulk: Death Angel mamy do czynienia z grą kooperacyjną gdzie gracze się jednoczą przeciw Xenos'owemu zagrożeniu. Zresztą mam wrażenie, że w tytule tej gry zawarte jest większość niezbędnego info o niej. I o ile jest wielkim fanem całego tego 40 milenijnego śmiecia latającego po kosmosie to biorąc pod uwagę że ten temat już jest przedstawiony i to dosyć zgrabnie w innej grze GW żałuję, że panowie z FFG nie wzięli na tapetę innego tła dla swojej gry. Zwłaszcza, że problemem jest raczej nadmiar możliwości niż ich brak. Ale podejrzewam, że za taką a nie inną  decyzją stały względy ekonomiczne i chęć od cięcia paru kuponów od czegoś co się dobrze sprzedało, ale to tylko moje gdybanie.
Tak czy siak jak już gra się ukaże to oczywiście nie omieszkam przetestować i podzielić się wrażeniami na tym blogu. To co  mnie, póki co,cieszy na bazie aktualnie dostępnego info to ilość graczy - od 1 do 6 czyli naprawdę szerokie spektrum. A póki co trzeba się uzbroić i czekać na otworzenie się warp rift'a z którego pojawi się Kosmiczny Wrak.

wtorek, 11 maja 2010

Let's face it



Nie wiem czy to było nieuniknione - pewnie nie ale i tak stało się.
z24cala pojawiło się na facebook'u.
Czyli wpisałem się w bardzo modny ostatnio trend, że wszystko musi mieć swoje odbicie na fejsie (tak młodzieżowo) bo jak go nie ma to nie jest jazzy i edży inaf czy jak teraz się mówi na dzielniach. Szczerze mówiąc trend mam... , no nie był głównym motorem mojego działania. Po prostu chciałem zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony, a jeśli dzięki temu moją "tfurczość" przeczyta parę osób więcej to super.
Nie wiem na ile uda mi się wykorzystać potencjał facebook'a bo choć cały czas ta strona robi na mnie wrażenie trudnej do ogarnięcia to myślę, że głównym hamulcem będzie jednak czas. Bo tzw. know-how na pewno z czasem (i to pewnie krótszym - że tak sobie wleje ;)) się pojawi. Ale oczywiście w miarę możliwości będę jednak się starał wykorzystywać różne gadżety by było po prostu ciekawiej i bardziej społecznościowo ;). Jeśli mimo wszystko ktoś ma zastrzeżenia do sensowności tego ruchu niech się jednak nie obawia bo cały czas mam świadomość, że można wchodzić na wszelkie serwisy, społecznościować się na wszystkich frontach ale bez dobrych notek ta cała zabawa traci sens.
Wracam zatem kminić nad kolejnym wpisem.

PS. Wosho is back ! Ja od siebie życzę wytrwałości i czasu na blogowanie bo cały czas mało nas aktywnie piszących.

poniedziałek, 10 maja 2010

WarCalc


Będąc jakiś czas temu w galerii handlowej postanowiłem przedłużyć umowę z operatorem od komórki dzięki czemu stałem się szczęśliwym posiadaczem nowego telefonu a raczej smartfonu czy jak to się zwie z systemem android autorstwa programistów z Google. Jednym z ficzerów tej zabawki jest możliwość ściągania oprogramowania oraz mniej lub bardziej potrzebnych gadżetów z tworu o nazwie Android Market. Oczywiście jednym z pierwszych haseł wklepanych w budowaną w to wyszukiwarkę (w końcu to google) był Warhammer. Liczyłem, że może jakiś klon Space Hulka albo coś w ten deseń się znajdzie ale wynikami a raczej wynikiem zostałem zaskoczony bo był nim Warhammer Combat Assistant (czy jakoś tak  nie mogę dokładnie tego ustalić bo programik chwilowo (?) zniknął).
Generalnie soft ten służy do liczenia szans na powodzenie różnych akcji na stole po wprowadzeniu parametrów początkowych takich jak na ile się trafia/rania/etc. Nie ukrywam, że jak gram to różne rzeczy sobie liczę a raczej szacuję zanim podejmę jakąś decyzję choć zdecydowanie częściej działam siłą przyzwyczajenia bądź na kozaka - "co, ja nie zaszarżuje???". Jednak to cała moja matematyka powstaje w mojej głowie bez wsparcia z zewnątrz i tak zacząłem się zastanawiać jakbym zareagował gdybym któregoś razu trafił na przeciwnika korzystającego z tego programiku czy czegoś podobnego jak choćby jakiś arkusz w Excelu na przenośnym kompie czy komórce.
I szczerze mówiąc nie zapałałbym do takiej osoby szczególną sympatią. Bo nie uważam by to było do końca uczciwe. Niektórzy umieją liczyć i chwała im za to a niektórzy nie więc muszą sobie radzić inaczej np. poprzez zdobycie dodatkowego doświadczenia. To jest podobnie jak z oceną odległości niektórzy widzą 6 cali i zwykli dobiegać a niektórym się tylko wydaje i zostają w openie. Ale nikt grający fair przed szarżą nie korzysta z miarki. Podobnie zatem powinno być i w tym przypadku.
Inna sprawa, że o ile wiedza o odległości jest kluczowa o tyle z statystyką wszyscy wiemy jak to jest. I czasami cała armia to za mało na jeden oddział a czasami się strzeli z 3 lasek i 3 pojazdy pękną. Nie zmienia to jednak faktu, że niekomfortowo bym się czuł widząc jak przeciwnik oblicza na jakimś elektronicznym gadżecie ile potrzeba marinsów na rapidzie by zastrzelić np. 4 crushery po czym podsyła stosowną liczbę rhinosów.
Mam nadzieję, że roztaczane przeze mnie wizję są w dużej mierze na wyrost jednak patrząc na tempo rozrastania się ligi trzeba jednak się liczyć z tym, że problem cyfrowego wspomagania nie będzie jedynie abstrakcyjny. Można więc podumać z wyprzedzeniem a ewentualne rozwiązanie trzymać w rezerwach :).

wtorek, 4 maja 2010

Herezja jeszcze na gorąco


W długi weekend miałem okazję wpierw obejrzeć partyjkę a następnie samemu zagrać w nową planszówkę z stajni FFG w świecie 40ki czyli Horus Heresy. Co prawda takie początki z grą to mała baza by sobie wyrobić jakąś dobrze umotywowaną opinię ale pierwsze wrażenie również jest bardzo istotne i tym zamierzam się podzielić.
Gra jest dla dwóch osób i nie wiele da się z tym zrobić, czyli na nasiadówę z ziomkami średnio się nadaje no chyba, że dwóch gra a reszta się z nich nabija i daje "dobre rady" ;). Plansza składa się z 3 obszarów: największy z nich to mapa istotnego dla zmagań fragmentu Terry czyli dosyć szeroko rozumianych okolic Pałacu Imperatora, drugi to okręt Horusa, a trzeci to mniejsza mapa zawierająca ten sam fragment Terry co pierwszy obszar służąca planowaniu strategicznemu czyli kładzeniu kart rozkazów.

Kart - słowo klucz - wszystko bowiem w tej grze na nich bazuje mamy zatem deck rozkazów dla każdej z strony służący rozgrywce na poziomie strategicznym jak i decki walki kiedy już dojdzie do starć i schodzimy na poziom "taktyczny". Oprócz tego są jeszcze karty eventów które są odsłaniane w miarę upływającego czasu i które mogą dosyć znacząco wpłynąć na rozgrywkę. Ale to koniec jeszcze decków bo jest jeszcze służący strzelaniu z baterii/bombardowaniu/korumpowaniu. Znaczy się kart nie brakuje, a kostek nie ma.
Kolejnym bardzo istotnym dla mechaniki gry elementem jest pasek inicjatywy po którym poruszają się (w jedną stronę) znaczniki inicjatywy - dla każdej z stron po jednym. Rozkazy które używamy kosztują właśnie punkty inicjatywy powodując przesunięcie znacznika do przodu. Kiedy znacznik aktywnego gracza "wyprzedzi" drugi znacznik następuję zamiana ról i ten drugi może działać. Generalnie jest to dosyć ciekawa wariacja na temat systemu turowego. Kiedy któryś z znaczników dojdzie do końca paska inicjatywy gra kończy się zwycięstwem sił Imperialnych. Przybywają wtedy lojalne legiony i spuszczają biednym chaośnikom łomot. Inne sposoby na zwycięstwo (już dla obu stron) to zabicie herszta przeciwnej bandy czyli Imperatora/Horusa lub zajęcie 4 portów kosmicznych znajdujących się na powierzchni planety.
Oprócz książeczki z zasadami w pudełku znajdujemy również drugą z scenariuszami jednak na pierwszy rzut oka te niestety nie wiele różnią się między sobą. Główna różnica to w początkowym ustawieniu jednostek co biorąc pod uwagę, że każdy ruch wymaga rozkazu jest bardzo istotne ale można było bardziej wykorzystać potencjał scenariuszy i pokombinować przy warunkach zwycięstwa czy jakiś dodatkowych zasadach.
Oprócz książeczek, kart oraz planszy w pudełku dostajemy również plastikowe wypukłe elementy fortyfikacji do tej ostatniej które pełnią funkcję jedynie estetyczną. No i modele. Ich jakość jest mocno średnia i trudno powiedzieć by rzucały na kolana. Nie da się jednak ukryć, że są lepsze od żetonów. I to koniec ich plusów.
Podsumowując tą relacje praktycznie jeszcze na gorąco. Gra wydaje się dobra, dająca sporo możliwości do pokombinowania i nie mająca jednej jedynej zwycięskiej taktyki. Jednocześnie chyba trzyma balans i żadna z stron nie jest w szczególnie uprzywilejowanej pozycji aczkolwiek trudno mi powiedzieć jak to wygląda w kolejnych scenariuszach. Wydaje mi się jednak, że sama formuła oferuje trochę niewykorzystanego potencjału i mam nadzieję, że panowie z FFG postanowią go jeszcze wykorzystać. A póki co zapraszam do 30 millenium by przeżyć to co znamy tak dobrze z fluff'u jeszcze raz.
Tyle, że inaczej - po swojemu. I to jest właśnie największa siła tej gry dla wszystkich fanów 40ki.

wtorek, 27 kwietnia 2010

... i po DMP

zdjęcie autorstwa Fangira

Dla mnie osobiście Drużynowe Mistrzostwa Polski zaczęły się w tygodniu poprzedzającym Wielkanoc. Wtedy bowiem sobie uświadomiłem, że jeśli chcę na tym turnieju pograć Lostami, a zależało mi na tym jak cholera, to właśnie słyszę ostatni dzwonek by zacząć malować armię. I poświęcając każdy wieczór praktycznie w całości, poza tymi weekendowymi zarezerwowanymi dla Żony, udało mi się pomalować co sobie założyłem ciut pożyczyć i wystawić pożądaną armię. Traktuję to w kategoriach wielkiego sukcesu biorąc pod uwagę moje podejście do tego aspektu hobby. Czysta nienawiść. A najśmieszniejsze jest to, że gdy wczoraj wróciłem do domu odruchowo chciałem siadać do stołu malować. Ale z braku przygotowanych modeli skonwertowałem sobie Aspairing Championów by korzystając z niespodziewanego przypływu entuzjazmu również i ich machnąć.
Mając zatem pomalowaną armię, rozpiskę oraz co najważniejsze miejsce w równie zacnym co old-skolowym teamie w następującym składzie eM (eldarzy), Arecki (SM), Jacob (CSM), Beowulf (BA) mogłem jechać do miasta najświętszego masztu. Najdelikatniej rzecz ujmując nasz zapał do przygotowań ani poprzez moment nie palił się szczególnie żarliwym ogniem i wystarczyło go na rozpiski i zastanowienie się nad parowaniami z Legionem I, który był uprzejmy rzucić nas rękawicą.
Siłą rzeczy była to nasza pierwsza bitwa i mnie sparowano z Emanem i jego nowymi Bladziami. W rozpisce miał zarówno konkretne lutowanko jak i strzelanie bazujące na podwoziu predów. Nie będę się rozwodził nad szczegółami poszczególnych bitew ograniczę się jedynie do najważniejszych punktów. W tej konkretnej potyczce takim był moment gdy mój większy wraz crusherami zostały skontrowane i wbite w glebe i gdy wydawało się, że Eman ma środek stołu a mi zostanie przemykanie pod linami i unikanie lamp jeden z moich defilerów dokonał 18" szarży i w kilka faz assaultu wytłumaczył Kompanii, że jeden fist to za mało. Dzięki temu udał mi się wprowadzić zaginające flankę lettery oraz demonetki do deplojmentu przeciwnika. Emanowi udała się również to samo (w sensie, że dwa troopsy a nie, że jakies demony ;) ) więc i bitwa zakończyła się remisem. Niestety choć byłem bliski tego nie udało mi się wprowadzić jednych traitorów ci bowiem na widok pędzącego na nich Baala dali nogę. Jako drużyna przegraliśmy.
W drugiej bitwie zagrałem z…. Lostami prowadzonymi przez kolegę a przy okazji też kapitana teamu z Szczecina którego godność porwał mi z pamięci Warp. Było to dla mnie bardzo miłe – spotkać inną armię złożoną na tym no… dosyć bliskim mi deksie. Mój przeciwnik z ważniejszych rzeczy miał w rozpie: thirstera, 2 bazyle, 6 fiendów i nurglowych mutantów a reszta podobno do mnie czyli ikony w pojazdach traitorzy z laską itp. Mój gryfon przegrał pojedynek strzelecki z dwoma bazyliszkami ale został pomoszczony przez traitorów oraz sentinel. Udało mi się już w pierwszej turze unieruchomić przeciwnego defilera i mogłem się skupić na tym co wyłaził z ikon. A wyłaziło to w miarę równomiernie więc łatwiej mi było to kontrować. Koniec końców zabiłem prawie wszystko i zająłem jedną ćwiartkę co dało mi 14-6. Jako team zremisowaliśmy.
Trzecia bitwa to spotkanie z toruńskim Alzhaimer team w którym średnia wieku jak się dowiedziałem w trakcie potyczki była ~35 lat. Ggggeeee. Zaniżałbym ją :D. Wow. Sama bitwa była dosyć jednostronna (na moją korzyść) ale bardzo przyjemna i mam nadzieję, że dla obu stron. Mój przeciwnik a przy okazji kapitan drużyny miał chaos z świniakami Khorna, rhinosami berków oraz delikatną strzelecką kontrę w postaci 9 oblitów. Demonetki zrobiły sobie rajd po jednej z flank zabijając jedne berki i dwa składy oblitów. Po drugiej stronie systematyczne strzelanie i szarże stworów z warpów rozwiązywało kwestie pilnych zagrożeń. Końcowy wynik to 19:1 i nasza jedyna wygrana na tym turnieju.
Wieczór, który spędziliśmy w bardzo bliskim miejscu zmagań lokalu -Jarpen stał pod znakiem młotków (wyniki można przejrzeć np. tutaj) oraz nagród za ligę. Kiedy już mowa o wieczorze i nocy wielkie podziękowania dla Dikinsa za przygarnięcie nas wraz z Żoną i zapewnienie wygodnego łóżka oraz ciepłego prysznica.
Niedzielne boje rozpocząłem od starcia z 4 z rzędu kapitanem czyli Bizimem z wawy i jego bladziami. Część assaultową miał podobną do Emana tylko kompania taka skromniejsza natomiast do strzelania miał Baala, devki z rakietami i dwa dredy z linkowanymi autocannonami. Biliśmy się o 3 znaczniki miałem nawet plan w tej bitwie i to wydawało mi się, że całkiem dobry i jeden problem. Totalny brak rzutów na otwieranie pojazdów. Zniszczyłem na początku jednego rhinosa a potem nic, zero. Efekt był taki, że transporty musiałem szarżować demonami które następnieginęły od wkładki. Cały misterny plan poszedł się czochrać i zamienił się w rzeźbienie by cokolwiek uratować. Udał mi się jedynie 4 punkty uratować ale jako team zremisowaliśmy.
Ostatnia bitwa to pierwsza bez kapitana z drugiej strony ale za to druga z dwoma świniakami khornowymi. A poza nimi 4 oblity, Landek, berki, greater. Po wstępnym obstrzale z przeciwnikiem, który wyrządził założone i akceptowalne straty, dosyć szybko przeszliśmy do szarżowania się i kontrowania. Te czerwone manewry udało mi się wygrać a dzięki temu wygrałem całą bitwę. Oddziałem który przejdzie do historii byli traitorzy którzy zadali świniakowi khonra, najpierw wounda z latarek a chwilę później (ustał strzelanie na ostatniej ranie) zaszarżowani dobili go z bagnetów. Zakończyło się wynikiem 18:2 a drużynowo kolejnym remisem.
Armia składająca się z błota i trawy sprawdziła się generalnie bardzo dobrze i szczerze mówiąc przed Olsztynem nie zamierzam wywracać tej koncepcji do góry nogami. Same bitwy i atmosfera przy nich bardzo dobre i godne zapamiętania. Organizacja jak i sędziowanie na dobrym i wysokim poziomie. Jedynym problemem były momentami stoły ale biorąc pod uwagę jakie problemy chopaków przy tej okazji spotkały trzeba przyznać, że wybrnęli z nich bardzo zgrabnie i więcej niż dobrze. Słowem cudny weekend – jeszcze raz wielkie dzięki dla drużyny, przeciwników i orgów.
A za rok widzimy się w Wawie.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Żona o przygotowaniach do DMP

Z racji faktu, że co prawda koniec malowania Lostów już widać ale nadal sporo zostało by do niego dotrzeć postanowiłem poprosić moją Żonę o skrobnięcie paru zdań na tego bloga. A bezpośrednim powodem tego jest fakt, że będzie ona grała na Drużynowych Mistrzostwach Polski w teamie wyłącznie kobiecym.

Został tydzień… a zaczęło się tak:

Czwartek, 8.04.2010 (ZULU +1) 19:41, sieć GSM

- Halo?

- Słuchaj Kochanie masz jakieś plany na ten ostatni weekend kwietnia?

- Nie, nie mam (Mam tylko imieniny taty, moje urodziny, naszą rocznicę ślubu, twoje urodziny). Nie absolutnie. Czemu pytasz?

- Bo dzwoniła do mnie dziewczyna Złego i pytała czy nie chciałabyś zagrać na DMP, bo im brakuje kogoś do zespołu, a ona słyszała, że kiedyś grałaś.

- Jasne, czemu nie? I tak miałam być wtedy u rodziców w Bydgoszczy więc luz.

- To rzucę chłopakom temat rozpiski na forum.

End of transmission

A potem wydarzenia potoczyły się szybko

Piątek 9.04.2010, (ZULU +1) g. 10:50:39, Gadu Gadu

- Właśnie na forum chłopaki skończyli ci rozpiskę składać

- I co będę miała? (Tutaj nastąpiła mniej lub bardziej zrozumiała lista postaci dramatu wraz z wartością punktową.) To jeszcze za karę musicie ze mną pograć J (Oh, I’m Evil!)

- Sure – oznajmił Super Em

W sobotę nikt nie miał głowy do grania, w niedzielę kolejny telefon

Niedziela 11.04.2010, (ZULU +1) 12:10, sieć GSM

- Hej, tu Magda. Dzwonię bo się nie odzywasz, czy grasz czy nie,

- Gram, jasne, że gram.

- Prześlij rozpiskę do kapitan, bo jest termin do jutra.

- Jasne, zaraz prześlę.

End of transmission

Niedziela 11.04.2010, (ZULU +1) 12:12:12, komunikacja standardowa werbalna

-Kochanieeee, gdzie ja znajdę swoją rozpiskę?!?

Środa, 14.04.2010, (ZULU +1) 18:00, w realu

Pierwsze starcie z eM.

Czwartek 15.04.2010, (ZULU +1) 10.24, Gadu Gadu

- Czy możesz jakoś zwięźle podsumować wczorajsze starcie (reporter mode on)

- W sensie grę?

- No.(…)

- Demon Prince to patałachy (by eM)

I tak minął tydzień moich przygotowań do DMP. Bardziej wirtualny niż praktyczny. Już wiem, że jak zwykle w moich rękach, pewniaki nie działają, a najmniej groźne bronie mają moc złowieszczą.

Jedno jest pewne. Chaos będę siała na pewno, ale co do zniszczenia…

Jakby chciał więcej, choć już nie 40kowej twórczości autorki zapraszam na bloga mojej Żony.

środa, 14 kwietnia 2010

Młotki odsłona 3

Nie da się ukryć, że Was drodzy czytelnicy na przestrzeni ostatniego roku nie rozpieszczałem z częstotliwością wpisów. Głównym powodem tego były całkiem spore pertubacje w moim życiu zawodowym oraz prywatnym, które nie pozwalały mi na tyle czasu i kreatywności ile regularne prowadzenie bloga wymaga. A kiedy zacząłem już pomału sobie układać klocki puzli zwanych real life to nagle sobie wymyśliłem, że pomaluję Lostów na Drużynowe Mistrzostwa Polski. Żegnajcie zatem wolne wieczory.
Dokonuje tej wiwisekcji godnej nowego gatunku xenosów z względu na nadciągające Młotki (czyli nagrody środowiska dla środowiska) i towarzyszący im moment na zastanowienie się oraz podsumowanie sezonu. Warto by każdy znalazł na to chwilę i zagłosował bo może dzięki temu trochę nasze hobby skorzysta a ludzie ciągnący lub popychający ten wózek, czy po prostu zabawiający tych "przy napędzie" będą mieli również swój moment chwały.

Zapraszam zatem do głosowania.

PS. Dziś oszczędnie bo moment nie skłania do zabawy zarówno słowem jak i w ogóle. Jednak ten temat, jako bieżący, uznałem za usprawiedliwiony by go poruszyć.

sobota, 3 kwietnia 2010

Wesołego jaja ...


... i bolterów pełnych wody. Czyli rodzinnych, zdrowych i wesołych świąt Wielkanocnych. Odpoczynku i oddechu od codzienności. I po prostu spokoju przez te parę dni.

Przy tej okazji muszę niestety ostrzec wszystkich tu zaglądających, że do DMP może być trochę mniej wpisów niż zwykle ponieważ postanowiłem być ambitny. Czyli w 3 i pół tygodnia pomalować całą armię Lostów właśnie na te mistrzostwa. Czasu jest mocno na styk więc nie wiem na ile mi go starczy na pisanie ale postaram się raz po raz coś skrobnąć choćby w trosce o własne sanity.

wtorek, 30 marca 2010

Armie Wojny Światów

Bitwy, bitwy i po Wojnie Światów.
Zanim napiszę coś sensownego od siebie a jest o czym pisać to 1000 słów w pigułce czyli jeden obrazek.
Wyjątkowo nawet nie będę tego próbował okrasić jakąkolwiek puentą - bo i po co :).
Zestawienie przygotowałem na bazie zapisów - pewnie względem samej imprezy coś się zmieniło ale jestem przekonany że główne trendy na tym wykresie są dobrze widoczne i nie przekłamane.

niedziela, 21 marca 2010

Herezyjne odsłuchy


Już jakiś czas temu skorzystałem z opcji przedsprzedaży na empiku i zamówiłem kolejny tom cyklu Horus Heresy do którego czuję wyjątkowo mocny emocjonalny pociąg czyli Thousand Sons. No i oczywiście cały czas jest mi dane ćwiczyć cierpliwość w oczekiwaniu na realizację tego zakupu więc w międzyczasie szukam substytutów i trafiłem na audiobooki z Black Library opowiadające o epizodach z 30 millenium a konkretnie na The Dark King and The Lightning Tower (autorzy Graham McNeill i Dan Abnett) oraz Raven's Flight (Gav Thorpe).


Są to wszystko opowiadania które mieszczą się na zwykłej płycie CD więc po odczytaniu nie mają więcej niż 74 minuty. Długość jest zatem idealna by odsłuchać je w drodze do pracy/uczelni/szkoły i z powrotem. A przy okazji dowiedzieć się czegoś nowego o wydarzeniach towarzyszących zdradzie Horusa - opowiadania bowiem eksplorują wątki ważne ale jednak spoza mainstreamu herezji. Literacko opowiadania poziomem są zbliżone do papierowych publikacji z cyklu choć oczywiście te sygnowane nazwiskami McNeill i Abnett są lepsze od twórczości Thorpa zarówno jeśli chodzi o fabułę jak i styl.
Jednak Raven's Flight dla odmiany jest, przynajmniej w mojej opinii, lepiej udźwiękowiony bowiem wszelkie dźwięki ambientowe, czy motywy muzyczne występują w większej ilości i są lepiej wpasowane. Co nie oznacza że The Dark King and The Lightning Tower czegoś brakuje - po prostu porównania same się narzucają. Lektorzy w tych audiobookach sprawiają wrażenie "czujących klimat" i dobrze czytają choć nie ukrywam, że gdy po raz pierwszy usłyszałem głos primarcha to się dziwnie poczułem. Brzmiał jak każdy inny a przecież to nadczłowiek wśród nadczłowieków. Primarch - heloooołłł.
Nie zmienia to faktu, że jednak obie te pozycje polecam zwłaszcza fascynatom wydarzeń z 30 millenium. Historie w nich opowiedziane są na pewno nie mniej ciekawe niż inne z Horus Heresy a i forma ich przedstawienia ma swoje plusy. Może jeśli film o marinsach w niebieskich pancerzach okaże się sukcesem doczekamy się również i wizualnych bodźców z przeszłości tego świata. Ale póki co możemy się jedynie delektować za pośrednictwem uszu i warto to zrobić.

wtorek, 16 marca 2010

Battle Missions - recenzja


W całym radosnym zamieszaniu towarzyszącym nowym Bladziom do których premiery zostało już naprawdę niewiele czasu umknął powszechnej uwadze inny dodatek spod szyldu GW mianowicie Battle Missions. Jak łatwo się domyślić choćby po samym tytule jest to zbiór scenariuszy pomyślanych dla szukających nowych wyzwań. A te mogą czasami być naprawdę spore momentami bowiem balans zabawy nooo nie zawsze odpowiada turniejowym standardom. Ale po kolei.
Książka to klasyczna publikacja GW czyli koło stu stron (konkretnie 96) w miękkiej oprawie. W środku otrzymujemy 30 + 3 misji. Te 3 są pomyślane jako uniwersalne natomiast pozostałe niby są przypisane do konkretnych ras (po 3 do rasy) ale nie koniecznie bowiem nic nie stoi na przeszkodzie by je wykorzystać do rozgrywki innymi armiami. Co zresztą jest polecane przez samych twórców. Scenariusze są po przytykane kawałkami w większości mało odkrywczego fluff'u ilustrowanego całkiem ładnymi mapkami sektora czy planet. Zazwyczaj jednak dzięki połączeniu tego fluffu wraz z misjami można ułożyć całkiem kuszące mini kampanie. Zresztą generalnie te misje najlepiej się sprawdzą przy bardziej funowym podejściu bowiem namiętnie korzystają z takich rzeczy jak Kill Pointy czy czyste znaczniki. Kolejną kwestią jest to, że bardzo często wykorzystywany jest patent z obrońcą i atakującym i nawet jeśli to nie jest tak nazwane to jednak niewiele to zmienia. A takie rozwiązanie z przyczyn dosyć oczywistych nie jest szczególnie popularne na turniejach. Jeśli więc ktoś liczył na gotowe patenty turniejowe ma prawo się poczuć zawiedzionym. Jednak to co otrzymujemy ma sporo ciekawych rozwiązań które mogą się przydać co bardziej kreatywnym organizatorom lokali.
A gdyby ktoś poszukiwał inspiracji do jakiegoś eventu lub kamapnii czy też po prostu na niestandardową bitwę to Battle Missions mogą okazać się nieocenione. Jeśli miałbym porównać to rozszerzenie do Palnetstrike czy Cites of Death to jest ono na pewno najbardziej uniwersalne. Nie wymaga nakładów w makiety, mimo wszystko najbliżej mu do turnieji, i co najważniejsze najłatwiej je wykorzystać w takiej bitwie gdzieś w klubie czy spontanicznie przy browarku. Choćby dlatego, że nie potrzeba do pełnej zabawy żadnych wyrafinowanych rozpisek jak np. PS z jwgo zmodyfikowanym focem. Podsumowując: Battle Missons na pewno nie są niezbędne i da się spokojnie bez nich żyć. Ale jeśli ktoś ma ochotę na coś nowego w ciut mniej zobowiązującej atmosferze to polecam tą książkę.

A już niedługo (w czerwcu) kolejna pozycja w ten deseń tylko tym razem jako dodatek do Białego Krasnala - Spearhead czyli Kursk w 40 millenium.

niedziela, 14 marca 2010

Foto Wojna Światów

Pewnie i tak wszyscy zainteresowani widzieli już nowy (i póki co jedyny) trailer Wojny Światów AD 2010 za sprawą for dyskusyjnych ale mimo wszystko pochwalę się i na tym blogu. W końcu takie prawo blogera ;). A może, przy okazji, jednak znajdzie się ktoś kto przegapił....


Przyznam się szczerze, że o ile z całej koncepcji jestem zadowolony o tyle w paru momentach coś bym poprawił. Jednak laptop z vistą plus brak myszki w połączeniu z video w HD sprawiają, że człowiek chce jak najszybciej zamknąć temat co niestety nie zawsze przekłada się pozytywnie na efekt końcowy.
Dzięki mojej Żonie dowiedziałem się, że nie jestem jedynym który w ostatnim czasie cofnął się do archiwalnych fot z WŚ bo na to samo zdecydowali się redaktorzy Aktivista (tego magazyn z knajp o knajpach). Zresztą sami zerknijcie:

poniedziałek, 8 marca 2010

Gdzie te historie ...

.... z minionych lat. Chciałoby się rzec. Przynajmniej mi, staremu prykowi który miał okazję parę takowych napisać w ramach przygotowań do różnych masterów. Kiedy ten zwyczaj zaginął - nie wiem - nie uchwyciłem tego momentu ale właśnie ostatnio zastanawiając się nad przygotowaniem do Wojny Światów (czytaj: co by to zrobić by nie musieć malować lostów -szczerze nienawidzę malowania figur zresztą z wzajemnością ;)) uświadomiłem sobie, że dawno przygotowania do dużego turnieju nie zapędziły mnie przed klawiaturę by dostać ten jeden czy dwa punkciki więcej w klasyfikacji hobbystycznej. Bo z tego co pamiętam tak zazwyczaj wyceniano twórczość własną w dziedzinie literatury no... może przynajmniej najczęściej nie pięknej ale na pewno fikcyjnej a która zbieraninie figur pod szyldem "wymaksowana rozpa na xxxx punktów" miała nadać rys fabularny i generalnie myśl przewodnią.
Uświadomiłem sobie, że brakuje mi tego zwyczaju i zapisu w regulaminach. Nie da się ukryć, że z perspektywy graczy miał on minusy np. czas który większość klasyfikowała jako stracony więc próbowano ograniczyć tą stratę do minimum co wprost się przekładało na jakość popełnionych fabuł. A to skutkowało podobnymi odczuciami u sędziów którzy potem mieli z tymi dziełkami styczność. Bardzo często mieli oni wrażenie, że mogli te długie minuty lepiej wykorzystać i nie da się ukryć, że mieli rację. Ale pomimo, że większość historii armii była w najlepszym razie sztampowa to jednak zdarzały się perełki, jak choćby te autorstwa Jacha, które sprawiały, że cała zabawa miała sens.
Miała go też z innego względu - zmuszała graczy do spojrzenia na swoją armię przez pryzmat fluffu. Nie twierdzę, że dzięki temu rozpiski stawały się bardziej wyrafinowane ale ubranie w słowa opowieści o na przykład dwóch takich co zebrało 9 oblitów przy swoim boku może być wielce odświeżające dla wszystkich którzy już bezwiednie wystawiają taki standardzik. Zwyczaje takich osób pewnie się nie zmienią ale będą mieli okazję zastanowić się nad tym jak to się ma do świata. Broń Tzeentchu, nie uważam za fajne osłabianie rozpisek w imię czegokolwiek ale jestem jak najbardziej za szukaniem nowych rozwiązań i jeśli motywacją czy raczej bodźcem może być konieczność napisania historii armii to czemu nie.
Poza tym skoro punktujemy umiejętności taktyczne oraz manualne to możemy chociaż w minimalnym stopniu uhonorować wyobraźnię która dla ogarnięcia świata 40ki jest dość kluczowa. Bo nie oszukujmy się logika przydaje się wyłącznie przy stole w kontakcie z fluffem już zdecydowanie mniej.

wtorek, 2 marca 2010

Join the Marines. Sacrifice your brain

Kiedy już spory kawałek czasu temu pojawiły się pierwsze informacje o Dark Heresy czyli RPG'u w świecie Warhammera 40k, nie kryłem swojego uznania dla decyzji, że w systemie tym postaciami graczy są inkwizycyjni pomagierzy. Dzięki temu gracze mają całą karierę przed sobą ale jednocześnie solidne plecy za sobą. A z drugiej strony Mistrz Gry ma praktycznie wolną rękę w wymyślaniu przygód dla graczy bo dla takiej ferajny wszystko przejdzie. Obojętnie czy to będzie zwiedzanie death worldu czy pomieszkiwanie w najniższych poziomach jakiegoś hive-city.
Kiedy zobaczyłem tą zapowiedź poczułem z tyłu lekkie ukłucie. To była zaniepokojona wyobraźnia. O ile pomysł grania zwykłymi ludźmi którzy jak się dorwą do sprawnego lasgun'a czują się wybrańcami kogokolwiek tam wyznają uważam za bardzo dobry i dający możliwość poznania uniwersum w 40 millenium z właściwej perspektywy tak czynienie tego zmutowaną 3 drzwiową szafą gdańską uzbrojoną w podręczną wyrzutnię rakiet już zdecydowanie mniej.
Ja wiem, że autorzy różnych RPG'ów oferowali nam możliwość grania już praktycznie dowolną postacią łącznie z tosterem non-konformistą - to za sprawą Toon'a, czy ducha zmarłego - to z kolei za sprawą Wraith'a z Świata Ciemności. Jednak mimo to nadal uważam, że Marinsi nie są dobrym wyborem by budować wokół nich system rpg widze bowiem dwa problemy:
Pierwszy z nich to oczywiście siła postaci graczy w odniesieniu do reszty świata przedstawionego. Biorąc pod uwagę to co piszą w swojej zapowiedzi twórcy tej gry z FFG to nie dość, że będzie można kierować marinsami to jeszcze doświadczonymi, zahartowanymi w boju weteranami którzy przechodzą na kolejny poziom. Super - jeśli więc dostajemy takiego herosa na starcie to wolę nie myśleć jak będzie się on prezentował po kilku przygodach czy też po jakiejś kampanii. Oczywiście w wspomnianym wcześniej Świecie Ciemności gracze dostawali w swoje drżące łapki takich cudaków jak wilkołaki czy wampiry, którym mocy również nie można odmówić to jednak tam było to wszystko ciut bardziej skomplikowane. Bowiem w WoDzie (world of darkness) nawet w ramach jednej frakcji było tyle kokieterii, że każdy praktycznie sam sobie rzepkę skrobał a obdarzenie kogoś zaufaniem było krokiem prawie, że samobójczym. I tak dotyczyło to rówież wydawałoby się prostego Wilkołaka. Oczywiście drużyna graczy funkcjonowała na własnych prawach lecz i tak często wyglądało to zupełnie inaczej niż w takim typowym heroic fantasy. Natomiast w Deathwatchu mamy drużynę potężnych mutantów zaprogramowanych w tym samym celu wspieranych przez machinerię Imperium. Dla nich nic poniżej uratowania całej planety przed połową Hive Fleeta nie powinno być wyzwaniem a jeśli będzie to znaczy, że gracze nie dorośli do swoich postaci (hehe) lub znowu zasadom z fluffem nie pod rękę.
Drugim problemem i to zdecydowanie poważniejszym, poza niedorzeczną siłą postaci (przynajmniej wg. fabuły) jest ich jednowymiarowść. Szczerze mówiąc wolę odgrywać kopanego w dupę przez los inkwizycyjnego pachołka kuszonego przez chaos i marzącym by się jakoś na "nich wszystkich" zemścić niż zakutego w zbroję napędzaną reaktorem atomowym zawodnika którego jedynym celem w życiu jest zabić "ich wszystkich". Bo tak mu kazano. Może i trochę upraszczam i spłycam ale nie oszukujmy się Marinsi nie są najbogatszymi duchowo personami tego uniwersum. To już odgrywanie orkowych boyzow włamujących się do imperialnych magazynów, targujących się z kamratami o zęby i kombinującymi by jak przyjdzie co do czego być w ostatnim szeregu byłoby ciekawsze. I to o niebo.
Jeśli więc twórcy gry z FFG nie wymyślą czegoś zaskakującego to system ten, dla wszystkich poza niedowartościowanymi dzieciakami (grają takie jeszcze w klasyczne rpg?), porywający nie będzie. Jednak w przypadku tej firmy jest nadzieja na coś co nada całej zabawie sens głębszy niż niszczenie kolejnych planet, a jeśli nie no to cóż. Będzie przynajmniej źródł fluffu o nigdy nie wydanych Alien Hunterach.

sobota, 27 lutego 2010

Wirtualny Warhammer World

Nadrabiając braki w edukacji w zakresie geografii, wspierałem się ostatnio mapami googla by zobaczyć gdzie w tej Anglii to Nothingam w ogóle jest. Tak z ciekawości w razie jakbym kiedyś znalazł się na wyspie i chciał odwiedzić miejsce zwane Warhammer World. I przez przypadek odkryłem, że tego powszechnie znanego i już sławnego marinsa można obejrzeć za pomocą ficzera o nazwie street view:
Prawie łał. Ale z braku laku....
A kto chce zobaczyć co słychać w środku może kliknąć tutaj. Nawet virtual tour jest - co prawda tylko w postaci galerii ale zawsze. Jednak całe to klikanie wzmogło w mnie jedynie ochotę by po prostu kliknąć tu.

środa, 24 lutego 2010

Twisted Path


No i stało się, objawił mi się Tzeentch i powiedział:
"Hola, hola treju-prawie-stąpający-własnymi-ścieżkami. Heraldem mym w mieście Najświętszego masztu nie będziesz. Jeszcze. I choć od 3 blisko do 9 to najpierw 4 musi nastąpić...."
Znaczy się, że jak się uda to do Torunia dopiero na DMP w kwietniu zawitam. Szkoda mi Dice Crushera bo nie często człowiek ma okazję w jeden weekend spróbować swoich sił w dowodzeniu 5 armiami. Jednak czasami na pewne rzeczy wpływ mamy równie wielki jak na ".... and worlds peace" i im szybciej to zaakceptujemy tym łatwiej będzie nam docenić te momenty ułudy polegające na poczuciu bycia u steru swojego losu.
Oki-doki ale ta notka nie miała służyć filozoficznym wywodom i to dość niskich lotów a podsumowaniu tej ankiety. Moment jest dobry, bo termin wysyłania rozpisek minął wraz z ostatnią niedzielą, wszyscy więc już rozkminili co wziąć i jaką taktykę przyjąć. Rozkład głosów pomiędzy opcją siłową a bardziej wyrafinowaną - 11 do 12 - jest dla mnie, szczerze mówiąc, dość zaskakujący. Myślałem, że jednak któreś z tych podejść przeważy. Ale to dobrze bo dzięki temu ci którym się uda dotrzeć będą mieli szersze spektrum doznań. A to właśnie duża ilość wyzwań i zdobywanego doświadczenia jest największym walorem tego turnieju.
Jednak jakby ktoś chciał odrobić zadanie domowe i się przygotować zawczasu by nadgonić braki w wiedzy to może się poczuć zawiedziony ponieważ rozpisek w stosownym temacie na gildii jakby mniej niż przed jakimkolwiek innym turniejem. Czyżby występowała tak dobrze znana choćby z gier komputerowych fog of war? Czy może to tylko zbieg okoliczności? Ale mi jako wyznawcy Tzeentcha, nawet tak brutalnie przez niego traktowanego, trudno uwierzyć, że cokolwiek może być zbiegiem okoliczności i pozostawione przypadkowi...
A tak bardziej serio może to i dobrze bo skoro turniej klasy challenger to i jakiś czelendż w koncu musi być. A nie, wszystko jak na tacy "i może jeszcze frytki do tego..." ;)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Kult genokrada - reaktywacja


Jadąc w niedzielny wieczór pociągiem do trójmiasta i oczekując podsumowania na blogu Michała Okońskiego, dość słabej niestety dla Czerwonych Diabłów kolejki Premiership, tzw. mimochodem trafiłem na łódkę BoLS, a tam na ten news. I gdyby nie rwące się z regularnością występowania podkładów pod torami połączenie z globalną wioską byłbym ściągnął nową odsłonę kultu wielkiego papy od razu. Jednak musiałem odłożyć to do następnego ranka a w tak zwanym między czasie zadowolić się wizjami podsuwanymi poprzez pobudzoną wyobraźnię. W skrajnej formie przybierające postać np. gienków w vendecie.
Jak się okazało w kilka minut po zalogowaniu się do sieci w pracy, takie straszliwości zostały nam oszczędzone. Obawiam się jednak, że został nam również niejako przy okazji w ogóle oszczędzony widok tej armii na stołach ponieważ nadal nie dostrzegam w niej potencjału do powalczenia w coraz bardziej brutalnym otoczeniu turniejowym. Niby doszło parę nowych możliwości jak np. squadrony lemanów czy wzięci w heavy całego plutonu gwardyjskiego co może dać trochę mocno brakującego tej armii strzelania. Jednak nadal jest go zdecydowanie za mało by wygrać nim bitwę. A wycieczka na drugą stronę stołu w pojazdach z AV9 ma duże szansę zakończyć się radością przeciwnika z pierwszej penki w wykonaniu zwykłego boltera. Nie jest więc łatwo ale im więcej główkuje nad tym armylist'em to dostrzegam w nim coraz większy potencjał choć zwycięstw to on nie dość, że nie gwarantuje to jeszcze nawet niechętnie obiecuje. Ale od początku było wiadomo, że budowa konspiracyjnej siatki startując od najniższych poziomach hive by w końcu sięgnąć samej góry łatwe nigdy nie było i pewnie nie będzie.
I o ile cieszę się bardzo, że panowie z BoLS'a pamiętają o swoich dziełach tak trochę mi żal niewykorzystanej szansy na danie samej armii trochę boosta który by jej nie zaszkodził i może ktoś by się skusił poszukując oryginalnej armii którą mógłby od czasu do czasu zabrać na turniej. Bo w moim odczuciu kulty genokradów to jeden z lepszych motywów w fluffie tej gry i szkoda by jedyną szansą na ich spotkanie było czytanie książek z Black Library.