Przyznam się szczerze, że zawsze należałem do przeciwników przeceniania wpływu kości na wynik bitwy zwłaszcza na jakieś rozsądne punkty. Bo wiadomo patrole potrafią się rządzić swoimi prawami. Oczywiście - akceptowałem fakt, że skoro się rzuca kostkami to trudno zaprzeczyć że istnieje jakiś element losowy ale determinuje on kilka dużych VP. Ale raczej nie zrobi z masakry w jedną stronę podobnego wyniku w drugą stronę. Jednak w tą sobotę moja wiara w proporcje między skillem a kostkami w końcowym wyniku została poddana poważnej próbie.
Poszedłem na poznańskiego lokala który swoją drogą okazał się całkiem zacną imprezą z gościmi z róznych stron o sensownej frekwencji i dobrej organizacji. I właśnie na tym turnieju przyszło mi zagrać bitwę przeciw Maestro i jego DE. Jego rozpiska była całkiem standardowa czyli wuchta venomów z blasterami w środku, ravagery plus jakieś dodatki np. 3 składy bajków z heat lancami. Udało mi się wygrać rzut na zaczynanie, misja anihilacja, więc DE cali lądują w rezerwach. No to ustawiam komitet powitalny dodatkowo w drugiej turze wrzucam na wszystkim smołki by minie żadne atrakcje nie zaskoczyły i czekam na to co wyjdzie. A czekam Lostami z aliantami z CSM więc może z punktu widzenia IG tam strzelania za wiele nie ma ale jednak coś tam bzyka. Landek, gryfon, dwa Lemany, terminatorzy, jacyś traitorzy, chimera. Na 1500 punktów. Na takich DE w ratach może styknąć.
Nie stykło.
Maestro wchodzą 3 ravki, parę venomów i jedne bajki, strzela robi szejka tu i ówdzie i tyle.
Ja oddaje i robię jeszcze mniej.
No to Maestro strzela znowu wsparty kolejnymi venomami i wysadza landka. Boli ale nadal mam czym się odgryźć więc naciskam spust, pojawia się dym ale stan osobowy na stole nie ulega jakiejś poważnej rewizji. Czyli dwie tury strzzelania do papierowych łódek w openie przynosi praktycznie zerowy efekt. Bo urwana lanca się nie liczy.
No to Maestro strzela i...
Zabija mi armię. Dosłownie i z wybuchem.
Wybucha chimera i dwa lemany, gryfon ginie również na 6 ale na glanie. Najgorsze było to, że to nie było ciul wie ile efektów więc te 6 powinny wypaść. Nie - to były dosłownie 4 efekty i 4 razy 6. No ale shooting mam za sobą a tam w assaulcie czeka deser - archon z 3 wyczami z elit wpada w arcyheretyka z 3 bigmutkami czyli wpsomnienie landka. Oczywiście przegrywam ten combat o jeden i.... Nie będzie konkursu ile wytrluałem.
Reszta bitwy to walka o honor i bardziej zabijanie czasu niż przeciwnika. Choć mając tylko termosy i niedobitki traitorów zdobywam większość VP z tej bitwy. Po prostu przez moment turlam normalnie. Bo tych Vp w sumie jakieś zawrotnie wiele nie ma.
Koniec końców zostaje mi jeden termos z riperem chowający się za jakąś cysterną i modlacy się do wszystkich bogów chaosu naraz by ta okazała się pusta. Dwa punkty które ugrałem zawdzięczam na równi jemu co co wyżyłowanym widełkom.
Szczerze mówiąc po tej demolce miałem obawy przed 3 bitwą. Ale tam przeżyłem to samo tylko w drugą stronę i tym razem kostki wybrały mnie na sprite'a. I choć miałem jakiś plan, pomysł i myśl przewodnią to moje rzuty sprawiły, że nie miałem najmniejszego momentu zwątpienia w tej bitwie. Kwintenscją tego turalnia był Lasher który zrobił tak, około 75% długości przekątnej stołu zabijając po drodze 3 oblity i 18 marinsów. A najlepsze było to, że każdy poza ostatnim kombatem kończył w turze przeciwnika. Po czym rzucał jakieś 5,5” na konsolidacje. Pomaga.
W tym moemncie oczywiście pozdrowienia dla Łukasza.
Słowem weekend za sprawą tych dwóch bitew był dla mnie bardziej pouczającny niż nie jeden master. Uwaga teraz będzie górnolotna (i przydługa) puenta.
Tak jak ludzkość czasem potrzebuje przypomnienia od natury że jej wiedza i zadufanie w własnych umiejętnościach jest niczym wobec jej pierwotnej siły tak samo gracze co za bardzo obrosną w piórka i zaczną wierzyć w rolę swojego skilla w wynikach końcowych potrzebują, raz na jakiś czas, przypomnienia od kostek kto tu napwadę rządzi.
Zatem Tzeentchu błogosław.
Założę się, że macie swoje prywatne traumy związane z elementem losowym. Kozetka w postavi komentarzy czeka :)